Boimy się wypowiadać słowa, bo nie da się ich cofnąć. A czy da się cofnąć niewypowiedzenie ich?
piątek, 29 maja 2015
poniedziałek, 25 maja 2015
w beczkę albo wcale
06.2014
Jedziemy wirować krew. Dosłownie - wkłada się próbki krwi do takiej podręcznej wirówki, wyciąga po 3-5 minutach i oddziela pipetą plazmę od reszty. Plazma oddziela się na skutek... nie, nie, nie zamierzam tutaj definiować coś, na czym się nie znam. Poczytajcie na wikipedii. Na nowe pojemniczki z plazmą naklejamy kawałek taśmy, na której piszemy datę i inne konieczne do identyfikacji informacje. To tyle z poważnych tematów w tym poście...
Po zrobionych powierzchniach jemy obfity lub mniej obfity posiłek, pijemy kawusię z mleczkiem waniliowym (czemu go nie ma w Polsce?) i zbieramy się do wyjścia - na wirowanie. Wirówka jest u Kevina, w domu gdzie jeździ się też do pralki, w Burgsvik. Szymek zawsze jak jedzie robić pranie zabiera moje brudy - to już chyba przyjaźń, skoro nie brzydzi się moich brudnych skarpetek i majtek? Czasem mu za to rozwieszę już czyste gacie na sznurku, ale wcale tego nie oczekuje, dobry człowiek. No więc jedziemy do tych Francuzów. Wjeżdżamy na podwórko, na którym już stoi trochę samochodów, miejsce jednak się znajduje. Podjeżdżamy przodem do metalowej beczki, zaglądam do przedniej szyby z ciekawości, czy Szymon w nią stuknie. Nie stuknął - popatrzyłam na niego z rozczarowaniem. Szymon zrobił szymonową minę z cyklu "ja nie wjadę?", zapalił jeszcze raz samochód i podjechał 5 cm bliżej, co wystarczyło żeby beczka na chwilę straciła równowagę, zakołysała się i stanęła znowu w pionie. Było to tak pozbawione jakiejkolwiek logiki, że nie mogliśmy się opanować ze śmiechu. Po uspokojeniu się weszliśmy do Kevina. Hi everyone! Minęliśmy jedno pomieszczenie, w którym byli skośnoocy i przeszliśmy do pokoju z wirówką. Usiedliśmy przy stoliku i podzielili się robotą, by ta sprawnie szła. Tym razem nie mieliśmy dużo do wirowania, ale z każdym dniem miało być coraz więcej. Zza ściany dało się słyszeć chińskie rozmowy, nie było łatwo się nie śmiać, kto wymyślił chiński język? Ni to ładne ni podobne do czegokolwiek. Krew odwirowana, wracamy więc do samochodu i odjeżdżamy. Szymek wrzuca kierunkowskaz w prawo - gdzie jedziesz? - pytam zdziwiona, bo bliższa droga do domku jest na lewo. Otóż musimy zahaczyć jeszcze o drugi francuski dom, w którym jest duża lodówka przygotowana właśnie na takie okazje, jak przechowywanie próbek krwi. Skręcamy więc z impetem na prawo i za parędziesiąt metrów znów ostro w prawo, gdzie znajduje się wjazd na podwórko. Nie koloryzuje ani trochę używając słowa "impet", Szymek lubi właśnie tak jeździć. Jednocześnie w tym impecie jest tyle chaosu, że samochód na podwórku zaczyna wariować, krztusi się i gaśnie. Cała ta sytuacja wygląda komicznie, nie powinnam się śmiać, ale no... nie dam rady. Jak Ty to w ogóle zrobiłeś? Pytam, a on tylko się śmieje, bierze przenośną lodówkę i idzie z nią do piwniczki. Co za człowiek! Daję głośniej radio i czekam. Wraca, nadal uśmiechnięty. Piękną mamy dzisiaj pogodę, więc po co się smucić? Szymon wsiada za kierownicę i cofa... z impetem. To było fajne! Aż się koła lekko wkopały w trawnik. Jedziemy w stronę domku. Trasa prowadzi z południa na północ, a potem zakręca na zachód. Jadąc na zachód zjeżdżamy delikatnie z górki, a na horyzoncie widzimy morze. Jeśli by nie skręcać na ostatnim skrzyżowaniu dróg i rozpędzić maksymalnie samochód, może by udało się do niego dolecieć? Rozmawiamy o tym zbliżając się do rozjazdu... Szymek udaje, że przyśpiesza... a może jednak nie udaje? Przestań - panikuje i wbijam się głębiej w fotel. A on znowu się śmieje. Tym razem nie wjeżdżamy do morza, kiedy indziej. Zjeżdżamy na naszą dojazdową drogę gruntową. Tego dnia dowiedzieliśmy się od właścicielki tych gruntów, że prosi nas, by jeździć po niej maksymalnie 20 km/h, bo jej rozjeżdżamy drogę. Trochę z tego szydzimy. Przypominam Szymonowi, że ma zachować spokój, bo rozjeżdża drogę. Posłusznie wrzuca pierwszy bieg i zsuwa nogę z gazu. Jedziemy więc najwolniej jak się da. Jedziemy tak wolno, że odsuwam szybę i podziwiam mrówki na podjeździe. Robimy głośniej radio i wystawiamy tzw. zimne łokcie. Jest pełen chillout, w końcu dzień po pracy, nigdzie nam się nie śpieszy. Po 5 minutach 100 metrowej drogi jesteśmy na miejscu. Szymek parkuje samochód w swoim miejscu, które sobie zajął już na początku, przodem do przedniej ściany domku. Zawsze mam wrażenie, że wjedzie nam na chatę i przy ostatnim metrze "hamuję" razem z nim rękoma. Ten mój strach go cieszy, ale dzisiaj chyba wszystko go cieszy. Mnie zresztą też. To był dobry dzień. I przede wszystkim - wesoły.
_________________
Jedziemy na drugi dzień wirować krew. Podjeżdżamy pod beczkę, uderzając ją delikatnie i snując teorię o równowadze świata związanej bezpośrednio z uderzeniem w beczkę. Po wyjeździe z podwórka Kevina pytam "dokąd jedziemy?" i sama sobie odpowiadam. Do francuzów wjeżdżamy tak, by silnik kaszlnął przynajmniej trzy razy. Wyjeżdżamy cofając jak sportowa bryka. Na ostatnim skrzyżowaniu Szymon udaje, że wjeżdża do morza. Podjazd do domku wykonujemy na jedynce bez gazu, z głośną muzyką. Hamuje rękoma, gdy Szymon "wjeżdża w dom".
Wszystko wydaje się takie oczywiste.
Na trzeci i czwarty dzień nic się nie zmienia. Nasze dziwne zwyczaje stają się normą.
Na piąty dzień jedziemy wirować krew - kiedy zajeżdżamy pod dom Kevina stajemy osłupiali. Miejsce przy beczce jest zajęte przez inny samochód. I co teraz będzie? Zaczynamy się denerwować, przecież nie możemy nie-uderzyć-w-beczkę. Cała tradycja legnie w gruzach! Szymon zajeżdża obok, patrzę co robi - a on, delikatnie w ostatniej chwili skręca kierownicę i podjeżdża ukosem do naszej beczki, dotyka ją i odjeżdża... Nie wierzę własnym oczom. Z jednej strony czuję ulgę - świat się nie zawali, równowaga będzie zachowana. Z drugiej uświadamiam sobie ile w tym wszystkim co robimy jest parodii. Czy my jesteśmy normalni? Czy to, że nie, to coś złego? I tak całkiem serio - kto by się tym wszystkim przejmował?
Kolejnego dnia napotykamy na inną przeszkodę. Miejsce przy domku jest zajęte przez samochód Asi! Co ona sobie myśli? Na chwilę zapominam o ostatnim aspekcie naszej tradycji, jakoś to przeżyję. Szymek jednak nie daje za wygraną i niebezpiecznie zbliża się do sąsiedniego domku. Przeraża mnie to i hamuję rękoma. Patrzę na niego, a on mówi tylko "no co? musiałem".
Jedziemy wirować krew. Dosłownie - wkłada się próbki krwi do takiej podręcznej wirówki, wyciąga po 3-5 minutach i oddziela pipetą plazmę od reszty. Plazma oddziela się na skutek... nie, nie, nie zamierzam tutaj definiować coś, na czym się nie znam. Poczytajcie na wikipedii. Na nowe pojemniczki z plazmą naklejamy kawałek taśmy, na której piszemy datę i inne konieczne do identyfikacji informacje. To tyle z poważnych tematów w tym poście...
Po zrobionych powierzchniach jemy obfity lub mniej obfity posiłek, pijemy kawusię z mleczkiem waniliowym (czemu go nie ma w Polsce?) i zbieramy się do wyjścia - na wirowanie. Wirówka jest u Kevina, w domu gdzie jeździ się też do pralki, w Burgsvik. Szymek zawsze jak jedzie robić pranie zabiera moje brudy - to już chyba przyjaźń, skoro nie brzydzi się moich brudnych skarpetek i majtek? Czasem mu za to rozwieszę już czyste gacie na sznurku, ale wcale tego nie oczekuje, dobry człowiek. No więc jedziemy do tych Francuzów. Wjeżdżamy na podwórko, na którym już stoi trochę samochodów, miejsce jednak się znajduje. Podjeżdżamy przodem do metalowej beczki, zaglądam do przedniej szyby z ciekawości, czy Szymon w nią stuknie. Nie stuknął - popatrzyłam na niego z rozczarowaniem. Szymon zrobił szymonową minę z cyklu "ja nie wjadę?", zapalił jeszcze raz samochód i podjechał 5 cm bliżej, co wystarczyło żeby beczka na chwilę straciła równowagę, zakołysała się i stanęła znowu w pionie. Było to tak pozbawione jakiejkolwiek logiki, że nie mogliśmy się opanować ze śmiechu. Po uspokojeniu się weszliśmy do Kevina. Hi everyone! Minęliśmy jedno pomieszczenie, w którym byli skośnoocy i przeszliśmy do pokoju z wirówką. Usiedliśmy przy stoliku i podzielili się robotą, by ta sprawnie szła. Tym razem nie mieliśmy dużo do wirowania, ale z każdym dniem miało być coraz więcej. Zza ściany dało się słyszeć chińskie rozmowy, nie było łatwo się nie śmiać, kto wymyślił chiński język? Ni to ładne ni podobne do czegokolwiek. Krew odwirowana, wracamy więc do samochodu i odjeżdżamy. Szymek wrzuca kierunkowskaz w prawo - gdzie jedziesz? - pytam zdziwiona, bo bliższa droga do domku jest na lewo. Otóż musimy zahaczyć jeszcze o drugi francuski dom, w którym jest duża lodówka przygotowana właśnie na takie okazje, jak przechowywanie próbek krwi. Skręcamy więc z impetem na prawo i za parędziesiąt metrów znów ostro w prawo, gdzie znajduje się wjazd na podwórko. Nie koloryzuje ani trochę używając słowa "impet", Szymek lubi właśnie tak jeździć. Jednocześnie w tym impecie jest tyle chaosu, że samochód na podwórku zaczyna wariować, krztusi się i gaśnie. Cała ta sytuacja wygląda komicznie, nie powinnam się śmiać, ale no... nie dam rady. Jak Ty to w ogóle zrobiłeś? Pytam, a on tylko się śmieje, bierze przenośną lodówkę i idzie z nią do piwniczki. Co za człowiek! Daję głośniej radio i czekam. Wraca, nadal uśmiechnięty. Piękną mamy dzisiaj pogodę, więc po co się smucić? Szymon wsiada za kierownicę i cofa... z impetem. To było fajne! Aż się koła lekko wkopały w trawnik. Jedziemy w stronę domku. Trasa prowadzi z południa na północ, a potem zakręca na zachód. Jadąc na zachód zjeżdżamy delikatnie z górki, a na horyzoncie widzimy morze. Jeśli by nie skręcać na ostatnim skrzyżowaniu dróg i rozpędzić maksymalnie samochód, może by udało się do niego dolecieć? Rozmawiamy o tym zbliżając się do rozjazdu... Szymek udaje, że przyśpiesza... a może jednak nie udaje? Przestań - panikuje i wbijam się głębiej w fotel. A on znowu się śmieje. Tym razem nie wjeżdżamy do morza, kiedy indziej. Zjeżdżamy na naszą dojazdową drogę gruntową. Tego dnia dowiedzieliśmy się od właścicielki tych gruntów, że prosi nas, by jeździć po niej maksymalnie 20 km/h, bo jej rozjeżdżamy drogę. Trochę z tego szydzimy. Przypominam Szymonowi, że ma zachować spokój, bo rozjeżdża drogę. Posłusznie wrzuca pierwszy bieg i zsuwa nogę z gazu. Jedziemy więc najwolniej jak się da. Jedziemy tak wolno, że odsuwam szybę i podziwiam mrówki na podjeździe. Robimy głośniej radio i wystawiamy tzw. zimne łokcie. Jest pełen chillout, w końcu dzień po pracy, nigdzie nam się nie śpieszy. Po 5 minutach 100 metrowej drogi jesteśmy na miejscu. Szymek parkuje samochód w swoim miejscu, które sobie zajął już na początku, przodem do przedniej ściany domku. Zawsze mam wrażenie, że wjedzie nam na chatę i przy ostatnim metrze "hamuję" razem z nim rękoma. Ten mój strach go cieszy, ale dzisiaj chyba wszystko go cieszy. Mnie zresztą też. To był dobry dzień. I przede wszystkim - wesoły.
_________________
Jedziemy na drugi dzień wirować krew. Podjeżdżamy pod beczkę, uderzając ją delikatnie i snując teorię o równowadze świata związanej bezpośrednio z uderzeniem w beczkę. Po wyjeździe z podwórka Kevina pytam "dokąd jedziemy?" i sama sobie odpowiadam. Do francuzów wjeżdżamy tak, by silnik kaszlnął przynajmniej trzy razy. Wyjeżdżamy cofając jak sportowa bryka. Na ostatnim skrzyżowaniu Szymon udaje, że wjeżdża do morza. Podjazd do domku wykonujemy na jedynce bez gazu, z głośną muzyką. Hamuje rękoma, gdy Szymon "wjeżdża w dom".
Wszystko wydaje się takie oczywiste.
Na trzeci i czwarty dzień nic się nie zmienia. Nasze dziwne zwyczaje stają się normą.
Na piąty dzień jedziemy wirować krew - kiedy zajeżdżamy pod dom Kevina stajemy osłupiali. Miejsce przy beczce jest zajęte przez inny samochód. I co teraz będzie? Zaczynamy się denerwować, przecież nie możemy nie-uderzyć-w-beczkę. Cała tradycja legnie w gruzach! Szymon zajeżdża obok, patrzę co robi - a on, delikatnie w ostatniej chwili skręca kierownicę i podjeżdża ukosem do naszej beczki, dotyka ją i odjeżdża... Nie wierzę własnym oczom. Z jednej strony czuję ulgę - świat się nie zawali, równowaga będzie zachowana. Z drugiej uświadamiam sobie ile w tym wszystkim co robimy jest parodii. Czy my jesteśmy normalni? Czy to, że nie, to coś złego? I tak całkiem serio - kto by się tym wszystkim przejmował?
Kolejnego dnia napotykamy na inną przeszkodę. Miejsce przy domku jest zajęte przez samochód Asi! Co ona sobie myśli? Na chwilę zapominam o ostatnim aspekcie naszej tradycji, jakoś to przeżyję. Szymek jednak nie daje za wygraną i niebezpiecznie zbliża się do sąsiedniego domku. Przeraża mnie to i hamuję rękoma. Patrzę na niego, a on mówi tylko "no co? musiałem".
środa, 20 maja 2015
BACK AGAIN
I otwieram tę stronę po raz setny i czuję pustkę w głowie. Z jednej strony chcę bardzo coś napisać, a z drugiej czuję, że nie wiem jak zacząć, że nie wiem o czym, że nie chcę, by było tak nijak. Chyba nikt nie lubi uczucia bylejakości. No bo jak już coś robić to całym sobą, całym sercem i do końca! I z tą piękną maksymą w głowie odkładam kolejną rzecz na później...
Mija rok jak przeżyłam swoją przygodę na Gotlandii. Boję się, że jak opiszę już wszystkie dni to przestanę tak często myślami do niej wracać. Może to jest jeden z powodów dla których opóźniam pisanie o ostatnich tygodniach na wyspie? A może po prostu odczucia, które mi wtedy towarzyszyły stały się mi niejako już obce? Nie ukrywam, że można by napisać psychodramat z moich wewnętrznych rozterek towarzyszących mi w ostatnich latach - dobrze, że nikt się nie pokusił rozkroić mi czaszkę. A może to się działo gdzieś indziej? W duszy?
Lubię twierdzić, że wszystko co nieogarnięte moim rozumem dzieje się w duszy. Lubię wierzyć, że skoro tak jest - kiedyś to zrozumiem, bo przecież to moja dusza jest, niczyja inna.
________________
06.2014
Nawet nie wiem jak o tym mam opowiadać. Może powinnam pisać tak, jakbym pisała o czymś co usłyszałam albo coś mi się śniło, by nigdy się nie przyznać, że to wydarzyło się naprawdę i mnie? Ale po co? Chyba każdy ma czasem jakieś mniejsze lub większe dziwactwa. Czy nie? Zauważyłam kiedyś, że niektórzy już mnie kojarzą z dziwnymi zachowaniami. Taki przykład - idę ze znajomymi przez bieszczadzki las, idziemy gęsiego, za mną jeszcze 3 osoby, przed nami zakręt szlaku, milczymy od dłuższego czasu. Na zakręcie, jakby nigdy nic, przytulam się do średniej wielkości buka. Znajomi mijają mnie i idą dalej. Myślę sobie - uwielbiam ich! Nie pytają, nie komentują. Czyli albo uważają, że nie warto, bo nie ma dla mnie już ratunku, albo - co bardziej możliwe - są równie nienormalni. Nie-norma-lni, nie poddani przyjętym normom. Właściwie to nikt nigdy nie ustalił granic niektórych zachowań. Nikt nie kara za podrzucanie jabłkiem na chodniku ani za chodzenie slalomem pomiędzy klombami więc czemu nikt tego nie robi? Bo..."bez sensu". U mnie w słowniku zwrot ten oznacza kpinę, która wyraża chęć zrobienia czegoś pomimo bezsensowności.
A niech to. Opowiem.
Ale nie dzisiaj.
02.06.
Siedzę sobie w swoim pokoju i stwierdzam, że dziś opuszczam zachód słońca. Nie mam sił, nie mam nastroju, po prostu pójdę spać... Zrobiłam sobie kanapki - grzanki na chlebie tostowym. Czasami można dostać tutaj dobry chleb, czy tam bułki, ale są strasznie drogie! Jednak dla smaku prawdziwej bułki, warto wydać te parę koron.
I tak siedzę i rozmyślam. I straszne rzeczy dzieją się w mojej głowie... Może obejrzę jakiś film, by chwilę pożyć cudzymi problemami? Z tą myślą podchodzę do szafy, by przebrać się wcześniej w piżamę. Wzrok mój ucieka za okno. Czemu jest takie żółte niebo?! Co się dzieje? W jednym momencie zmieniam zdanie - ubieram buty, kurtkę, łapię aparat i wybiegam z domku. Marta patrzy na mnie jak na wariatkę, a Szymon pyta co się stało? Odpowiadam, że właśnie nie wiem i idę to sprawdzić. Silny wiatr wyhamowuje moje tempo tuż za drzwiami, ale nie poddaje się i mknę nad brzeg. Kiedy zbliżam się do ściany ostatnich drzew, powoli ukazuje mi się widok zapierający dech w piersiach... Magia chmur, wiatru, fal i zachodu słońca sprawia, że mam dylemat czy wyciągać aparat czy patrzeć na ten cud tylko oczami. Staję na brzegu i patrzę w dal. Uwielbiam znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie - a jeśli sama odkryję takie miejsce i czas - czuję ogromną satysfakcję i zachwyt. Za jakiś czas słyszę znajome głosy - Szymek z Martą zdecydowali się również przyjść, bardzo się cieszę. Wyciągam więc aparat i decyduję, że jednak podzielę się tym widokiem z najbliższymi. Chwila nie trwa długo, słońce znika za horyzontem, a chmury sprawiają, że jest ciemniej niż zwykle, czyli po prostu trochę ciemno. Wiatr przedziera się przez kurtkę, ale nie chce mi się stąd wracać. Moi kompani idą pierwsi. Ja jeszcze zostaję, na chwilę, siadam na kamieniu i się zamyślam... uciekanie od własnych problemów to nie jest rozwiązanie. Trzeba się z nimi zmierzyć.
________________
Uwielbiam je! Nie znam ich, a czuję jakieś głębokie przywiązanie. Dwie dziewczyny, przyjaciółki. Czy to mama i córka? Nie wiem, przypuszczam, że tak. Są wyjątkowe. Mijam po drodze do pracy wielu ludzi, których twarze już kojarzę. Do niektórych mam ochotę powiedzieć "cześć", bo wydaje mi się, że się znamy. Dzieciaki mkną do szkoły z różnych stron. Niektórzy odprowadzają swoje pociechy chociaż te już wyraźnie tego nie potrzebują - nadgorliwi rodzice, którzy ciągną dziecko za rękę, by jak najszybciej się go pozbyć. Niektórzy tylko zatrzymują swoje samochody przy chodniku i czekają przed pasami aż bezpiecznie dziecko przejdzie przez drogę. Jedne dzieci są uśmiechnięte, inne przygnębione. Jest pani, która ubiera swoje dziecko jak małą modelkę, wygląda jak kopia mamy - dwa razy mniejsza. Czasami wydaje mi się, że ta pani ma cieplejszą kurtkę niż jej malutka córeczka. Wielu ludzi zwraca moją uwagę na trasie do pracy, wielu wzbudza jakieś emocje, ale te dwie osoby są naprawdę wyjątkowe. Dziewczynka ma na oko 8-9 lat i zawsze zaplecionego długiego warkocza. Jej mama (chciałabym żeby to była jej mama) ma krótkie kruczoczarne włosy i szczupłą figurę. Nigdy w życiu nie widziałam tak pięknego obrazka jak dziś rano. Zawsze jak je widzę - żywo dyskutują. Zawsze jak je widzę - śmieją się z czegoś w głos. Zawsze idą szybkim krokiem i wydają się nie zauważać nikogo poza swoim szczęśliwym światem. Szczątki rozmów, które dochodzą moich uszu świadczą o tym, że są to rozmowy na głębsze tematy przeplatane żartami. Dziewczynka wydaje się być nad wyraz inteligentna, a jednocześnie zwykłym dzieciakiem, który lubi fakt, że jest dzieckiem. Te dwie dziewczyny dziś rano bawiły się na chodniku w berka! Dorosła kobieta, lat 35+ i jej 8 letnia córka (naprawdę chcę żeby to była jej córka...) bawią się w berka i śmieją, kiedy inni ze spuszczonymi głowami suną do pracy. Długo nie mogłam przestać się uśmiechać kiedy to zobaczyłam. Nie tylko ja, udzielało się wszystkim w pobliżu. Ach, marzenie...
Mija rok jak przeżyłam swoją przygodę na Gotlandii. Boję się, że jak opiszę już wszystkie dni to przestanę tak często myślami do niej wracać. Może to jest jeden z powodów dla których opóźniam pisanie o ostatnich tygodniach na wyspie? A może po prostu odczucia, które mi wtedy towarzyszyły stały się mi niejako już obce? Nie ukrywam, że można by napisać psychodramat z moich wewnętrznych rozterek towarzyszących mi w ostatnich latach - dobrze, że nikt się nie pokusił rozkroić mi czaszkę. A może to się działo gdzieś indziej? W duszy?
Lubię twierdzić, że wszystko co nieogarnięte moim rozumem dzieje się w duszy. Lubię wierzyć, że skoro tak jest - kiedyś to zrozumiem, bo przecież to moja dusza jest, niczyja inna.
________________
06.2014
Nawet nie wiem jak o tym mam opowiadać. Może powinnam pisać tak, jakbym pisała o czymś co usłyszałam albo coś mi się śniło, by nigdy się nie przyznać, że to wydarzyło się naprawdę i mnie? Ale po co? Chyba każdy ma czasem jakieś mniejsze lub większe dziwactwa. Czy nie? Zauważyłam kiedyś, że niektórzy już mnie kojarzą z dziwnymi zachowaniami. Taki przykład - idę ze znajomymi przez bieszczadzki las, idziemy gęsiego, za mną jeszcze 3 osoby, przed nami zakręt szlaku, milczymy od dłuższego czasu. Na zakręcie, jakby nigdy nic, przytulam się do średniej wielkości buka. Znajomi mijają mnie i idą dalej. Myślę sobie - uwielbiam ich! Nie pytają, nie komentują. Czyli albo uważają, że nie warto, bo nie ma dla mnie już ratunku, albo - co bardziej możliwe - są równie nienormalni. Nie-norma-lni, nie poddani przyjętym normom. Właściwie to nikt nigdy nie ustalił granic niektórych zachowań. Nikt nie kara za podrzucanie jabłkiem na chodniku ani za chodzenie slalomem pomiędzy klombami więc czemu nikt tego nie robi? Bo..."bez sensu". U mnie w słowniku zwrot ten oznacza kpinę, która wyraża chęć zrobienia czegoś pomimo bezsensowności.
A niech to. Opowiem.
Ale nie dzisiaj.
02.06.
Siedzę sobie w swoim pokoju i stwierdzam, że dziś opuszczam zachód słońca. Nie mam sił, nie mam nastroju, po prostu pójdę spać... Zrobiłam sobie kanapki - grzanki na chlebie tostowym. Czasami można dostać tutaj dobry chleb, czy tam bułki, ale są strasznie drogie! Jednak dla smaku prawdziwej bułki, warto wydać te parę koron.
I tak siedzę i rozmyślam. I straszne rzeczy dzieją się w mojej głowie... Może obejrzę jakiś film, by chwilę pożyć cudzymi problemami? Z tą myślą podchodzę do szafy, by przebrać się wcześniej w piżamę. Wzrok mój ucieka za okno. Czemu jest takie żółte niebo?! Co się dzieje? W jednym momencie zmieniam zdanie - ubieram buty, kurtkę, łapię aparat i wybiegam z domku. Marta patrzy na mnie jak na wariatkę, a Szymon pyta co się stało? Odpowiadam, że właśnie nie wiem i idę to sprawdzić. Silny wiatr wyhamowuje moje tempo tuż za drzwiami, ale nie poddaje się i mknę nad brzeg. Kiedy zbliżam się do ściany ostatnich drzew, powoli ukazuje mi się widok zapierający dech w piersiach... Magia chmur, wiatru, fal i zachodu słońca sprawia, że mam dylemat czy wyciągać aparat czy patrzeć na ten cud tylko oczami. Staję na brzegu i patrzę w dal. Uwielbiam znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie - a jeśli sama odkryję takie miejsce i czas - czuję ogromną satysfakcję i zachwyt. Za jakiś czas słyszę znajome głosy - Szymek z Martą zdecydowali się również przyjść, bardzo się cieszę. Wyciągam więc aparat i decyduję, że jednak podzielę się tym widokiem z najbliższymi. Chwila nie trwa długo, słońce znika za horyzontem, a chmury sprawiają, że jest ciemniej niż zwykle, czyli po prostu trochę ciemno. Wiatr przedziera się przez kurtkę, ale nie chce mi się stąd wracać. Moi kompani idą pierwsi. Ja jeszcze zostaję, na chwilę, siadam na kamieniu i się zamyślam... uciekanie od własnych problemów to nie jest rozwiązanie. Trzeba się z nimi zmierzyć.
________________
Uwielbiam je! Nie znam ich, a czuję jakieś głębokie przywiązanie. Dwie dziewczyny, przyjaciółki. Czy to mama i córka? Nie wiem, przypuszczam, że tak. Są wyjątkowe. Mijam po drodze do pracy wielu ludzi, których twarze już kojarzę. Do niektórych mam ochotę powiedzieć "cześć", bo wydaje mi się, że się znamy. Dzieciaki mkną do szkoły z różnych stron. Niektórzy odprowadzają swoje pociechy chociaż te już wyraźnie tego nie potrzebują - nadgorliwi rodzice, którzy ciągną dziecko za rękę, by jak najszybciej się go pozbyć. Niektórzy tylko zatrzymują swoje samochody przy chodniku i czekają przed pasami aż bezpiecznie dziecko przejdzie przez drogę. Jedne dzieci są uśmiechnięte, inne przygnębione. Jest pani, która ubiera swoje dziecko jak małą modelkę, wygląda jak kopia mamy - dwa razy mniejsza. Czasami wydaje mi się, że ta pani ma cieplejszą kurtkę niż jej malutka córeczka. Wielu ludzi zwraca moją uwagę na trasie do pracy, wielu wzbudza jakieś emocje, ale te dwie osoby są naprawdę wyjątkowe. Dziewczynka ma na oko 8-9 lat i zawsze zaplecionego długiego warkocza. Jej mama (chciałabym żeby to była jej mama) ma krótkie kruczoczarne włosy i szczupłą figurę. Nigdy w życiu nie widziałam tak pięknego obrazka jak dziś rano. Zawsze jak je widzę - żywo dyskutują. Zawsze jak je widzę - śmieją się z czegoś w głos. Zawsze idą szybkim krokiem i wydają się nie zauważać nikogo poza swoim szczęśliwym światem. Szczątki rozmów, które dochodzą moich uszu świadczą o tym, że są to rozmowy na głębsze tematy przeplatane żartami. Dziewczynka wydaje się być nad wyraz inteligentna, a jednocześnie zwykłym dzieciakiem, który lubi fakt, że jest dzieckiem. Te dwie dziewczyny dziś rano bawiły się na chodniku w berka! Dorosła kobieta, lat 35+ i jej 8 letnia córka (naprawdę chcę żeby to była jej córka...) bawią się w berka i śmieją, kiedy inni ze spuszczonymi głowami suną do pracy. Długo nie mogłam przestać się uśmiechać kiedy to zobaczyłam. Nie tylko ja, udzielało się wszystkim w pobliżu. Ach, marzenie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
