Tak się czasem zastanawiam czy to czego chcemy jest tym co
jest dla nas najlepsze. Skądś się biorą nasze marzenia, przekonania i
priorytety. Czy to wynika z naszej wewnętrznej harmonii czy jest wynikiem
tymczasowych zachcianek?
Nieskończona historia o dwóch miesiącach przygody na wyspie,
która wywarła wpływ na moje życie zarówno podczas jej trwania, przed, jak i po
powrocie – domaga się dokończenia. Ale jeszcze pewnie potrwa zanim ustawię
sobie swój harmonogram dnia. Co jakiś czas coś się we mnie odzywa i sama się
znajduje kartka, na której niedbale zapisuję „czas na bloga, czas na książkę,
godzina angielskiego”. Zazwyczaj taka kartka po paru dniach ląduje w koszu,
przed wizytą gości. Po jakimś czasie pojawia się nowa, zawierająca więcej
wykrzykników, czasami nawet jakieś konkrety „raz w tygodniu basen, po południu
chwila relaksu”. A potem siadam do pracy.
Zawsze mówiłam, że nie wyobrażam sobie pracy na etacie – 8
godzin co dziennie, o określonym czasie. Więc znalazłam sobie pracę, która
pochłania mnie doszczętnie – oprócz przepracowanych godzin przed kompem, wpływa
na resztę dnia, a nawet na noc i sny. Jestem dumna, że mam pracę, która jest
zarówno moją pasją, w której widzę głębszą ideę, która mnie fascynuje, przynosi
ciągłe niespodzianki oraz pobudza do ciągłego doskonalenia siebie, poznawania
coraz to ciekawszych ludzi, którzy myślą podobnie. Mało kto ma takie szczęście.
Czasami jednak zastanawiam się jakby to było pójść do pracy, odbębnić konieczne
godziny, po czym zamknąć drzwi i zostawić problemy z nią związane w biurze,
sklepie czy jakimś zakładzie. Na pewno zdrowiej. Na pewno ciało człowieka
potrzebuje momentów całkowitego skoncentrowania, ale również totalnego
wyciszenia i oddzielenia odpoczynku od pracy.
Chyba już nie potrafię, ale chyba też już nie chcę. Tylko
czasem boli głowa od zmartwień, tylko czasem się z kimś pokłócę o poglądy.
Dążąc do brania „więcej od życia” nie da się wykonywać pracy, której cele są
dla nas obojętne – za dużo czasu byśmy marnowali. Uciążliwa byłaby myśl ile
godzin w tygodniu, ile dni w miesiącu
„tracimy” na robienie czegoś, byle czego. Na „niespełnianie” swoich ambicji.
Pięknie i dobrze jest gdy całym sobą robimy to co kochamy,
ale trzeba też w tym byciu sobą znaleźć czas dla siebie. Brzmi co najmniej
dziwnie, wiem. Chodzi o skorzystanie z tej karteczki – o posłuchanie czego
jeszcze domaga się nasze ciało, czy to wsiąknięcie w jakieś działania nie
zabiera nam całego tlenu, który powinien starczyć też na odpoczynek, dodatkowe
pasje, kontakty z przyjaciółmi. Żebyśmy w tym całym pościgu za spełnianiem
siebie, nie utracili czegoś cennego, czegoś co może za nami nie nadążać, a nad
czym warto się pochylić.
A teraz, przeczytam to jeszcze raz i się do tego będę
stosować.