Poznałam kiedyś w trakcie prac terenowych wspaniałego człowieka - starszego mężczyznę, doświadczonego przez życie i mądrego prawdziwą życiową mądrością. Złapaliśmy dobry kontakt podczas jednej z niezobowiązujących rozmów, kiedy to przyznałam się do mojej starej duszy. Tutaj w znaczeniu dziwnej tęsknoty do starych, nieznanych mi czasów. Pomimo różnicy całego pokolenia, a może niemal dwóch, zgadzaliśmy się w wielu kwestiach dotyczących głębszych zakątków natury człowieka. Po powrocie z akcji dostałam maila, w którym to chciał zapytać czy zdjęcia, które dostał od kogoś są zrobione przeze mnie. Tak, to były moje zdjęcia, nic nadzwyczajnego - po prostu parę osób spędzających wspólnie wieczór. Dla niego były niesamowite. Powiedział, że udało mi się złapać moment, uchwycić chwile, które chciał zapamiętać. Przyznał, że zbiera takie zdjęcia, kolekcjonuje chwile poprzez jedną lub dwie fotografie, na które jak popatrzy od razu ma tysiąc przyjemnych wspomnień. Strasznie mi się to spodobało. Widział coś więcej niż dobrą jakościowo fotografię, widział emocje namalowane na twarzach ludzi, których być może nigdy już nie spotka.
"Opisuję trochę dokładniej takie zdjęcia, bo chcę utrwalić również pamięć
miejsca i czasu zatrzymanego, i imię osoby, która uznała, że warto nie
pozwolić odejść chwili."A.A.
Niesamowity człowiek. Po tym mailu zaczęła się między nami dłuższa korespondencja. Niestety już przez sam fakt dostarczania wiadomości drogą elektroniczną, a nie papierową - traciła wiele, ale zawarta w niej treść wybaczała jej wszystko. Tematy schodziły z tematów głębokich na jeszcze głębsze... magia.
To on użył pierwszy raz zwrotu, który zapamiętam na całe życie.
Smak chwil.
Co to właściwie jest? Wszystko co sprawia, że jestem momentami szczęśliwa.
Ale może zacytuję autora, bo to jakby definicja więc nie chcę jej przeinaczać w żaden sposób. Przeczytajcie uważnie, bo słowa są... piękne.
(…) i napiszę Ci coś o smaku chwil. Moim zdaniem, zawsze
kierujemy się ku czemuś, i dotyczy to zarówno spraw ważnych i błahych. A z
każdym krokiem ku ważnym/nieważnym celom zostawiamy za sobą jakieś „teraz”. Za
chwilę to „teraz” zaczyna stopniowo rozmywać się, aż utonie bezpowrotnie w
głębinie przeszłości. Zatem, co mamy rzeczywiście? Grafik pełen celów do
osiągnięcia, bez żadnej gwarancji, że je osiągniemy. Dla mnie to za mało.
Dlatego próbuję bywać jakby „obok” toru – przez chwilę nie iść/biec/pędzić
dokądś, a w zamian cieszyć się niezwykłością dobrej chwili, nie przeoczyć
żadnych jej odcieni. Zwykle tak się nie da, w szybko kręcącym się codziennym
kieracie, i tym bardziej trzeba cenić rzadkie okazje, kiedy to możliwe (…) A.A.
Przyznacie mi, że można się rozmarzyć? Gdyby tak każdy umiał stanąć obok i cieszyć się tym co ma? Jakby świat wyglądał?
02.05
Słońce
znowu mocniej grzeje, a pracy nadal mniej niż czasu wolnego. Zawsze nie
lubiłam sosen. Są jakieś takie... zwyczajne, nie wymagające, ale tak
naprawdę nie wiem za co je nie lubiłam. Zmieniam zdanie. Te poskręcane,
wysokie, pomarańczowe konary zalatujące czerwienią zachodu słońca
potrafią być piękne! Nie wiem czy to podpiąć pod "punkt widzenia zależy
od punktu siedzenia" czy raczej "kobieta zmienną jest"? W każdym razie
cieszę się, że je polubiłam, nie lubię żywić urazy za nic. W ogóle nie
lubię nie lubić.
Poznałam dzisiaj piękny kwiat - szachownicę kostkowatą (Fritillaria meleagris), w Polsce gatunek bardzo rzadki, a tutaj można spotkać dzikie łany niedaleko gospodarstw.
Większość powierzchni, na których znajdują się budki lęgowe jest dość dobrze oznakowana, ścieżki wydeptane przed 30 lat są wyraźne, a prześwity w lesie wystarczające by bez trudu znaleźć kolejne numery budek. Poza pewnymi wyjątkami, kiedy budki są schowane z drugiej strony drzewa i chodzisz jak głupek wokoło i nie widzisz budki, która znajduje się 2 m od ciebie, no cóż, cierpliwość cnotą ludzką. Jednak jedna powierzchnia budzi we wszystkich badaczach ciarki, a ciśnieniowcy muszą uważać na swoje serce, kiedy dowiadują się o potrzebie udania się do powierzchni FON (Fide Odvaltz New). Już samo wejście jest zagadką, gdyż widzisz przed sobą ścianę lasu i jedynie kolorowa wstążka na leszczynie wskazuje niby-wejście. Musisz wtedy schylić głowę i delikatnie stylem pływackim żabki wsunąć się do środka lasu, gdzie na chwile możesz podnieść głowę, by ustalić w którym kierunku udać się. Oczom ukazuje się labirynt pełen licznych przejść, przez które ciężko przejść, a jeszcze należy wybrać która jest właściwa, bo tylko jedna prowadzi do celu! Należy kierować się za wstążeczkami, które niestety nie błyszczą, nie świecą, nie są widoczne zza zakrzaczeń dopóki nie podejdziesz ich na 3-4 metry. Niesamowita przygoda - kiedy masz czas. Budzący grozę horror doprowadzający do szału - jeśli Ci się śpieszy. Na razie FON mnie bawi. Jest tu mnóstwo porostów; Ramaliny leżą pod nogami, Evernia sypie się na głowę. W sumie na miejscu ptaków też wybrałabym to miejsce. One są jednak jakoś bardziej... mobilne i nie widzą problemu w przedostaniu się do swojego mieszkania.
Nadal nie wiem co powinnam tutaj jeść na obiad. Szymek straszy mnie mięsem, że niby może być nieświeże lub jakieś w inny sposób niedobre. Są takie mięsne kulki, podobne do naszych kotletów mielonych, gotowe i pakowane do odgrzania na patelni lub w piekarniku - wszyscy je tu jedzą, do mnie to na razie nie przemawia. Jem więc warzywa, jedno z mrożonki nie mogę zidentyfikować, ale dobre jest. Wygląda jak ziemniak, smakuje jak rzodkiewka, ale jest słodka,
dziwnie chrupie pod zębami i jednocześnie się rozpływa w ustach. Szybciej niż Szymek wyrobiłam się z pracą na dzisiaj, siadam więc z obiadem i kawą na werandzie, ciesząc się słońcem. Biorę ze sobą książkę, którą zabrałam ze sobą na wyspę. Podpieram nogi na drugim krześle, by do końca się zrelaksować. Otwieram książkę na pierwszej stronie i nim się obejrzę jestem na piątej, a reszta obiadu zaczęła stygnąć. Popijam kawą. Zimna i ogólnie jakaś taka średniego smaku, bo postanowiłam mniej słodzić. Smak w ustach nie był ani trochę porównywalny z niebem-w-gębie. Popatrzyłam znad książki na nasze podwórko. W wysokiej trawie pod brzozą skakał kos i szukał pożywienia. Znam tego kosa, widuję go tutaj codziennie, jestem pewna, że to ten sam i już go zdążyłam polubić. Spojrzałam nieco dalej, w stronę morza, którego nie mogłam dostrzec z tego miejsca, gdyż pas drzew, również pięknych sosen zresztą, wraz z domami letniskowymi zasłaniały horyzont. Nad głową przeleciało stado gęsi. Wciąż nie mogę uwierzyć, że tutaj jestem, tak daleko od domu. Wtedy poczułam to pierwszy raz. Aż zrobiło mi się gorąco i uśmiechnęłam się sama do siebie. Niepowtarzalny smak chwili!
"Wędrując przez życie wciąż coś zostawiamy za sobą, a w zamian otwierają się nowe horyzonty (...). Rzecz w tym, co udaje się nam zatrzymać i jak później z tego korzystamy" A.A.
A zachód słońca był tego dnia pastelowy.
piątek, 28 listopada 2014
czwartek, 27 listopada 2014
Sama czy samotna?
Zastanawialiście się kiedyś przez jak długi czas potrafilibyście wytrzymać sam na sam ze sobą? Nie jest to takie łatwe. W ciszy odzywają się myśli, budzą wspomnienia, krzyczą wyrzuty sumienia i poczucie winy i narastają wątpliwości... Jednak powinniśmy czasem właśnie z tych powodów pobyć w samotności. Jak chcemy ułożyć sobie życie jeśli nie znamy własnych potrzeb? Jak chcemy je poznać w natłoku spraw życia codziennego? Takie prawdziwe potrzeby - wewnętrzne, które zapewnią nam prawdziwe spełnienie siebie i szczęście. Jest to trudne, ale do zrobienia... Wystarczy odrobina cierpliwości, motywacji, chęć zmienienia czegoś w swoim życiu i przede wszystkim - odpowiednie miejsce i czas. Należy oderwać się (choć na chwilę) od rzeczy materialnych i skupić na tych najważniejszych dla nas. Następnie schować się w miejscu gdzie nikt nas nie znajdzie, najlepiej na łonie natury, otwarta przestrzeń dodaje pozytywnej energii, no i jest powietrze, którego może zabraknąć podczas wzdychań do wspomnień... Później tylko usiąść i czekać. Można nawet chodzić - byleby nic nas nie rozpraszało. Czekać. Samo przychodzi.
Czasem sprawia, że czujesz się lepiej.
Częściej jest gorzej.
Ale po paru takich terapiach uświadamiasz sobie czego oczekujesz od życia. A co jeśli nasze oczekiwania przekraczają możliwości? No to mamy problem... Może lepiej zostańmy w domu i zaprośmy znajomych, oni na pewno nie pozwolą nam skupić się na naszych potrzebach.
Ja jednak zaryzykowałam. Miałam swoje miejsce na Gotlandii do samotnych spacerów, miałam swoje miejsce do siedzenia nad morzem, miałam miejsca w których zatrzymywałam się, aby spojrzeć za siebie oraz takie gdzie spoglądałam w niebo. Miałam miejsca, do których chodziłam uśmiechnięta, a wracałam przygnębiona. Mimo tego, zaglądałam do nich równie często.
Odnalezienie siebie w przestrzeni Gotlandii, swoich miejsc i zwyczajów, jakie nabrałam po paru dniach oddychania jodem świadczyło o zakończeniu procesu aklimatyzacji. Poczułam, że będzie mi brakować tego miejsca. A więc korzystam z każdego dnia!
Close your eyes, open Your heart
01.05
Wyszło słońce, ale silniejszy wiatr nie ustał.
Jedziemy na wieżę widokową. Można z niej poobserwować ptaki. Tak, ptaki są częstym tematem naszych rozmów, naszych prac, a i wspólnych pasji, a wyspa przyciąga je z dalekich zakątków świata, choćby na chwilę - w odwiedziny. Przecież gdybyśmy umieli latać nikt z nas nie siedziałby w domu i nie ograniczał się do jednego miasta, kraju czy kontynentu... Co za możliwości!
Ale nie tylko ptaki, przecież są jeszcze inne ciekawe tematy - np. kwiaty. Zaczęły wychodzić pierwsze storczyki! Na gotlandzkich łąkach ponoć rosną w niektórych miejscach tak gęsto jak u nas stokrotki! Na razie delikatnie swoją główkę pokazuje mi storczyk męski (Orchis mascula), czekam na więcej.
Lubię te głośne stada bernikli...
Czasem sprawia, że czujesz się lepiej.
Częściej jest gorzej.
Ale po paru takich terapiach uświadamiasz sobie czego oczekujesz od życia. A co jeśli nasze oczekiwania przekraczają możliwości? No to mamy problem... Może lepiej zostańmy w domu i zaprośmy znajomych, oni na pewno nie pozwolą nam skupić się na naszych potrzebach.
Ja jednak zaryzykowałam. Miałam swoje miejsce na Gotlandii do samotnych spacerów, miałam swoje miejsce do siedzenia nad morzem, miałam miejsca w których zatrzymywałam się, aby spojrzeć za siebie oraz takie gdzie spoglądałam w niebo. Miałam miejsca, do których chodziłam uśmiechnięta, a wracałam przygnębiona. Mimo tego, zaglądałam do nich równie często.
Odnalezienie siebie w przestrzeni Gotlandii, swoich miejsc i zwyczajów, jakie nabrałam po paru dniach oddychania jodem świadczyło o zakończeniu procesu aklimatyzacji. Poczułam, że będzie mi brakować tego miejsca. A więc korzystam z każdego dnia!
Close your eyes, open Your heart
01.05
Wyszło słońce, ale silniejszy wiatr nie ustał.
Jedziemy na wieżę widokową. Można z niej poobserwować ptaki. Tak, ptaki są częstym tematem naszych rozmów, naszych prac, a i wspólnych pasji, a wyspa przyciąga je z dalekich zakątków świata, choćby na chwilę - w odwiedziny. Przecież gdybyśmy umieli latać nikt z nas nie siedziałby w domu i nie ograniczał się do jednego miasta, kraju czy kontynentu... Co za możliwości!
Ale nie tylko ptaki, przecież są jeszcze inne ciekawe tematy - np. kwiaty. Zaczęły wychodzić pierwsze storczyki! Na gotlandzkich łąkach ponoć rosną w niektórych miejscach tak gęsto jak u nas stokrotki! Na razie delikatnie swoją główkę pokazuje mi storczyk męski (Orchis mascula), czekam na więcej.
Lubię te głośne stada bernikli...
sobota, 22 listopada 2014
Walka z wiatrakami
Björklunda razem z moim domkiem i miejscami gdzie najczęściej spędzam zachody słońca znajduje się w zatoce (czerwona kropka na mapce poniżej). W ogóle mieszkam w bardzo ciekawym miejscu na wyspie. Cała Gotlandia ma podłużny kształt o długości ok 120 km (nie licząc oddzielnej wyspy Faro na jej krańcach północnych) i 50 km szerokości w najszerszym miejscu - w połowie. My znajdujemy się na samym południu ok. 20 km od krótkiej, południowej linii brzegowej, w miejscu gdzie wyspa zawęża się najbardziej i od zachodniego brzegu (przy którym znajduje się Björklunda) do wschodniego jest jedynie 3,5-4 km! Zatokę ogranicza z jednej strony półwysep z wiatrakami - dla mnie staje się to główne tło dla niecodziennych zachodów słońca. Parę z nich znajduje się nawet w samym morzu.
Pewnego dnia Szymek proponuje, by udać się na ów półwysep. Póki nie ma dużo roboty można jeździć i zwiedzać. Z racji, że jestem tu pierwszy raz (a może i ostatni?) zgodzę się na każdą wycieczkę, z każdym i wszędzie, byleby jak najwięcej się napatrzeć... i zrobić zdjęcia. Oprócz wielkich wiatraków, znajdują się tam mniejsze wysepki, otoczone strefą ochrony podczas ptasich lęgów - zakaz wstępu od połowy marca do końca czerwca, nie będzie więc mi dane podejść bliżej. Miejsce jest bardzo urokliwe, na brzegu niskie drzewa i krzewy przypominają krajobraz sawanny...
Jak to możliwe, że każdy zachód słońca nad morzem jest inny i każdy jest taki zachwycający?
Przestaję mieć żal do płaskiej linii horyzontu - podajemy sobie rękę i od tej pory żyjemy ze sobą w zgodzie.
Powoli też godzę się sama ze sobą. Staram się zebrać myśli do kupy i poukładać w odpowiedniej hierarchii. Coś wychodzi, coś o jakimś kształcie, czy o to mi chodziło? Czy po to tu przyjechałam żeby tak naprawdę wrócić na ziemię? Tego się będę trzymać, na tyle na ile mi rozum pozwoli. I serce.
Pewnego dnia Szymek proponuje, by udać się na ów półwysep. Póki nie ma dużo roboty można jeździć i zwiedzać. Z racji, że jestem tu pierwszy raz (a może i ostatni?) zgodzę się na każdą wycieczkę, z każdym i wszędzie, byleby jak najwięcej się napatrzeć... i zrobić zdjęcia. Oprócz wielkich wiatraków, znajdują się tam mniejsze wysepki, otoczone strefą ochrony podczas ptasich lęgów - zakaz wstępu od połowy marca do końca czerwca, nie będzie więc mi dane podejść bliżej. Miejsce jest bardzo urokliwe, na brzegu niskie drzewa i krzewy przypominają krajobraz sawanny...
Jak to możliwe, że każdy zachód słońca nad morzem jest inny i każdy jest taki zachwycający?
Przestaję mieć żal do płaskiej linii horyzontu - podajemy sobie rękę i od tej pory żyjemy ze sobą w zgodzie.
Powoli też godzę się sama ze sobą. Staram się zebrać myśli do kupy i poukładać w odpowiedniej hierarchii. Coś wychodzi, coś o jakimś kształcie, czy o to mi chodziło? Czy po to tu przyjechałam żeby tak naprawdę wrócić na ziemię? Tego się będę trzymać, na tyle na ile mi rozum pozwoli. I serce.
Oprócz błękitnego nieba
30.04
A jeśli błękitne niebo jest zawsze? Przez pierwszy tydzień słońce nie opuszczało nas ani na krok. Wydawało mi się, że tak będzie zawsze. Chmury jednak nadeszły razem z chłodniejszym wiatrem wraz z przyjazdem Asi i Angeliki. Nie omieszkałam im to wypomnieć. Szybko doceniłam odmienność morza w takich warunkach pogodowych - na gładkiej tafli wody pojawiły się delikatne fale, a pochmurne niebo zlewało się z horyzontem i wydawało się jednolitym tłem. A w lesie? Słoneczny i jasny las jest dla dzieci. Dopiero delikatny mrok, skrzypiące spróchniałe konary i inne odgłosy prowokowane przez wiatr nadają mocy temu miejscu.
Ostatniego dnia kwietnia Szwedzi świętują pogańskie święto zwane Nocą Walpurgii, nocą złych duchów. Trochę przerażające czcić złe duchy, może stąd te chmury na niebie? Tak, wiem, pewnie chodziło o odstraszanie złych mocy, mimo wszystko nie zadzierałabym z nimi. Choć z całą pewnością wierzę w duchy i ich obecność wśród nas - niech sobie "żyją" własnym... życiem? Śmiercią? Niech są.
Gdy tylko zacznie robić się ciemno gromadzą się, rozpalają wielkie ogniska, bawią się i śpiewają (Szwedzi, a nie duchy, choć kto wie...). Każda okazja jest dobra, by oderwać się od codzienności. Zresztą na temat robienia ognisk i wiązania z nimi jakichś nadziei nie powinnam się źle wypowiadać, bo sama odprawiałam nad nimi pewnego rodzaju... rytuały? Brzmi jakbym była czarownicą, ale może coś z niej mam. Mieliśmy zrobić objazd po okolicy, popatrzeć na te ich ceremoniały, ale deszcz nam odebrał cały zapał.
Zanim jednak dowiedziałam się, że takie święto istnieje, poszłam na zachód słońca - który niestety tego dnia odwołali. Na linii horyzontu nieśmiało rysowała się smuga czerwieni i żółci, na około dominował jednak błękit. W takiej scenerii ujrzałam ogień i spłoszone ptaki... co sobie pomyślałam? Typowa myśl Polaka - no nie, znowu palą śmieci lub wypalają trawę. Nie pasowało mi jednak miejsce i czas, odetchnęłam więc z ulgą jak dowiedziałam się o Nocy Walpurgii.
;-)
A jeśli błękitne niebo jest zawsze? Przez pierwszy tydzień słońce nie opuszczało nas ani na krok. Wydawało mi się, że tak będzie zawsze. Chmury jednak nadeszły razem z chłodniejszym wiatrem wraz z przyjazdem Asi i Angeliki. Nie omieszkałam im to wypomnieć. Szybko doceniłam odmienność morza w takich warunkach pogodowych - na gładkiej tafli wody pojawiły się delikatne fale, a pochmurne niebo zlewało się z horyzontem i wydawało się jednolitym tłem. A w lesie? Słoneczny i jasny las jest dla dzieci. Dopiero delikatny mrok, skrzypiące spróchniałe konary i inne odgłosy prowokowane przez wiatr nadają mocy temu miejscu.
Ostatniego dnia kwietnia Szwedzi świętują pogańskie święto zwane Nocą Walpurgii, nocą złych duchów. Trochę przerażające czcić złe duchy, może stąd te chmury na niebie? Tak, wiem, pewnie chodziło o odstraszanie złych mocy, mimo wszystko nie zadzierałabym z nimi. Choć z całą pewnością wierzę w duchy i ich obecność wśród nas - niech sobie "żyją" własnym... życiem? Śmiercią? Niech są.
Gdy tylko zacznie robić się ciemno gromadzą się, rozpalają wielkie ogniska, bawią się i śpiewają (Szwedzi, a nie duchy, choć kto wie...). Każda okazja jest dobra, by oderwać się od codzienności. Zresztą na temat robienia ognisk i wiązania z nimi jakichś nadziei nie powinnam się źle wypowiadać, bo sama odprawiałam nad nimi pewnego rodzaju... rytuały? Brzmi jakbym była czarownicą, ale może coś z niej mam. Mieliśmy zrobić objazd po okolicy, popatrzeć na te ich ceremoniały, ale deszcz nam odebrał cały zapał.
Zanim jednak dowiedziałam się, że takie święto istnieje, poszłam na zachód słońca - który niestety tego dnia odwołali. Na linii horyzontu nieśmiało rysowała się smuga czerwieni i żółci, na około dominował jednak błękit. W takiej scenerii ujrzałam ogień i spłoszone ptaki... co sobie pomyślałam? Typowa myśl Polaka - no nie, znowu palą śmieci lub wypalają trawę. Nie pasowało mi jednak miejsce i czas, odetchnęłam więc z ulgą jak dowiedziałam się o Nocy Walpurgii.
A moje mewy zaczeły być niegrzeczne...
piątek, 21 listopada 2014
Falluden
Po paru dniach już potrafiłam w miarę kojarzyć nazwy powierzchni z miejscem jej występowania. Fide Kyrka, Fide Prestang, Ranarve, Ronnarve, Kastal, Roes, Anderse, Grunett... czemu nikt nie wymyślił polskich odpowiedników? Może i lepiej, miejsca nazwane w niezrozumiały sposób już przez samą nazwę nabierają tajemniczości. Choć tak naprawdę pochodziły od nazw pobliskich miejscowości lub charakterystycznych punktów - ale po co się w to wgłębiać. Niektóre rzeczy lepiej zostawić takimi jakie są, nie drążyć, nie dociekać... żeby zdrowia nie stracić. Niestety ja mam z tym spory problem.
Faktycznie między wersami można odczytać mnóstwo informacji o mnie (ktoś wspomniał, że blog jest dość osobisty). Nie umiem inaczej pisać o rzeczach, które weszły głęboko w moją duszę. Zawsze więc będzie nieco nieziemsko, głęboko, mocno subiektywnie i stanowczo odbiegająco od głównego tematu...
Moja własnoręcznie naszkicowana mapka nabrała kształtu... hmm? Blokowiska? Rakiety? Był to bardzo uproszczony schemat dróg i zjazdów na powierzchnie, wcale nie takich prostych jak na schemacie, ale od tego jest schemat, aby upraszczać. Dzięki tej mapce nie błądziłam na wyspie. Mam do niej spory sentyment.
Powoli też zaczęłam jedne powierzchnie lubić mniej, a inne bardziej.
Falluden to jedna z pierwszych, które polubiłam, a za co? Już za sam fakt, że była dość daleko, aby więc do niej dojechać można było się rozpędzić i przesłuchać parę piosenek z radia w całości. Lubiłam mocniej docisnąć na pedał gazu, wydawało mi się grzechem jechać 50 na takich solidnych, pustych drogach. Oczywiście czasem trzeba było zwolnić, jakbym przejechała koło Szweda z prędkością przekraczającą 10km/h od prędkości ograniczającej, niewątpliwie mógłby zadzwonić po policję, że jakiś szaleniec narusza ich spokój. Szwedzi przestrzegają przepisy drogowe, pewnie jak niejeden naród, może to raczej my jesteśmy wyjątkiem? Szwed myśli, że skoro postawił ktoś znak ograniczenie prędkości do 40km/h to z jakiegoś powodu go tam postawił i warto go przestrzegać dla swojego bezpieczeństwa - logiczne. Polak myśli - kto do ch* postawił tu ten znak?
Dodatkowo radio często na pełen regulator i śpiew, nieraz przypominający bardziej krzyk dla rozładowania emocji.
Poza tym, Falluden to była łatwa powierzchnia. Do tej kategorii można zaliczyć powierzchnie tzw. parkowe, z ładnie wykoszoną trawą lub niską łąką i rzadkim drzewostanem. Zazwyczaj były to pielęgnowane przez człowieka dąbrowy (o nich kiedy indziej). Budki lęgowe na takich powierzchniach były dobrze widoczne, nie trzeba było ich długo szukać. Jak już się oswoiłam z mapkami, zaczęłam preferować gęstsze lasy, w których każda kolejna budka była wyzwaniem, a skracanie ścieżek zahaczało o poziom "hard".
Z powierzchni Falluden blisko było do przepięknego miejsca o tej samej nazwie - przylądku objętego ochroną rezerwatową. Strefowa ochrona i położenie miejsca pozwalały na obserwowanie rzadkich gatunków ptaków. Nigdy nie interesowałam się gatunkami morskimi i wodnymi ptaków, przed wyjazdem odróżniałam mewy (jako jeden gatunek), krzyżówkę i łabędzia... wszystko inne było po prostu kaczką. Robiłam więc mnóstwo zdjęć i wieczorami, posługując się Collinsem i R. (za co dziękuję) poznawałam coraz to nowsze kaczkopodobne stwory.
Kaczka z kucykiem to czernica! A irokez nosi nurogęś i szlachar.
Faktycznie między wersami można odczytać mnóstwo informacji o mnie (ktoś wspomniał, że blog jest dość osobisty). Nie umiem inaczej pisać o rzeczach, które weszły głęboko w moją duszę. Zawsze więc będzie nieco nieziemsko, głęboko, mocno subiektywnie i stanowczo odbiegająco od głównego tematu...
Moja własnoręcznie naszkicowana mapka nabrała kształtu... hmm? Blokowiska? Rakiety? Był to bardzo uproszczony schemat dróg i zjazdów na powierzchnie, wcale nie takich prostych jak na schemacie, ale od tego jest schemat, aby upraszczać. Dzięki tej mapce nie błądziłam na wyspie. Mam do niej spory sentyment.
Powoli też zaczęłam jedne powierzchnie lubić mniej, a inne bardziej.
Falluden to jedna z pierwszych, które polubiłam, a za co? Już za sam fakt, że była dość daleko, aby więc do niej dojechać można było się rozpędzić i przesłuchać parę piosenek z radia w całości. Lubiłam mocniej docisnąć na pedał gazu, wydawało mi się grzechem jechać 50 na takich solidnych, pustych drogach. Oczywiście czasem trzeba było zwolnić, jakbym przejechała koło Szweda z prędkością przekraczającą 10km/h od prędkości ograniczającej, niewątpliwie mógłby zadzwonić po policję, że jakiś szaleniec narusza ich spokój. Szwedzi przestrzegają przepisy drogowe, pewnie jak niejeden naród, może to raczej my jesteśmy wyjątkiem? Szwed myśli, że skoro postawił ktoś znak ograniczenie prędkości do 40km/h to z jakiegoś powodu go tam postawił i warto go przestrzegać dla swojego bezpieczeństwa - logiczne. Polak myśli - kto do ch* postawił tu ten znak?
Dodatkowo radio często na pełen regulator i śpiew, nieraz przypominający bardziej krzyk dla rozładowania emocji.
Poza tym, Falluden to była łatwa powierzchnia. Do tej kategorii można zaliczyć powierzchnie tzw. parkowe, z ładnie wykoszoną trawą lub niską łąką i rzadkim drzewostanem. Zazwyczaj były to pielęgnowane przez człowieka dąbrowy (o nich kiedy indziej). Budki lęgowe na takich powierzchniach były dobrze widoczne, nie trzeba było ich długo szukać. Jak już się oswoiłam z mapkami, zaczęłam preferować gęstsze lasy, w których każda kolejna budka była wyzwaniem, a skracanie ścieżek zahaczało o poziom "hard".
Z powierzchni Falluden blisko było do przepięknego miejsca o tej samej nazwie - przylądku objętego ochroną rezerwatową. Strefowa ochrona i położenie miejsca pozwalały na obserwowanie rzadkich gatunków ptaków. Nigdy nie interesowałam się gatunkami morskimi i wodnymi ptaków, przed wyjazdem odróżniałam mewy (jako jeden gatunek), krzyżówkę i łabędzia... wszystko inne było po prostu kaczką. Robiłam więc mnóstwo zdjęć i wieczorami, posługując się Collinsem i R. (za co dziękuję) poznawałam coraz to nowsze kaczkopodobne stwory.
Kaczka z kucykiem to czernica! A irokez nosi nurogęś i szlachar.
czwartek, 20 listopada 2014
Własne mewy
Jak wspomniałam, od mojego gotlandzkiego domku do brzegu morza miałam jakieś pięćdziesiąt pięć kroków. Postanowienie spacerów i medytacji nadbałtyckich powstało zaraz w pierwszy wieczór, kiedy zobaczyłam jak czarujące jest to miejsce. Możliwe, że był to zwykły brzeg morza, ale dla mnie - przyzwyczajonej do innych krajobrazów - ten wydawał się nadzwyczajny. Nad samą wodą znajdował się szereg domków letniskowych, a przy każdym łódka - każdy miał tu łódkę, ale jakoś nie widziałam żeby ktokolwiek wypływał. Przy brzegu znajdowało się małe molo, pewnie zbudowane przez właścicieli najbliższego domku. Widywałam ich czasami. Starsze małżeństwo wychodziło na spacery o podobnej porze co i ja. Nie wyganiali mnie nigdy, gdy przesiadywałam na ich molo. Wręcz przeciwnie, uśmiechali się z daleka i machali witając się - "hej hej!". Na początku mówiłam "hej" jak polskie, pospolite przywitanie, taki zamiennik naszego "cześć", czyli bez większych akcentów i stonowanym tonem głosu. Szwedzi jednak inaczej go wypowiadają. W ich heju jest bardzo dużo radości, często wypowiadają je podwójnie i głośniej akcentują powtórzenie. Spodobało mi się to i po jakimś czasie nauczyłam się witać właśnie w ten sposób. Swoją drogą całkiem inaczej odbiera się radosne powitanie, a kiedy towarzyszy mu jeszcze uśmiech i życzliwość - potrafi poprawić nawet najbardziej podły nastrój.
Czemu ludzie tak rzadko się uśmiechają?!
Częściej niż na ów molo (molo to za duże słowo, ale tak nazywałam ten mój mały drewniany pomost), przechadzałam się wzdłuż brzegu po kamieniach i siadałam na jednym z nich. Później znalazłam swoje ulubione miejsce na ponure dni (o nim kiedy indziej).
Przed zachodem słońca obserwowałam ptaki. Pierwsze dni kojarzą mi się ze stadami gęsi na przelotach. Oprócz tego widywałam czaple, łabędzie, pliszki, rybitwy... oraz mewy, przeróżne mewy, których rozróżnianiem gatunków męczyłam się później w domku porównując swoje zdjęcia z Collinsem.
Jakieś 100 m od brzegu (choć mogę się mylić, nie wiem czemu, ale zawsze miałam kłopoty z przeliczaniem "na oko" odległości) wystawał z morza duży głaz, który podmywany przez morskie, delikatne fale był dobrym miejscem spoczynku ptaków. Zauważyłam, że często przesiadują tam dwie, zakochane mewy. Bawiło mnie to i wzruszało jednocześnie. Znalazły sobie niezłe miejsce do randkowania... niejedna mewa może pozazdrościć. Co za miejsce! Na tafli wody odbija się czerwony blask zachodu słońca...
Czy to prawdziwa miłość?
Czemu ludzie tak rzadko się uśmiechają?!
Częściej niż na ów molo (molo to za duże słowo, ale tak nazywałam ten mój mały drewniany pomost), przechadzałam się wzdłuż brzegu po kamieniach i siadałam na jednym z nich. Później znalazłam swoje ulubione miejsce na ponure dni (o nim kiedy indziej).
Przed zachodem słońca obserwowałam ptaki. Pierwsze dni kojarzą mi się ze stadami gęsi na przelotach. Oprócz tego widywałam czaple, łabędzie, pliszki, rybitwy... oraz mewy, przeróżne mewy, których rozróżnianiem gatunków męczyłam się później w domku porównując swoje zdjęcia z Collinsem.
Jakieś 100 m od brzegu (choć mogę się mylić, nie wiem czemu, ale zawsze miałam kłopoty z przeliczaniem "na oko" odległości) wystawał z morza duży głaz, który podmywany przez morskie, delikatne fale był dobrym miejscem spoczynku ptaków. Zauważyłam, że często przesiadują tam dwie, zakochane mewy. Bawiło mnie to i wzruszało jednocześnie. Znalazły sobie niezłe miejsce do randkowania... niejedna mewa może pozazdrościć. Co za miejsce! Na tafli wody odbija się czerwony blask zachodu słońca...
Czy to prawdziwa miłość?
wtorek, 18 listopada 2014
Trójkątne koła
Już po paru dniach zdobyłam zaufanie Szymka i wysyłał mnie samą nawet na powierzchnie, w których byłam pierwszy raz. Z rozrysowaną odręcznie mapką terenu, bez skali i innych ułatwień, odpalałam moją Dżettę i ruszałam w nieznane. Radio samochodowe łapało nawet polską stację - jedynkę! Ale zabawnie było posłuchać też szwedzkich łamanek językowych. Do dzisiaj mam w pamięci jedną piosenkę ze szwedzkiej stacji, której nie znalazłam mimo długich poszukiwań. Piosenka była w języku angielskim, ale myliłam się, że zapamiętanie jednego wersu pozwoli na znalezienie jej w wujku Gógle. Widocznie piosenka w Polsce jest mało znana. Próbowałam znaleźć popularne szwedzkie stacje, a na nich listy przebojów i aktualnie puszczane piosenki... niestety wszystkie próby zakończyły się niepowodzeniem i gorzkim smakiem porażki. Piosenka była piękna, ciekawe czy dane mi będzie jeszcze kiedyś ją usłyszeć... teraz już nawet nie pamiętam tego zapamiętanego wersu.
Wieczorem jeździliśmy do Burgsvik, gdzie równie duży jak stary dom zamieszkiwała grupa francuskich studentów, wymienialiśmy się z nimi mapkami i dostawaliśmy robotę na kolejny dzień. Dzieliliśmy się mapkami bądź jedną mapką na pół. "Zrobienie jej" polegało na zaglądnięciu do środka każdej z budek lęgowych na danej powierzchni celem opisania gatunku budującego gniazdo, stopnia zbudowania gniazda, ilości ewentualnych już złożonych jaj i ewentualnego wymienienia trójkąta na kółko. Tajemniczo, prawda? To może wyjaśnię, bo to ciekawe. Francuzi od paru sezonów prowadzą badania na temat wybiórczości miejsca lęgu przez muchołówki, a konkretnie - czy sugerują się one tym, które miejsca zajmują sikory czy nie? Muchołówki nieco później budują gniazdo, przez co podczas poszukiwań trafiają na miejsca już zajęte przez sikory - czy ma to wpływ na ich wybór miejsca za rok? Na danej powierzchni badawczej biały trójkąt lub koło przypinano do wejść do budek zajętych przez sikory. Muchołówki patrzyły i zapamiętywały, podobno. Śmiesznie trochę, ale naukowcy ogólnie są śmieszni. Tyle eksperymentów ile jest przeprowadzanych podczas jednego sezonu na tych biednych dziuplakach to nie mieści się w głowie! Ale może na blogu się zmieszczą - przynajmniej te, które zapadły mi w pamięć.
Przez pierwszy tydzień siedzieliśmy sami w jednym domku z Szymonem, później miały przyjechać dwie dziewczyny. W domku obok mieszkała Ania razem ze swoim pomocnikiem - Adamem. Bawili się pchłami - o tym kiedy indziej. "Kiedy indziej" to fajny zwrot, taka forma niby określona, a nieokreślona. Jak ja.
Robotę kończyliśmy po 2-3h i reszta dnia upływała na zwiedzaniu najbliższej okolicy. Później spacer, który wszedł mi w nawyk i kończył się zachodem słońca, fotografowanie, rozmowy telefoniczne i internetowe ze światem zewnętrznym - Polską. A gdzie ja byłam, w świecie wewnętrznym? Nie... całkowicie poza światem!
Burgsvik. Małe miasteczko z ok 300 stałymi mieszkańcami. Turystyczne, ale na szczęście końcem kwietnia jeszcze nie widać żadnych turystów - morze zbyt zimne, wiatr zbyt chłodny. I dobrze. Idę tam na spacer, idę i idę, bo jak jest prosta droga to się dłuży nieskończenie. Mogłam wziąć samochód, ale nie, chciałam iść na spacer. Proste drogi mnie denerwują, kurcze, ile cech wewnętrznych człowiek przejawia poprzez sympatię lub antypatię do rzeczy materialnych.
Niby prymitywna wyspa, a traktory unijne przysługują. Docieram do miasteczka - to gdzie dalej? Zbliża się zachód słońca, obym zdążyła do jakiegoś brzegu. Na zdjęciach poniżej - stacja benzynowa i sklep ICA, w którym robiłam zakupy i okoliczne domki, tak aby poczuć klimat miejsca. Dodatkowo wystąpili: bezchmurne niebo, brak ludzi, śpiew ptaków, liczne porosty i inna przyroda nieożywiona.
Co najbardziej przykuło moją uwagę w domach na Gotlandii? Brak firanek w oknach. Przecież wszystko widać co jest w środku, to jak jednak duża wystawa lub lepiej - gra w the SIMS w ustawieniach widoczności, w której nie ma przedniej ściany (kto grał, wie). Czemu im to nie przeszkadza? To może przedstawię po krótce pewną zasadniczą różnicę pomiędzy Szwedem, a Polakiem. Polacy są wścibscy, ciekawscy, plotkują i ogólnie interesują się cudzą własnością. Szwedzi - nie. Nie przeszkadza im, że przez okna wszystko widać ponieważ nikt tam z nich nie zagląda. Ja zaglądałam i nie czułam, by było to coś złego. Szwedzi po prostu łapią jak najwięcej słońca podczas długich słonecznych dni, zanim zaczną się te krótkie i ciemne. Ponoć Szwed może się poczuć urażony jak spytasz go "co słychać w domu?", co Cię to obchodzi, do cholery. A nas obchodzi i też nie uważam żeby to było coś złego.
Miejsce, do którego trafiłam nad morzem - przystań - była idealnym miejscem do odtworzenia mrocznego kryminału szwedzkiego, tylko, że nie było jeszcze mroczno (kiedy indziej!).
A na zachód słońca zdążyłam.
Wieczorem jeździliśmy do Burgsvik, gdzie równie duży jak stary dom zamieszkiwała grupa francuskich studentów, wymienialiśmy się z nimi mapkami i dostawaliśmy robotę na kolejny dzień. Dzieliliśmy się mapkami bądź jedną mapką na pół. "Zrobienie jej" polegało na zaglądnięciu do środka każdej z budek lęgowych na danej powierzchni celem opisania gatunku budującego gniazdo, stopnia zbudowania gniazda, ilości ewentualnych już złożonych jaj i ewentualnego wymienienia trójkąta na kółko. Tajemniczo, prawda? To może wyjaśnię, bo to ciekawe. Francuzi od paru sezonów prowadzą badania na temat wybiórczości miejsca lęgu przez muchołówki, a konkretnie - czy sugerują się one tym, które miejsca zajmują sikory czy nie? Muchołówki nieco później budują gniazdo, przez co podczas poszukiwań trafiają na miejsca już zajęte przez sikory - czy ma to wpływ na ich wybór miejsca za rok? Na danej powierzchni badawczej biały trójkąt lub koło przypinano do wejść do budek zajętych przez sikory. Muchołówki patrzyły i zapamiętywały, podobno. Śmiesznie trochę, ale naukowcy ogólnie są śmieszni. Tyle eksperymentów ile jest przeprowadzanych podczas jednego sezonu na tych biednych dziuplakach to nie mieści się w głowie! Ale może na blogu się zmieszczą - przynajmniej te, które zapadły mi w pamięć.
Przez pierwszy tydzień siedzieliśmy sami w jednym domku z Szymonem, później miały przyjechać dwie dziewczyny. W domku obok mieszkała Ania razem ze swoim pomocnikiem - Adamem. Bawili się pchłami - o tym kiedy indziej. "Kiedy indziej" to fajny zwrot, taka forma niby określona, a nieokreślona. Jak ja.
Robotę kończyliśmy po 2-3h i reszta dnia upływała na zwiedzaniu najbliższej okolicy. Później spacer, który wszedł mi w nawyk i kończył się zachodem słońca, fotografowanie, rozmowy telefoniczne i internetowe ze światem zewnętrznym - Polską. A gdzie ja byłam, w świecie wewnętrznym? Nie... całkowicie poza światem!
Burgsvik. Małe miasteczko z ok 300 stałymi mieszkańcami. Turystyczne, ale na szczęście końcem kwietnia jeszcze nie widać żadnych turystów - morze zbyt zimne, wiatr zbyt chłodny. I dobrze. Idę tam na spacer, idę i idę, bo jak jest prosta droga to się dłuży nieskończenie. Mogłam wziąć samochód, ale nie, chciałam iść na spacer. Proste drogi mnie denerwują, kurcze, ile cech wewnętrznych człowiek przejawia poprzez sympatię lub antypatię do rzeczy materialnych.
Niby prymitywna wyspa, a traktory unijne przysługują. Docieram do miasteczka - to gdzie dalej? Zbliża się zachód słońca, obym zdążyła do jakiegoś brzegu. Na zdjęciach poniżej - stacja benzynowa i sklep ICA, w którym robiłam zakupy i okoliczne domki, tak aby poczuć klimat miejsca. Dodatkowo wystąpili: bezchmurne niebo, brak ludzi, śpiew ptaków, liczne porosty i inna przyroda nieożywiona.
Co najbardziej przykuło moją uwagę w domach na Gotlandii? Brak firanek w oknach. Przecież wszystko widać co jest w środku, to jak jednak duża wystawa lub lepiej - gra w the SIMS w ustawieniach widoczności, w której nie ma przedniej ściany (kto grał, wie). Czemu im to nie przeszkadza? To może przedstawię po krótce pewną zasadniczą różnicę pomiędzy Szwedem, a Polakiem. Polacy są wścibscy, ciekawscy, plotkują i ogólnie interesują się cudzą własnością. Szwedzi - nie. Nie przeszkadza im, że przez okna wszystko widać ponieważ nikt tam z nich nie zagląda. Ja zaglądałam i nie czułam, by było to coś złego. Szwedzi po prostu łapią jak najwięcej słońca podczas długich słonecznych dni, zanim zaczną się te krótkie i ciemne. Ponoć Szwed może się poczuć urażony jak spytasz go "co słychać w domu?", co Cię to obchodzi, do cholery. A nas obchodzi i też nie uważam żeby to było coś złego.
Miejsce, do którego trafiłam nad morzem - przystań - była idealnym miejscem do odtworzenia mrocznego kryminału szwedzkiego, tylko, że nie było jeszcze mroczno (kiedy indziej!).
A na zachód słońca zdążyłam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)