Mam problem z uczuciem nostalgii. Cholerne uczucie blokuje mi możliwość cieszenia się tym co teraz i tu. Czasami wydaje mi się, że lepiej byłoby nie przeżyć tych wszystkich pięknych chwil, które przeżyłam, bo nie miałabym takich punktów odniesienia, do których chciałabym wrócić. A wtedy, po prostu, szło by się do przodu i nie oglądało za siebie. Trochę błędne myślenie, bo tak naprawdę uwielbiam wspominać i opowiadać i móc pisać tego bloga i dzielić się wszystkim tym co się wydarzyło naprawdę! Nie muszę nic dopowiadać, nic koloryzować i nic zmyślać, a i tak mam o czym pisać - niesamowite. I wracam myślami do chwil na wyspie i się uśmiecham do siebie. Ale tu chodzi o coś innego, coś głębszego, coś co tkwi we mnie i nie może się wydostać. Zatrzymałam się gdzieś "pomiędzy". I zaczynam nienawidzić to słowo. Coś we mnie usycha, coś innego się budzi, ale nie potrafię wyrzucić chwastów i podlać to co jeszcze żywe. Albo po prostu się boję. Gdzieś jest blokada i nie znam, jak na razie, żadnego tajemniczego kodu, by ją zdjąć.
Z jednej strony, cieszę się ze swojego skomplikowanego ja. Ciągłe zwroty akcji - pewnego rodzaju adrenalina. Cholera. Jednego dnia wydaje mi się, że mogę góry przenosić - niemal unoszę się na zwykłym miejskim chodniku nie wierząc własnym oczom, że żywopłot już jest zielony... a kolejnego patrzę w niebo i połykam łzy w oczach, bo tak strasznie nie wiem co mam ze sobą zrobić. Zabawnie, prawda? Nie, wcale nie.
_________________
01.06.
A na Gotlandii wszystko płynie swoim rytmem. Jak tak słońce będzie grzało, jak grzeje, to może niedługo wejdę w morze? Muszę wejść! Ciężko będzie popływać, bo strasznie tutaj płytko... ale spróbuję.
Zajeżdżam dzisiaj najpierw do Fide Prastang - prawie najdalej wysuniętej powierzchni, by wracając zrobić resztę. Jestem tutaj o 8 rano. Parking przed lasem wygląda jakby była tutaj niezła imprezka... Zdaje sobie sprawę, że nasza ingerencja w świat dziuplaków wcale nie jest taka bezinwazyjna. Parkuje swojego Dżetę obok innych dżetów i kombi-dżetów, zabieram sprzęt i ruszam - no bo co ja mogę?
Na drodze mijam grupę Francuzów, przygotowujących swój jakiś eksperyment, których ilości już nie ogarniam. Jeden się uśmiecha i oprócz grzecznościowego "hej hej!" pyta "how are you?".
I tak się zastanawiam, ile to razy człowiek odpowiedział, że jest wszystko super, kiedy tak naprawdę nic nie było na swoim miejscu.
Wspominałam, że uwielbiam 14dniowe modraszki? Są najpiękniejszymi stworzeniami na świecie.
_________________
Udawanie jest dla słabych.
piątek, 24 kwietnia 2015
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Śrubo(w)kręt
31.05.
W muzeum Larsa można kupić jego obrazy oraz tablice ptasie. Jedna mnie bardzo kusi, ale strasznie droga! Można też kupić maskotki różnych gatunków ptaków z wbudowanym głośniczkiem i nagranym śpiewem. Bardzo fajne, edukacyjne gadżety. Tylko czemu wszystko takie drogie... Obok muzeum znajduje się Naturum, czyli takie muzeum tematyczne o pięknie przyrody danego miejsca. Muzeum działa na wszystkie zmysły - można coś pooglądać, posłuchać, powąchać, dotknąć... tu coś się świeci, tam wibruje. Fajna zabawa, niby dla dzieciaków, ale ciężko mi przejść i wszystkiego nie wypróbować, bo do końca nie wiesz co się stanie gdy naciśniesz któryś guzik!
Dziewczyny są w lekkiej konsternacji kiedy widzą modraszkę "w trumnie". Zwalam wszystko na Szymona, a on nie zaprzecza. I znów wychodzę na normalną, bezpodstawnie.
Piękny dzień więc z pełną energią idę "robić" swoje gniazda. Denerwują mnie te krowy. Mam uraz po tym jak mnie pogoniły nad brzegiem morza w Bjorklundzie. Jak widzę, że gdzieś jest założony pastuch to podnosi mi się ciśnienie. Wypatruje ich uważnie przechodząc przez drut. Rozglądam się dookoła, ale nawet jak ich nie widzę na horyzoncie to wydaje mi się, że się czają za którymś drzewem i zaraz mnie zaczną gonić. Jakaś paranoja! Tym razem widzę je na horyzoncie - wolę widzieć, przynajmniej wiem którędy iść żeby mnie nie widziały. Jednak żeby dojść do budki muszę się nieco zbliżyć. Idę więc bardzo szybkim krokiem, wyciągam pisklęta i czym prędzej biegnę za najbliższego pastucha, by tam na spokojnie usiąść i się nimi zająć. Zastanawiam się tylko co zrobię kiedy podejdą w międzyczasie, jak odłoże pisklęta na miejce? Śmieję się ze swojej głupoty, ale mimo tego zachowuje ostrożność. Czuję się jak w jakiejś strategicznej grze komputerowej...
No więc tak. Jedziemy do tych 14 dni. Rozkładamy siatkę ornitologiczną niedaleko budki, wyciągamy połowę piskląt i czekamy. Jeśli jeszcze rodzice nie zaczęli szaleć, "włączamy" jedno pisklę. Jeśli to nie działa lub złapie się tylko jeden rodzic - zakładamy pułapkę do budki, czyli takie metalowe coś, co się zatrzaskuje i zamyka otwór wejściowy jeśli coś wleci do środka i idziemy do samochodu bądź nieco bliżej, usiąść na trawę. Częściej jednak wracamy do samochodu żeby nie nosić tego wszystkiego co nam jest potrzebne, a dużo tego jest. Szymon musi takiego dorosłego po pierwsze zaobrączkować bądź spisać obrączkę jeśli takowa już na nóżce się lśni. Następnie mierzy mu głowę, skrzydło, nogi, dziób... chyba wszystko co jest możliwe. Potem pobiera krew ze skrzydła, piórko z piersi, piórko ze skrzydła i z ogona... jakaś masakra, no ale jak trzeba. Musi dodatkowo zrobić zdjęcie głowy i piersi ptaka - do jakichś badań nad kolorami i ich właściwościami. No i zważyć. Chyba tyle. Jeszcze czasem z nią rozmawia. Mówi na przykład "A teraz policzę do trzech i cię wypuszczę, a ty rozłożysz skrzydełka i polecisz do gniazda, dobrze? No to uważaj, raz, dwa...". Siedzi przy tym na tylnym siedzeniu samochodu, a wszystkie jego gadżety są rozłożone z tyłu, a raczej rozpieprzone po siedzeniu. Ja siedzę na fotelu pasażera z przodu, odwrócona przodem do oparcia, potrzebne mi rzeczy są poukładane na fotelu kierowcy. A ptaki wiszą sobie w workach nad naszymi głowami. Wyciągam takie 14-dniowe pisklę i jak już przestanę się zachwycać jakie piękne jest w tym dniu i wzruszać, że już je mogę nigdy nie zobaczyć to zabieram się do roboty. Ważę je sobie i mierzę tak zwany skok, czyli jakby odległość od "kolana" po "stopę". Pobieram krew ze skrzydła. Ze skrzydła pobiera się więcej krwi niż z nóżki, raz, że pisklęta są już większe i można, a dwa, że potrzeba odpowiedniej ilości żeby po odwirowaniu plazmy było jej wystarczająco do przewidzianych badań. Tak pobraną krew od razu chowamy do pojemnika, które trzyma chłód. Również muszę pobrać "kępkę" piórek z piersi... nie podoba mi się to w ogóle, ale robię to jak najsprawniej, by czasem nie zabolało. I tak się nie przyzna, jeśli boli... Śmiesznie patrzą się te ptaki, mają taki zabawny wyraz twarzy przez te wciąż nie zniknięte "zajady"... jakby były ciągle obrażone. Uwielbiam je.
Podczas tych wszystkich czynności musimy się z Szymonem dzielić pęsętą i suwmiarką. Kładziemy je więc w "okienku" powstałym pod zagłówkiem oparcia fotelu. Jeśli ktoś nie odłoży go na swoje miejsce, trzeba się upomnieć. Raz się mylę i mówię "Podaj mi śrubokręt" i zaczyna się... Od tej pory inaczej nie potrafimy powiedzieć na suwmiarkę. Po pewnym czasie również pęsęta dostaje drugie imię - skalpel! Zasada podawania sobie wszystkiego jedynie przez okienko w fotelu również zaczyna być nienaruszalna. Jeśli ktoś się pomyli i wyciągnie po coś rękę pomiędzy fotelami, druga osoba patrzy na nią jakby ta właśnie się z choinki urwała. Na szczęście zwykłe "przepraszam" i postanowienie poprawy wystarczy, by zadośćuczynić. Cieszę się, że się tak rozumiemy.
Po takich obrządkach wracamy do domku na obiad. Wspominałam, że ICA ma bardzo dobrą mrożoną pizzę? O wiele lepsza niż niejedna "świeża", którą jadłam. A do pizzy dodajemy taki specyficzny sos, nawet nie jestem pewna z czego on jest, ale takiego smaku nigdy nie jadłam. Nawet nie wiem czy mi smakuje. Jest po prostu dziwny, więc go czasem jem. Ciekawym smakiem jest też mleczko waniliowe, które dodajemy do kawy. Sprawia, że kawa jest cudownie delikatna... i waniliowa.
A później jedziemy do Francuzów odwirować plazmę. Bo tylko oni mają wirówkę. Hmm... może o tym kiedy indziej, wiąże się z tą czynnością kolejna porcja dziwnych zachowań, nie będę się obciążać aż tak - na raz.
Dobrze, że rzadko tutaj odwołują zachód słońca...
_____________________
"Samotni ze sobą nie możemy znaleźć
miejsca i czasu na zadumy chwilę
Uciekamy do nikąd
pod prąd wyobraźni
Zostawiając sny
jak bezbronne motyle..."
W muzeum Larsa można kupić jego obrazy oraz tablice ptasie. Jedna mnie bardzo kusi, ale strasznie droga! Można też kupić maskotki różnych gatunków ptaków z wbudowanym głośniczkiem i nagranym śpiewem. Bardzo fajne, edukacyjne gadżety. Tylko czemu wszystko takie drogie... Obok muzeum znajduje się Naturum, czyli takie muzeum tematyczne o pięknie przyrody danego miejsca. Muzeum działa na wszystkie zmysły - można coś pooglądać, posłuchać, powąchać, dotknąć... tu coś się świeci, tam wibruje. Fajna zabawa, niby dla dzieciaków, ale ciężko mi przejść i wszystkiego nie wypróbować, bo do końca nie wiesz co się stanie gdy naciśniesz któryś guzik!
Dziewczyny są w lekkiej konsternacji kiedy widzą modraszkę "w trumnie". Zwalam wszystko na Szymona, a on nie zaprzecza. I znów wychodzę na normalną, bezpodstawnie.
Piękny dzień więc z pełną energią idę "robić" swoje gniazda. Denerwują mnie te krowy. Mam uraz po tym jak mnie pogoniły nad brzegiem morza w Bjorklundzie. Jak widzę, że gdzieś jest założony pastuch to podnosi mi się ciśnienie. Wypatruje ich uważnie przechodząc przez drut. Rozglądam się dookoła, ale nawet jak ich nie widzę na horyzoncie to wydaje mi się, że się czają za którymś drzewem i zaraz mnie zaczną gonić. Jakaś paranoja! Tym razem widzę je na horyzoncie - wolę widzieć, przynajmniej wiem którędy iść żeby mnie nie widziały. Jednak żeby dojść do budki muszę się nieco zbliżyć. Idę więc bardzo szybkim krokiem, wyciągam pisklęta i czym prędzej biegnę za najbliższego pastucha, by tam na spokojnie usiąść i się nimi zająć. Zastanawiam się tylko co zrobię kiedy podejdą w międzyczasie, jak odłoże pisklęta na miejce? Śmieję się ze swojej głupoty, ale mimo tego zachowuje ostrożność. Czuję się jak w jakiejś strategicznej grze komputerowej...
No więc tak. Jedziemy do tych 14 dni. Rozkładamy siatkę ornitologiczną niedaleko budki, wyciągamy połowę piskląt i czekamy. Jeśli jeszcze rodzice nie zaczęli szaleć, "włączamy" jedno pisklę. Jeśli to nie działa lub złapie się tylko jeden rodzic - zakładamy pułapkę do budki, czyli takie metalowe coś, co się zatrzaskuje i zamyka otwór wejściowy jeśli coś wleci do środka i idziemy do samochodu bądź nieco bliżej, usiąść na trawę. Częściej jednak wracamy do samochodu żeby nie nosić tego wszystkiego co nam jest potrzebne, a dużo tego jest. Szymon musi takiego dorosłego po pierwsze zaobrączkować bądź spisać obrączkę jeśli takowa już na nóżce się lśni. Następnie mierzy mu głowę, skrzydło, nogi, dziób... chyba wszystko co jest możliwe. Potem pobiera krew ze skrzydła, piórko z piersi, piórko ze skrzydła i z ogona... jakaś masakra, no ale jak trzeba. Musi dodatkowo zrobić zdjęcie głowy i piersi ptaka - do jakichś badań nad kolorami i ich właściwościami. No i zważyć. Chyba tyle. Jeszcze czasem z nią rozmawia. Mówi na przykład "A teraz policzę do trzech i cię wypuszczę, a ty rozłożysz skrzydełka i polecisz do gniazda, dobrze? No to uważaj, raz, dwa...". Siedzi przy tym na tylnym siedzeniu samochodu, a wszystkie jego gadżety są rozłożone z tyłu, a raczej rozpieprzone po siedzeniu. Ja siedzę na fotelu pasażera z przodu, odwrócona przodem do oparcia, potrzebne mi rzeczy są poukładane na fotelu kierowcy. A ptaki wiszą sobie w workach nad naszymi głowami. Wyciągam takie 14-dniowe pisklę i jak już przestanę się zachwycać jakie piękne jest w tym dniu i wzruszać, że już je mogę nigdy nie zobaczyć to zabieram się do roboty. Ważę je sobie i mierzę tak zwany skok, czyli jakby odległość od "kolana" po "stopę". Pobieram krew ze skrzydła. Ze skrzydła pobiera się więcej krwi niż z nóżki, raz, że pisklęta są już większe i można, a dwa, że potrzeba odpowiedniej ilości żeby po odwirowaniu plazmy było jej wystarczająco do przewidzianych badań. Tak pobraną krew od razu chowamy do pojemnika, które trzyma chłód. Również muszę pobrać "kępkę" piórek z piersi... nie podoba mi się to w ogóle, ale robię to jak najsprawniej, by czasem nie zabolało. I tak się nie przyzna, jeśli boli... Śmiesznie patrzą się te ptaki, mają taki zabawny wyraz twarzy przez te wciąż nie zniknięte "zajady"... jakby były ciągle obrażone. Uwielbiam je.
Podczas tych wszystkich czynności musimy się z Szymonem dzielić pęsętą i suwmiarką. Kładziemy je więc w "okienku" powstałym pod zagłówkiem oparcia fotelu. Jeśli ktoś nie odłoży go na swoje miejsce, trzeba się upomnieć. Raz się mylę i mówię "Podaj mi śrubokręt" i zaczyna się... Od tej pory inaczej nie potrafimy powiedzieć na suwmiarkę. Po pewnym czasie również pęsęta dostaje drugie imię - skalpel! Zasada podawania sobie wszystkiego jedynie przez okienko w fotelu również zaczyna być nienaruszalna. Jeśli ktoś się pomyli i wyciągnie po coś rękę pomiędzy fotelami, druga osoba patrzy na nią jakby ta właśnie się z choinki urwała. Na szczęście zwykłe "przepraszam" i postanowienie poprawy wystarczy, by zadośćuczynić. Cieszę się, że się tak rozumiemy.
Po takich obrządkach wracamy do domku na obiad. Wspominałam, że ICA ma bardzo dobrą mrożoną pizzę? O wiele lepsza niż niejedna "świeża", którą jadłam. A do pizzy dodajemy taki specyficzny sos, nawet nie jestem pewna z czego on jest, ale takiego smaku nigdy nie jadłam. Nawet nie wiem czy mi smakuje. Jest po prostu dziwny, więc go czasem jem. Ciekawym smakiem jest też mleczko waniliowe, które dodajemy do kawy. Sprawia, że kawa jest cudownie delikatna... i waniliowa.
A później jedziemy do Francuzów odwirować plazmę. Bo tylko oni mają wirówkę. Hmm... może o tym kiedy indziej, wiąże się z tą czynnością kolejna porcja dziwnych zachowań, nie będę się obciążać aż tak - na raz.
Dobrze, że rzadko tutaj odwołują zachód słońca...
_____________________
"Samotni ze sobą nie możemy znaleźć
miejsca i czasu na zadumy chwilę
Uciekamy do nikąd
pod prąd wyobraźni
Zostawiając sny
jak bezbronne motyle..."
niedziela, 19 kwietnia 2015
am I?
"Tak dzieje się gdy wiosna przyjdzie
Wypala miłość stare trawy"
Nie jest dobrze. Nie pomaga mi to co pomagało. Muszę w końcu obrać jakiś kierunek. Potrzebuje jakiejś ostoi, niewielkiej przestrzeni, w której będę czuć się na swoim miejscu.
Jest dokładnie rok po wyjeździe, a ja znowu potrzebuje wyspy.
Błędne koło.
A może efekt motyla?
W którym momencie popełniłam błąd?
Wypala miłość stare trawy"
Nie jest dobrze. Nie pomaga mi to co pomagało. Muszę w końcu obrać jakiś kierunek. Potrzebuje jakiejś ostoi, niewielkiej przestrzeni, w której będę czuć się na swoim miejscu.
Jest dokładnie rok po wyjeździe, a ja znowu potrzebuje wyspy.
Błędne koło.
A może efekt motyla?
W którym momencie popełniłam błąd?
niedziela, 5 kwietnia 2015
Ready?
30.05.
Leszczyny przyjmują tutaj formy drzewiaste! Nie widziałam nigdy takich, chyba im tu dobrze skoro wyglądają jak wyglądają. Podszyt też już się zazielenił, najwyższy czas. Śmiesznie tak przeżywać wiosnę drugi raz (w Polsce przed wyjazdem i teraz dopiero opóźniona jej szwedzka wersja dobiega końca). To chyba najpiękniejsza - bo najdłuższa - wiosna w moim życiu. Zawsze się nią zachwycam, uwielbiam zieleń młodych liści i pączki na żywopłocie.
Dobrze, że już na pamięć chodzę do swoich budek, bo byłoby coraz ciężej znaleźć nowe wśród zarastającego lasu.
A dzisiaj nieco pochmurnie. Chmury w Fide robią taką niesamowitą scenerię, że specjalnie zatrzymuje się przy kościele po to, żeby zrobić zdjęcie. I wychodzi piękne. Moje ulubione zdjęcie Kyrki, jak do tej pory. Wszystko na nim widać - od wyraźnie mrocznej wieży, przez tradycyjne murki po rząd kwitnących kasztanów.
Dzisiaj jeśli zostanie nam trochę czasu za dnia, mamy jechać do muzeum Larsa Jonssona, słynnego rysownika ptaków ze Szwecji. Jego dom przekształcony w muzeum znajduje się na południu Gotlandii w miasteczku Vamlingbo... Rany, jakie te szwedzkie wyrazy są trudne do wypowiedzenia.
Wracam z terenu i daje znać, że już jestem, "jakby coś". Robię sobie grzanki, herbatkę i odpalam komputer. Nie zdąży się nawet włączyć gdy słyszę podjeżdżający samochód. Za chwilę wchodzi rozochocony Szymek i mówi "łaap" udając, że czymś rzuca. Podchodzę z ciekawością i spoglądam na jego dłoń - Nie żyje?! - Patrze ze smutkiem na nieruchomą samicę dorosłej modraszki. Ponoć padła na zawał, czy coś zawałopodobnego. Tak się zdarza - mówi. Musiała mieć słabe serce lub kondycję i zbyt duży stres przeżyła przy pomiarach. Przykre, ale chyba już się przyzwyczaiłam do tych ciemniejszych stron prowadzenia badań przyrodniczych. Mniej to przeżywam. Co z nią zrobimy? Zostawiamy na razie w domku, dla Asi, która będzie mogła sobie na niej "poćwiczyć" robienie zdjęć brzuszka i główki. Też do jakiejś dokumentacji... milion analiz na raz. Ciekawe komu się będzie chciało nad tym później siedzieć i opracowywać?
A czy mi by się chciało? Ostatnio Szymek zasiał we mnie ziarenko niepewności. Rozmawialiśmy o karierze naukowej i o tym, że to dobry sposób, aby pogodzić pasje i prace w terenie, a jeśli do tego dochodzą granty - to i niezły zarobek. Pierwszy raz zaczęłam się zastanawiać poważniej nad doktoratem.
Zdechnięta modraszka mnie intryguje, oglądam ją z każdej strony. Czy ja jestem nienormalna? Stwierdzamy, że nie możemy jej nie pochować i robię jej trumnę z pudełeczka... Układam ją na papierze toaletowym, z którego robię również dla niej kołderkę, a obok główki kładę kwiat konwalii... Nad główką umieszczam papierowy wycinek, na którym piszę "Modra, 2013-2014". W okół Modrej układam plastikowe jajka. Na koniec zapalam świeczkę, którą stawiam w dolnej części pudełka. Hmm... Mam zdjęcie, ale nie pokażę go tutaj, może wtedy każdy pomyśli, że żartuje i wcale nie zrobiłam tego co zrobiłam. Przecież to wydaje się być bardzo głupie.
Ale tylko teraz, dopóki nie wspomniałam o innych przyzwyczajeniach, które zaczynają wkraczać w nasze życie na Gotlandii... Za długo na wyspie? Może jest taka choroba związana z nadmiernym wdychaniem świeżego powietrza, a jej objawy ustępują dopiero po zmianie miejsca.
Zostawiamy modraszkę w "trumnie" i jedziemy do Larsa. Dziewczyny się zdziwią, jak wrócą...
Zapach konwalii unosi się ostatnio w całym domku. Na stole w głównym pokoju (który jest zarówno salonem, jadalnią, pokojem przejściowym oraz pracownią Szymonową) stoi mały flakonik z uroczym bukiecikiem.
__________________
I don't want to judge
what's in your heart,
but if you're not ready for love,
how can you be ready for life?
...
Leszczyny przyjmują tutaj formy drzewiaste! Nie widziałam nigdy takich, chyba im tu dobrze skoro wyglądają jak wyglądają. Podszyt też już się zazielenił, najwyższy czas. Śmiesznie tak przeżywać wiosnę drugi raz (w Polsce przed wyjazdem i teraz dopiero opóźniona jej szwedzka wersja dobiega końca). To chyba najpiękniejsza - bo najdłuższa - wiosna w moim życiu. Zawsze się nią zachwycam, uwielbiam zieleń młodych liści i pączki na żywopłocie.
Dobrze, że już na pamięć chodzę do swoich budek, bo byłoby coraz ciężej znaleźć nowe wśród zarastającego lasu.
A dzisiaj nieco pochmurnie. Chmury w Fide robią taką niesamowitą scenerię, że specjalnie zatrzymuje się przy kościele po to, żeby zrobić zdjęcie. I wychodzi piękne. Moje ulubione zdjęcie Kyrki, jak do tej pory. Wszystko na nim widać - od wyraźnie mrocznej wieży, przez tradycyjne murki po rząd kwitnących kasztanów.
Dzisiaj jeśli zostanie nam trochę czasu za dnia, mamy jechać do muzeum Larsa Jonssona, słynnego rysownika ptaków ze Szwecji. Jego dom przekształcony w muzeum znajduje się na południu Gotlandii w miasteczku Vamlingbo... Rany, jakie te szwedzkie wyrazy są trudne do wypowiedzenia.
Wracam z terenu i daje znać, że już jestem, "jakby coś". Robię sobie grzanki, herbatkę i odpalam komputer. Nie zdąży się nawet włączyć gdy słyszę podjeżdżający samochód. Za chwilę wchodzi rozochocony Szymek i mówi "łaap" udając, że czymś rzuca. Podchodzę z ciekawością i spoglądam na jego dłoń - Nie żyje?! - Patrze ze smutkiem na nieruchomą samicę dorosłej modraszki. Ponoć padła na zawał, czy coś zawałopodobnego. Tak się zdarza - mówi. Musiała mieć słabe serce lub kondycję i zbyt duży stres przeżyła przy pomiarach. Przykre, ale chyba już się przyzwyczaiłam do tych ciemniejszych stron prowadzenia badań przyrodniczych. Mniej to przeżywam. Co z nią zrobimy? Zostawiamy na razie w domku, dla Asi, która będzie mogła sobie na niej "poćwiczyć" robienie zdjęć brzuszka i główki. Też do jakiejś dokumentacji... milion analiz na raz. Ciekawe komu się będzie chciało nad tym później siedzieć i opracowywać?
A czy mi by się chciało? Ostatnio Szymek zasiał we mnie ziarenko niepewności. Rozmawialiśmy o karierze naukowej i o tym, że to dobry sposób, aby pogodzić pasje i prace w terenie, a jeśli do tego dochodzą granty - to i niezły zarobek. Pierwszy raz zaczęłam się zastanawiać poważniej nad doktoratem.
Zdechnięta modraszka mnie intryguje, oglądam ją z każdej strony. Czy ja jestem nienormalna? Stwierdzamy, że nie możemy jej nie pochować i robię jej trumnę z pudełeczka... Układam ją na papierze toaletowym, z którego robię również dla niej kołderkę, a obok główki kładę kwiat konwalii... Nad główką umieszczam papierowy wycinek, na którym piszę "Modra, 2013-2014". W okół Modrej układam plastikowe jajka. Na koniec zapalam świeczkę, którą stawiam w dolnej części pudełka. Hmm... Mam zdjęcie, ale nie pokażę go tutaj, może wtedy każdy pomyśli, że żartuje i wcale nie zrobiłam tego co zrobiłam. Przecież to wydaje się być bardzo głupie.
Ale tylko teraz, dopóki nie wspomniałam o innych przyzwyczajeniach, które zaczynają wkraczać w nasze życie na Gotlandii... Za długo na wyspie? Może jest taka choroba związana z nadmiernym wdychaniem świeżego powietrza, a jej objawy ustępują dopiero po zmianie miejsca.
Zostawiamy modraszkę w "trumnie" i jedziemy do Larsa. Dziewczyny się zdziwią, jak wrócą...
Zapach konwalii unosi się ostatnio w całym domku. Na stole w głównym pokoju (który jest zarówno salonem, jadalnią, pokojem przejściowym oraz pracownią Szymonową) stoi mały flakonik z uroczym bukiecikiem.
__________________
I don't want to judge
what's in your heart,
but if you're not ready for love,
how can you be ready for life?
...
piątek, 3 kwietnia 2015
alive
Chodzi o to, że nie powinno się komuś zabraniać czegoś co jest dla niego magiczne. Czegoś, co jest wyjątkowe i sprawia, że tę chwilę przeżywa z pełną świadomością tego, że jej nie marnuje. Nie można kogoś odzierać z marzeń, które może spełniać. Tym bardziej, że istnieje cała masa marzeń nigdy-nie-spełnialnych, które blokują nam pełen rozwój duchowy.
Każdy z nas powinien znaleźć się w swoim życiu w miejscu, od którego nie musi odpoczywać.
Każdy z nas powinien znaleźć się w swoim życiu w miejscu, od którego nie musi odpoczywać.
czwartek, 2 kwietnia 2015
Next, please
Jak ja nie cierpię postępu technicznego! Każdy umiał żyć bez telefonu dopóki się telefon nie pojawił. Każdy potrafił docenić piękno przyrody dopóki horyzontu nie zasłaniały blokowiska i centra handlowe. Każdy kontakt człowieka z człowiekiem wymagał wysiłku, poświęcenia, ale dzięki temu był głęboki, prawdziwy, naturalny. I chodziło się pieszo kiedy nie istniało koło...
Znajdźcie teraz człowieka, który mimo wszystkich tych "stjupid-fonów" i ogromnych miast z jeszcze ogromniejszymi możliwościami spędzania czasu, wybierze las.
To akurat było (na całe szczęście!) proste - zwłaszcza w gronie mi bliskim.
A teraz trudniej - znajdźcie kogoś, kto zamiast wszystkich tych nowoczesnych komunikatorów i ogłupiaczy wybierze tradycyjny list. Na papierze napisany odręcznie, nieoficjalny list! Niemal każdy pomyśli "chciałbym dostać list", a kto kiedykolwiek go napisał? Niesamowite uczucie, pięknie przeżyte chwile i jedyna w swoim rodzaju pamiątka. Śmiało polecam.
W sumie to chciałam się oburzyć na pewien temat, ale już mi przeszło. Nie będę do tego wracać.
_____________
Budzi mnie sms. Otwieram jedno oko i czytam wiadomość od nieznanego numeru o dziwnej treści "Podaj śrubokręt." Chcę mi się śmiać, ale jeszcze jestem zaspana i tylko uśmiecham się pod nosem. Mogę jeszcze przynajmniej pół godziny pospać. Podoba mi się w tej pracy (poza wszystkim innym) to, że sama ustalam sobie grafik dnia. W zależności od tego, ile mam zadane na dany dzień, mogę pospać dłużej lub wcześniej skończyć. Zwykle i tak nie budzę się późno, wolę zostawić sobie wolny wieczór. Od paru dni i przez parę następnych praca będzie wyglądała tak, że im wcześniej skończę objazd swoich budek, tym więcej będę mogła pomóc Szymonowi. A coraz więcej dni 14tych. Tym bardziej nie przedłużam spania. Ale te pół godziny jeszcze mi się należy! Zresztą, zazwyczaj jest tak, że wstaję ostatnia z domowników, a wyjeżdżam w teren równo z nimi, lub nawet pierwsza. Bo ileż można siedzieć nad śniadaniem?
Wyłączyliśmy niedawno inkubator i tym samym zakończyło się nasze wstawanie na zmianę o 5 rano. Nawet nie było takie złe - dzień wydawał się wyjątkowo długi, kolory niedługo po wschodzie słońca wciąż były głębokie i wyraziste, a i sam fakt dostarczania mamusi świeżo wyklutych pociech sprawiał mi radość. Bałam się tylko, żeby je nie wychłodzić... to była moja największa troska. Poza tym, naprawdę lubię poranną rosę.
Śrubokręt to suwmiarka, ale o tym więcej kiedy indziej.
Znajdźcie teraz człowieka, który mimo wszystkich tych "stjupid-fonów" i ogromnych miast z jeszcze ogromniejszymi możliwościami spędzania czasu, wybierze las.
To akurat było (na całe szczęście!) proste - zwłaszcza w gronie mi bliskim.
A teraz trudniej - znajdźcie kogoś, kto zamiast wszystkich tych nowoczesnych komunikatorów i ogłupiaczy wybierze tradycyjny list. Na papierze napisany odręcznie, nieoficjalny list! Niemal każdy pomyśli "chciałbym dostać list", a kto kiedykolwiek go napisał? Niesamowite uczucie, pięknie przeżyte chwile i jedyna w swoim rodzaju pamiątka. Śmiało polecam.
W sumie to chciałam się oburzyć na pewien temat, ale już mi przeszło. Nie będę do tego wracać.
_____________
Budzi mnie sms. Otwieram jedno oko i czytam wiadomość od nieznanego numeru o dziwnej treści "Podaj śrubokręt." Chcę mi się śmiać, ale jeszcze jestem zaspana i tylko uśmiecham się pod nosem. Mogę jeszcze przynajmniej pół godziny pospać. Podoba mi się w tej pracy (poza wszystkim innym) to, że sama ustalam sobie grafik dnia. W zależności od tego, ile mam zadane na dany dzień, mogę pospać dłużej lub wcześniej skończyć. Zwykle i tak nie budzę się późno, wolę zostawić sobie wolny wieczór. Od paru dni i przez parę następnych praca będzie wyglądała tak, że im wcześniej skończę objazd swoich budek, tym więcej będę mogła pomóc Szymonowi. A coraz więcej dni 14tych. Tym bardziej nie przedłużam spania. Ale te pół godziny jeszcze mi się należy! Zresztą, zazwyczaj jest tak, że wstaję ostatnia z domowników, a wyjeżdżam w teren równo z nimi, lub nawet pierwsza. Bo ileż można siedzieć nad śniadaniem?
Wyłączyliśmy niedawno inkubator i tym samym zakończyło się nasze wstawanie na zmianę o 5 rano. Nawet nie było takie złe - dzień wydawał się wyjątkowo długi, kolory niedługo po wschodzie słońca wciąż były głębokie i wyraziste, a i sam fakt dostarczania mamusi świeżo wyklutych pociech sprawiał mi radość. Bałam się tylko, żeby je nie wychłodzić... to była moja największa troska. Poza tym, naprawdę lubię poranną rosę.
Śrubokręt to suwmiarka, ale o tym więcej kiedy indziej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

