Poznałam kiedyś w trakcie prac terenowych wspaniałego człowieka - starszego mężczyznę, doświadczonego przez życie i mądrego prawdziwą życiową mądrością. Złapaliśmy dobry kontakt podczas jednej z niezobowiązujących rozmów, kiedy to przyznałam się do mojej starej duszy. Tutaj w znaczeniu dziwnej tęsknoty do starych, nieznanych mi czasów. Pomimo różnicy całego pokolenia, a może niemal dwóch, zgadzaliśmy się w wielu kwestiach dotyczących głębszych zakątków natury człowieka. Po powrocie z akcji dostałam maila, w którym to chciał zapytać czy zdjęcia, które dostał od kogoś są zrobione przeze mnie. Tak, to były moje zdjęcia, nic nadzwyczajnego - po prostu parę osób spędzających wspólnie wieczór. Dla niego były niesamowite. Powiedział, że udało mi się złapać moment, uchwycić chwile, które chciał zapamiętać. Przyznał, że zbiera takie zdjęcia, kolekcjonuje chwile poprzez jedną lub dwie fotografie, na które jak popatrzy od razu ma tysiąc przyjemnych wspomnień. Strasznie mi się to spodobało. Widział coś więcej niż dobrą jakościowo fotografię, widział emocje namalowane na twarzach ludzi, których być może nigdy już nie spotka.
"Opisuję trochę dokładniej takie zdjęcia, bo chcę utrwalić również pamięć
miejsca i czasu zatrzymanego, i imię osoby, która uznała, że warto nie
pozwolić odejść chwili."A.A.
Niesamowity człowiek. Po tym mailu zaczęła się między nami dłuższa korespondencja. Niestety już przez sam fakt dostarczania wiadomości drogą elektroniczną, a nie papierową - traciła wiele, ale zawarta w niej treść wybaczała jej wszystko. Tematy schodziły z tematów głębokich na jeszcze głębsze... magia.
To on użył pierwszy raz zwrotu, który zapamiętam na całe życie.
Smak chwil.
Co to właściwie jest? Wszystko co sprawia, że jestem momentami szczęśliwa.
Ale może zacytuję autora, bo to jakby definicja więc nie chcę jej przeinaczać w żaden sposób. Przeczytajcie uważnie, bo słowa są... piękne.
(…) i napiszę Ci coś o smaku chwil. Moim zdaniem, zawsze
kierujemy się ku czemuś, i dotyczy to zarówno spraw ważnych i błahych. A z
każdym krokiem ku ważnym/nieważnym celom zostawiamy za sobą jakieś „teraz”. Za
chwilę to „teraz” zaczyna stopniowo rozmywać się, aż utonie bezpowrotnie w
głębinie przeszłości. Zatem, co mamy rzeczywiście? Grafik pełen celów do
osiągnięcia, bez żadnej gwarancji, że je osiągniemy. Dla mnie to za mało.
Dlatego próbuję bywać jakby „obok” toru – przez chwilę nie iść/biec/pędzić
dokądś, a w zamian cieszyć się niezwykłością dobrej chwili, nie przeoczyć
żadnych jej odcieni. Zwykle tak się nie da, w szybko kręcącym się codziennym
kieracie, i tym bardziej trzeba cenić rzadkie okazje, kiedy to możliwe (…) A.A.
Przyznacie mi, że można się rozmarzyć? Gdyby tak każdy umiał stanąć obok i cieszyć się tym co ma? Jakby świat wyglądał?
02.05
Słońce
znowu mocniej grzeje, a pracy nadal mniej niż czasu wolnego. Zawsze nie
lubiłam sosen. Są jakieś takie... zwyczajne, nie wymagające, ale tak
naprawdę nie wiem za co je nie lubiłam. Zmieniam zdanie. Te poskręcane,
wysokie, pomarańczowe konary zalatujące czerwienią zachodu słońca
potrafią być piękne! Nie wiem czy to podpiąć pod "punkt widzenia zależy
od punktu siedzenia" czy raczej "kobieta zmienną jest"? W każdym razie
cieszę się, że je polubiłam, nie lubię żywić urazy za nic. W ogóle nie
lubię nie lubić.
Poznałam dzisiaj piękny kwiat - szachownicę kostkowatą (Fritillaria meleagris), w Polsce gatunek bardzo rzadki, a tutaj można spotkać dzikie łany niedaleko gospodarstw.
Większość powierzchni, na których znajdują się budki lęgowe jest dość dobrze oznakowana, ścieżki wydeptane przed 30 lat są wyraźne, a prześwity w lesie wystarczające by bez trudu znaleźć kolejne numery budek. Poza pewnymi wyjątkami, kiedy budki są schowane z drugiej strony drzewa i chodzisz jak głupek wokoło i nie widzisz budki, która znajduje się 2 m od ciebie, no cóż, cierpliwość cnotą ludzką. Jednak jedna powierzchnia budzi we wszystkich badaczach ciarki, a ciśnieniowcy muszą uważać na swoje serce, kiedy dowiadują się o potrzebie udania się do powierzchni FON (Fide Odvaltz New). Już samo wejście jest zagadką, gdyż widzisz przed sobą ścianę lasu i jedynie kolorowa wstążka na leszczynie wskazuje niby-wejście. Musisz wtedy schylić głowę i delikatnie stylem pływackim żabki wsunąć się do środka lasu, gdzie na chwile możesz podnieść głowę, by ustalić w którym kierunku udać się. Oczom ukazuje się labirynt pełen licznych przejść, przez które ciężko przejść, a jeszcze należy wybrać która jest właściwa, bo tylko jedna prowadzi do celu! Należy kierować się za wstążeczkami, które niestety nie błyszczą, nie świecą, nie są widoczne zza zakrzaczeń dopóki nie podejdziesz ich na 3-4 metry. Niesamowita przygoda - kiedy masz czas. Budzący grozę horror doprowadzający do szału - jeśli Ci się śpieszy. Na razie FON mnie bawi. Jest tu mnóstwo porostów; Ramaliny leżą pod nogami, Evernia sypie się na głowę. W sumie na miejscu ptaków też wybrałabym to miejsce. One są jednak jakoś bardziej... mobilne i nie widzą problemu w przedostaniu się do swojego mieszkania.
Nadal nie wiem co powinnam tutaj jeść na obiad. Szymek straszy mnie mięsem, że niby może być nieświeże lub jakieś w inny sposób niedobre. Są takie mięsne kulki, podobne do naszych kotletów mielonych, gotowe i pakowane do odgrzania na patelni lub w piekarniku - wszyscy je tu jedzą, do mnie to na razie nie przemawia. Jem więc warzywa, jedno z mrożonki nie mogę zidentyfikować, ale dobre jest. Wygląda jak ziemniak, smakuje jak rzodkiewka, ale jest słodka,
dziwnie chrupie pod zębami i jednocześnie się rozpływa w ustach. Szybciej niż Szymek wyrobiłam się z pracą na dzisiaj, siadam więc z obiadem i kawą na werandzie, ciesząc się słońcem. Biorę ze sobą książkę, którą zabrałam ze sobą na wyspę. Podpieram nogi na drugim krześle, by do końca się zrelaksować. Otwieram książkę na pierwszej stronie i nim się obejrzę jestem na piątej, a reszta obiadu zaczęła stygnąć. Popijam kawą. Zimna i ogólnie jakaś taka średniego smaku, bo postanowiłam mniej słodzić. Smak w ustach nie był ani trochę porównywalny z niebem-w-gębie. Popatrzyłam znad książki na nasze podwórko. W wysokiej trawie pod brzozą skakał kos i szukał pożywienia. Znam tego kosa, widuję go tutaj codziennie, jestem pewna, że to ten sam i już go zdążyłam polubić. Spojrzałam nieco dalej, w stronę morza, którego nie mogłam dostrzec z tego miejsca, gdyż pas drzew, również pięknych sosen zresztą, wraz z domami letniskowymi zasłaniały horyzont. Nad głową przeleciało stado gęsi. Wciąż nie mogę uwierzyć, że tutaj jestem, tak daleko od domu. Wtedy poczułam to pierwszy raz. Aż zrobiło mi się gorąco i uśmiechnęłam się sama do siebie. Niepowtarzalny smak chwili!
"Wędrując przez życie wciąż coś zostawiamy za sobą, a w zamian otwierają się nowe horyzonty (...). Rzecz w tym, co udaje się nam zatrzymać i jak później z tego korzystamy" A.A.
A zachód słońca był tego dnia pastelowy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Co myślisz?