Bardzo dziwna sytuacja skłoniła mnie do napisania posta na blogu. I nie o to chodzi żeby ją opisać, a raczej na pewno nie będę przytaczać tak prozaicznej historii życia codziennego. Nigdy bym nie przypuszczała, że w ten sposób zacznę znowu pisać. Bo czuję, że zacznę. Sytuacji tej, mimo jej przyziemnego charakteru, towarzyszyła burza emocji, której dawno nie miałam. Bywały dni gorsze i lepsze, dni beztroskie i dni pełne udręk, ale nigdy (lub nie pamietam już takich chwil) w tak krótkim czasie nie nadeszła tak wielka fala różnego typu odczuć, która zakończyła się spokojem. Bardzo swoistym spokojem, który przeniósł mnie wewnątrz samej siebie i pozwolił pobyć sam na sam, ale tak naprawdę sam na sam z moją najgłębszą JA.
Zastanawiam się czy jeszcze umiem tak pisać jak kiedyś. Pamiętam jak pisałam. Pamiętam, że zaczynałam z jednym wątkiem, a w trakcie pisania rozwijały się kolejne. Pamiętam, że samo pisanie dawało mi poczucie nabrania dystansu do wielu spraw, a do innych skupienie uwagi. Niekoniecznie było to w dobrej i logicznej kolejności, która sugeruje, że pomijam rzeczy nieważne, a biorę się za te istotne. Raczej była to kolejność ustalana na bieżąco, według potrzeb, przez moją wyobraźnię i nowo stworzone fantazje.
Ile czasu minęło? Co się zmieniło? Czy są jakieś konsekwencje moich przemyśleń na wyspie?
Na wszystkie pytania mogę odpowiedzieć i TAK i NIE jednocześnie i DUŻO i MAŁO, zależy jak na to spojrzeć (średnia ważona?). Nie czas i miejsce, by to wyliczać. Nigdy już nie będzie czasu i miejsca na to. Sama wybrałam drogę, która na to nie pozwala i tego chcę się trzymać.
Tylko czy w tym wszystkim da się zachować cząstkę siebie... tę cząstkę, którą lubiłam, której nie żałuję, z którą było mi dobrze, za którą tęsknię? Boję się ją zatracić... a przecież tym zawsze chciałam się dzielić, tym co mi sprawiało radość i otwierało oczy na rzeczy, na które mało kto był nieobojętny. Cieszyło mnie (cieszy!?) bycie czasami inną, bycie poza światem, poza czasem, poza tym co logiczne i proste, poza tym co ludzki świat stawia na pierwszych miejscach.
Tak łatwo wśród codziennych trosk zagubić się w samej sobie. Niewiele brakuje żeby z tej głębi siebie nie potrafić już wydobyć tego co dobre, żeby ulec wypłaszczeniu, żeby zacząć monotonnie traktować dni, godziny, tygodnie.
Co zrobić żeby tak się nie stało? Jak znaleźć odpowiednią wagę dla tego wszystkiego? Jak wybrać rzeczy, które pozwolą przetrwać i przy tym mieć czas na te, które sprawią, że życie będzie wyjątkowe, niepowtarzalne, pełne i głębokie?
Zaczynam szukać na to odpowiedzi, bo czuję, że potrzebuję tego i że tego mi właśnie brakowało. Nie było (nie jest) tak, że czuję ten brak na codzień. Pewnie gdybym czuła to bym już dawno się zabrała za naprawę tych więzi. Jestem szczęśliwa, wiem to i potrafię się do tego przyznać. Jednak w jakiejś części dnia, gdzieś tam, gdzie nie dociera nawet światło lampki nocnej i nie dochodzi nawet dźwięk płaczącego dziecka, gdzieś tam znajduje się mała iskra, która ledwo się tli, ale która daje jednoznaczne poczucie spełnienia i która chce żyć bliżej i buchać ogniem raz po raz, kiedy jej potrzeba.
Poszukam tej iskry i rozdmucham ją, bo wiem, że bez jej ciepła, zawsze będzie mi drżało kilka komórek ciała.
Wyspa potrzebna od zaraz!
sobota, 9 lutego 2019
poniedziałek, 17 października 2016
Twoje myśli - Twoja rzeczywistość
18.06.
Ostatni dzień na wyspie. Ostatni dzień na wyspie! Kto mu pozwolił tak sobie po prostu nadejść, jak śmiał? Nadszedł, trzeba się z tym pogodzić i przeżyć go jak najlepiej. A przynajmniej tak go przeżyć, by go nie stracić rozmyślając nad jego sensem. Często błądzimy w takim młynie wody, która nie ma swojego biegu, a jedynie przewala się w okół własnej osi, ja też. Dzisiaj będzie inaczej - nie żeby rozmyślań nie było, ale będą hmm... przemyślane.
Tymczasem proza życia - solidne porządki w domku i w samochodzie Szymona. Mój już dawno wysprzątany i oddany do wypożyczalni. A miałam go sobie ukraść do Polski! Porządki naprawdę robimy bez pośpiechu i bez zbywania - przecieramy każdy kąt w lodówce i piekarniku, żeby pozostawić po sobie jak najlepsze wrażenie. W końcu Szymon jeszcze tu wróci nieraz. A ja? Czy wrócę? Z pewnością, ale pewnie już nie na badania, a z mężem i gromadką dzieci. Gotlandia to świetne miejsce na wypoczynek i chciałabym się pochwalić miejscami, które tu znalazłam (sama czy z odrobiną pomocy) osobom, z którymi kiedyś będę walczyć z codziennością. Może nie jest to najbardziej ekonomiczne miejsce. W ogóle nie jest. Ale i tak przyjadę, czuję i wierzę w to.
Tak więc sprzątamy i wymieniamy się ostatnimi nienajmądrzejszymi poglądami na temat naszych ostatnich przygód. Za tym też będę tęsknić. Udało nam się złapać z Szymkiem niecodzienny kontakt - bo kontakt prosty, szczery, nieudawany, a przez to niezwykle oryginalny. Rzadko spotykamy ludzi, z którymi jesteśmy kompletnie szczerzy. Ludzi, z którymi wydaje nam się, że nie mamy tajemnic - nazywamy przyjaciółmi. A czy spróbowaliśmy z naszym przyjacielem spędzić kiedyś 2 miesiące na wyspie? Mówię oczywiście o przysłowiowym czasie, w którym jesteśmy z kimś przez kilka dni non stop i wciąż potrafimy się do siebie uśmiechać. Szanujmy bliskich, którzy potrafią znieść zarówno nasze najlepsze, jak i najgorsze dni. A i te najlepsze czasem ciężko spędzić bez uczucia zazdrości. Tak naprawdę myślę, że, gdybyśmy byli sobą i szanowali to, że inni też są sobą - dalibyśmy radę żyć z każdym człowiekiem na Ziemi. Niestety, zbyt często udajemy kogoś innego, by później chcąc-niechcąc, pokazać swoją prawdziwą twarz, a tym samym zawieść czyjeś zaufanie i oszukać. Niepotrzebnie. Akceptujmy siebie i innych. Po prostu nie musimy otaczać się ludźmi, którzy na nas mają destruktywny wpływ. Będąc sobą - przyciągniemy tych, których naprawdę potrzebujemy, którzy wniosą coś dobrego do naszego życia.
Wracając do tematu czyszczenia piekarnika... sprzątanie i pakowanie zajmuje nam niemal cały dzień. Chcemy wyrobić się przed nocą, która i tak będzie krótka - musimy wstać bardzo wcześnie, by zdążyć dojechać na prom do Visby. Tak czy siak - na zachód słońca zdążyć muszę. Chwytam w ostatniej chwili aparat i biegnę najkrótszą ścieżką nad brzeg.
Jest pięknie. I straaasznie smutno. Nikt nie lubi pożegnań, ale niektórzy znoszą je gorzej niż inni. Ja jestem z tych, którzy najpierw rozważają wszystkie możliwości konieczności pożegnania, nim w ogóle zaczną sam jego proces. Zatem - konieczność nastała. Bezpodstawnie, ale nieodwołalnie.
Co dalej?
______________
Czy zastanawiałeś się kiedyś głębiej nad tym, co spróbowałbyś zrobić, gdybyś wiedział, że na pewno Ci się to uda?
Czy nie wystraszyłbyś się tak oczywistych konsekwencji?
Ostatni dzień na wyspie. Ostatni dzień na wyspie! Kto mu pozwolił tak sobie po prostu nadejść, jak śmiał? Nadszedł, trzeba się z tym pogodzić i przeżyć go jak najlepiej. A przynajmniej tak go przeżyć, by go nie stracić rozmyślając nad jego sensem. Często błądzimy w takim młynie wody, która nie ma swojego biegu, a jedynie przewala się w okół własnej osi, ja też. Dzisiaj będzie inaczej - nie żeby rozmyślań nie było, ale będą hmm... przemyślane.
Tymczasem proza życia - solidne porządki w domku i w samochodzie Szymona. Mój już dawno wysprzątany i oddany do wypożyczalni. A miałam go sobie ukraść do Polski! Porządki naprawdę robimy bez pośpiechu i bez zbywania - przecieramy każdy kąt w lodówce i piekarniku, żeby pozostawić po sobie jak najlepsze wrażenie. W końcu Szymon jeszcze tu wróci nieraz. A ja? Czy wrócę? Z pewnością, ale pewnie już nie na badania, a z mężem i gromadką dzieci. Gotlandia to świetne miejsce na wypoczynek i chciałabym się pochwalić miejscami, które tu znalazłam (sama czy z odrobiną pomocy) osobom, z którymi kiedyś będę walczyć z codziennością. Może nie jest to najbardziej ekonomiczne miejsce. W ogóle nie jest. Ale i tak przyjadę, czuję i wierzę w to.
Tak więc sprzątamy i wymieniamy się ostatnimi nienajmądrzejszymi poglądami na temat naszych ostatnich przygód. Za tym też będę tęsknić. Udało nam się złapać z Szymkiem niecodzienny kontakt - bo kontakt prosty, szczery, nieudawany, a przez to niezwykle oryginalny. Rzadko spotykamy ludzi, z którymi jesteśmy kompletnie szczerzy. Ludzi, z którymi wydaje nam się, że nie mamy tajemnic - nazywamy przyjaciółmi. A czy spróbowaliśmy z naszym przyjacielem spędzić kiedyś 2 miesiące na wyspie? Mówię oczywiście o przysłowiowym czasie, w którym jesteśmy z kimś przez kilka dni non stop i wciąż potrafimy się do siebie uśmiechać. Szanujmy bliskich, którzy potrafią znieść zarówno nasze najlepsze, jak i najgorsze dni. A i te najlepsze czasem ciężko spędzić bez uczucia zazdrości. Tak naprawdę myślę, że, gdybyśmy byli sobą i szanowali to, że inni też są sobą - dalibyśmy radę żyć z każdym człowiekiem na Ziemi. Niestety, zbyt często udajemy kogoś innego, by później chcąc-niechcąc, pokazać swoją prawdziwą twarz, a tym samym zawieść czyjeś zaufanie i oszukać. Niepotrzebnie. Akceptujmy siebie i innych. Po prostu nie musimy otaczać się ludźmi, którzy na nas mają destruktywny wpływ. Będąc sobą - przyciągniemy tych, których naprawdę potrzebujemy, którzy wniosą coś dobrego do naszego życia.
Wracając do tematu czyszczenia piekarnika... sprzątanie i pakowanie zajmuje nam niemal cały dzień. Chcemy wyrobić się przed nocą, która i tak będzie krótka - musimy wstać bardzo wcześnie, by zdążyć dojechać na prom do Visby. Tak czy siak - na zachód słońca zdążyć muszę. Chwytam w ostatniej chwili aparat i biegnę najkrótszą ścieżką nad brzeg.
Jest pięknie. I straaasznie smutno. Nikt nie lubi pożegnań, ale niektórzy znoszą je gorzej niż inni. Ja jestem z tych, którzy najpierw rozważają wszystkie możliwości konieczności pożegnania, nim w ogóle zaczną sam jego proces. Zatem - konieczność nastała. Bezpodstawnie, ale nieodwołalnie.
Co dalej?
______________
Czy zastanawiałeś się kiedyś głębiej nad tym, co spróbowałbyś zrobić, gdybyś wiedział, że na pewno Ci się to uda?
Czy nie wystraszyłbyś się tak oczywistych konsekwencji?
poniedziałek, 26 września 2016
Czasami tylko
Potrzebowałam wyspy tak bardzo, że nie zauważyłam ile jej zawdzięczam. Oczekiwałam na cud i nie do końca rozumiałam ile daje mi samo oczekiwanie. Chciałam żeby każde moje zawirowanie w głowie przyniosło odpowiedź z głębi lasu, spod nadciągającej fali, ze śpiewu drozdów, przenikło przez zachodzące słońce i rozmyło się na horyzoncie we mgle.
To nie tak działa. W zapobieganiu myślom, które nas dręczą nie chodzi o ich unikanie, a raczej o zmianę sposobu myślenia. Musimy sobie uświadomić, że w miejscu, w którym jesteśmy tu i w czasie, który przeżywamy teraz - możemy być szczęśliwi. Reszta przyjdzie sama.
"Kochaj tak, jakbyś nie bał się być sam". To bardzo trudne, dawać miłość nie oczekując nic w zamian. Ale tylko taka jest prawdziwa. Nie ta z rozsądku i nie ta z litości. Nic na siłę.
__________
Jeszcze nie dokończyłam opowiadania o mojej przygodzie na wyspie. Czekam na odpowiedni moment. No i może trochę przeciągam sprawę zamknięcia bloga. Nie chcę zmieniać jego koncepcji. Zaczęłam go pisać na zakręcie swojego życia i chcę, by ten zakręt pozostał gdzieś na zawsze, bez zbędnych pytań: co dalej?
W końcu przecież, jak ustaliliśmy, niczego nie żałuję.
__________
Twoje myśli tworzą Twoją rzeczywistość.
wtorek, 19 lipca 2016
(re)akcja wyspy
16-17.06.
Idę ostatni raz sprawdzić budki, sprawdzić czy wszystkie pisklęta wyleciały z gniazd. Nie potrafię po prostu pożegnać się z tym miejscem, za dużo dla mnie znaczyło. Może gdyby chodziło jedynie o fizyczne opuszczenie wyspy, byłoby łatwiej. Niestety, wiązałam z tym miejscem o wiele więcej nadziei niż było w stanie mi zapewnić. Przyjechałam z myślą, że dystans szerokości morza i niemal całej Polski pomoże mi popatrzeć na swoje rozterki świeżym okiem, obiektywnie i rozsądnie. Tak było, na samym początku. Później zaczęłam się znowu wkręcać w swoje rozmyślenia i na dzień przed wyjazdem z wyspy jestem jeszcze bardziej nieogarnięta niż byłam przyjeżdżając. Cudownie.
Podjeżdżam swoim Jettą na parking pod kościół, gdzie zaczyna się powierzchnia, która akurat dzisiaj mnie nie interesuje. Jednak po niemalże dwóch miesiącach wiem, że do akurat tego numeru budki dojdę najszybciej od tej strony. Nie wzięłam dzisiaj aparatu, chciałam trochę poczuć tej niecodziennej w dzisiejszych czasach, bo ulotnej relacji ze światem zewnętrznym, kiedy to jedynie oczy podziwiają jego walory. Przechodzę obok kasztanowców przez niewykoszoną łąkę, wcześniej udeptaną przez siebie ścieżką. Pamiętam, że kiedy rok temu zaczęłam nią chodzić, trawa sięgała do kostek - teraz jest ponad kolana. W nocy padało, czuję więc jak pozostałe krople deszczu moczą mi nogawki spodni. Wszystko przeżywam podwójnie, bo czuję, że idę do budki po raz ostatni.
Niebo jest zachmurzone, rozjaśnia się tylko delikatną łuną nad horyzontem. Mam nieodpartą chęć zrobić coś, cokolwiek, żeby przeżyć tę chwilę jeszcze mocniej. Rozglądam się dookoła - nikt mnie nie widzi. Wybieram muzykę na telefonie, włączam odtwarzacz i chowam telefon do kieszeni. Już na pierwszych nutach przyśpieszam kroku, na kolejnych biegnę, by razem z pierwszymi wersami piosenki zacząć kręcić się dookoła siebie, ze wzrokiem utkwionym w chmury, uśmiechając się i wylewając łzy na zmianę...
Na koniec staję na środku wydeptanej łąki i rycząc jak głupia pytam się pobliskiego lasu "dlaczego muszę wracać?" Tu jest łatwiej.
Wchodzę do lasu. Dobrze wiem, gdzie znajduje się ta budka - trzeba od razu wejść na lewo, przejść kawałek ze schyloną głową pod baldachimem z leszczyny i po chwili wchodzimy na krętą ścieżkę. Budka, która mnie interesuje znajduje się na jej końcu, przed fosą. Idę powoli, przyglądam się każdej roślinie jakbym się bała, że zapomnę o jej istnieniu na wyspie.
Budka jest jedną z tych starszych, z lekko poluzowanym haczykiem i podgnitym drewnem na brzegach. Celebruję ostatnie otwarcie. Uchylam lekko daszek...
***
Czasami zastanawiam się nad znaczeniem niektórych sytuacji, a czasami... po prostu przyjmuję je jako znaczące.
***
To co widzę, nie dziwi mnie, ale trochę niepokoi. Nie pierwszy raz muszę wyrzucić opuszczone gniazdo razem z pisklętami, ale tym razem - ostatnim razem - jest to dla mnie niewyobrażalnie znaczące.
Przez łąkę, na której parę minut temu tańczyłam, wracam ze spuszczoną głową do samochodu. Chmury są jakieś ciemniejsze.
Idę ostatni raz sprawdzić budki, sprawdzić czy wszystkie pisklęta wyleciały z gniazd. Nie potrafię po prostu pożegnać się z tym miejscem, za dużo dla mnie znaczyło. Może gdyby chodziło jedynie o fizyczne opuszczenie wyspy, byłoby łatwiej. Niestety, wiązałam z tym miejscem o wiele więcej nadziei niż było w stanie mi zapewnić. Przyjechałam z myślą, że dystans szerokości morza i niemal całej Polski pomoże mi popatrzeć na swoje rozterki świeżym okiem, obiektywnie i rozsądnie. Tak było, na samym początku. Później zaczęłam się znowu wkręcać w swoje rozmyślenia i na dzień przed wyjazdem z wyspy jestem jeszcze bardziej nieogarnięta niż byłam przyjeżdżając. Cudownie.
Podjeżdżam swoim Jettą na parking pod kościół, gdzie zaczyna się powierzchnia, która akurat dzisiaj mnie nie interesuje. Jednak po niemalże dwóch miesiącach wiem, że do akurat tego numeru budki dojdę najszybciej od tej strony. Nie wzięłam dzisiaj aparatu, chciałam trochę poczuć tej niecodziennej w dzisiejszych czasach, bo ulotnej relacji ze światem zewnętrznym, kiedy to jedynie oczy podziwiają jego walory. Przechodzę obok kasztanowców przez niewykoszoną łąkę, wcześniej udeptaną przez siebie ścieżką. Pamiętam, że kiedy rok temu zaczęłam nią chodzić, trawa sięgała do kostek - teraz jest ponad kolana. W nocy padało, czuję więc jak pozostałe krople deszczu moczą mi nogawki spodni. Wszystko przeżywam podwójnie, bo czuję, że idę do budki po raz ostatni.
Niebo jest zachmurzone, rozjaśnia się tylko delikatną łuną nad horyzontem. Mam nieodpartą chęć zrobić coś, cokolwiek, żeby przeżyć tę chwilę jeszcze mocniej. Rozglądam się dookoła - nikt mnie nie widzi. Wybieram muzykę na telefonie, włączam odtwarzacz i chowam telefon do kieszeni. Już na pierwszych nutach przyśpieszam kroku, na kolejnych biegnę, by razem z pierwszymi wersami piosenki zacząć kręcić się dookoła siebie, ze wzrokiem utkwionym w chmury, uśmiechając się i wylewając łzy na zmianę...
Na koniec staję na środku wydeptanej łąki i rycząc jak głupia pytam się pobliskiego lasu "dlaczego muszę wracać?" Tu jest łatwiej.
Wchodzę do lasu. Dobrze wiem, gdzie znajduje się ta budka - trzeba od razu wejść na lewo, przejść kawałek ze schyloną głową pod baldachimem z leszczyny i po chwili wchodzimy na krętą ścieżkę. Budka, która mnie interesuje znajduje się na jej końcu, przed fosą. Idę powoli, przyglądam się każdej roślinie jakbym się bała, że zapomnę o jej istnieniu na wyspie.
Budka jest jedną z tych starszych, z lekko poluzowanym haczykiem i podgnitym drewnem na brzegach. Celebruję ostatnie otwarcie. Uchylam lekko daszek...
***
Czasami zastanawiam się nad znaczeniem niektórych sytuacji, a czasami... po prostu przyjmuję je jako znaczące.
***
To co widzę, nie dziwi mnie, ale trochę niepokoi. Nie pierwszy raz muszę wyrzucić opuszczone gniazdo razem z pisklętami, ale tym razem - ostatnim razem - jest to dla mnie niewyobrażalnie znaczące.
Przez łąkę, na której parę minut temu tańczyłam, wracam ze spuszczoną głową do samochodu. Chmury są jakieś ciemniejsze.
piątek, 1 lipca 2016
why fit in
W tej całej pogoni za nowymi technologiami według mnie chodzi tylko o jedno... o spłycanie życia. Nazywają to ułatwianiem, udogadnianiem, ale sprowadza się to właśnie do spłycenia.
Wszystkie, naprawdę wszystkie informacje mamy na wyciągnięcie ręki, w której ledwo mieszczą się dzisiejsze tzw. telefony. Bo właściwie co te urządzenia mają jeszcze z telefonów?
Jestem chyba jedną z ostatnich ludzi na ziemi, które nie posiadają i nigdy nie posiadały smart-gadżetów, a nawet telefonu "dotykowego". Moim jedynym urządzeniem z dostępem do internetu jest laptop, na którym pracuję. Kiedyś widząc kogoś dostępnego na gadu-gadu (przed szałem FB), wiedziało się od razu - o, wrócił do domu i usiadł przed kompem. Jakie to teraz ma znaczenie?
Miłe mam wspomnienia z pierwszych rozmów online - można było więcej powiedzieć, szybko się skontaktować, umówić się bez tracenia pieniędzy z telefonu. Jestem przerażona myślą ile zmieniło się w ciągu mojego życia i wolę nie myśleć co jeszcze się może zmienić...
Mam taką niechęć do urządzeń, w które wpatrują się ludzie w komunikacji miejskiej, do tych przesuwalnych palcem i z dostępem do wszechwiedzy, że nikt mi nigdy nie wmówi posiadania takiego czegoś. I boję się, że przez to już staję się "niedzisiejsza". Osobiście mi to nie przeszkadza, ale coraz ciężej znaleźć bratnią duszę. I pewnie dlatego też wylałam te żale tutaj.
Niedawno miałam sen - byłam zagubiona, sama nie wiedziałam gdzie byłam, ale wiedziałam, że szukam dworca. Zastanawiałam się tylko w jakim mieście jestem żeby się zorientować jak do niego dojść. W końcu znalazłam jakiś punkt, który dobrze znałam i stwierdziłam, że jestem w Krakowie więc muszę zadzwonić do koleżanki, która w Krakowie studiowała i się jej zapytać o ten dworzec. Zadzwoniłam w tym śnie do niej i mówię "Cześć, Elu... słuchaj, nie śmiej się, ale dzwonię do Ciebie ze snu, nie chciałam Ci przeszkadzać, mam nadzieję, że Cię nie budzę. Wiem, że to głupie, ale pomóż mi dojść do dworca".
W tym momencie przebudziłam się i jeszcze parę chwil byłam przekonana, że dzwoniąc ze snu rozmawiałam z koleżanką na jawie. Strasznie dziwne uczucie. Bardzo lubię takie uczucia.
Ktoś mi powiedział ostatnio, że specyficznie mówię "halo" odbierając telefon. To jak się teraz mówi?
_________________
A na Gotlandii pewnie wciąż jest jasno.
Wszystkie, naprawdę wszystkie informacje mamy na wyciągnięcie ręki, w której ledwo mieszczą się dzisiejsze tzw. telefony. Bo właściwie co te urządzenia mają jeszcze z telefonów?
Jestem chyba jedną z ostatnich ludzi na ziemi, które nie posiadają i nigdy nie posiadały smart-gadżetów, a nawet telefonu "dotykowego". Moim jedynym urządzeniem z dostępem do internetu jest laptop, na którym pracuję. Kiedyś widząc kogoś dostępnego na gadu-gadu (przed szałem FB), wiedziało się od razu - o, wrócił do domu i usiadł przed kompem. Jakie to teraz ma znaczenie?
Miłe mam wspomnienia z pierwszych rozmów online - można było więcej powiedzieć, szybko się skontaktować, umówić się bez tracenia pieniędzy z telefonu. Jestem przerażona myślą ile zmieniło się w ciągu mojego życia i wolę nie myśleć co jeszcze się może zmienić...
Mam taką niechęć do urządzeń, w które wpatrują się ludzie w komunikacji miejskiej, do tych przesuwalnych palcem i z dostępem do wszechwiedzy, że nikt mi nigdy nie wmówi posiadania takiego czegoś. I boję się, że przez to już staję się "niedzisiejsza". Osobiście mi to nie przeszkadza, ale coraz ciężej znaleźć bratnią duszę. I pewnie dlatego też wylałam te żale tutaj.
Niedawno miałam sen - byłam zagubiona, sama nie wiedziałam gdzie byłam, ale wiedziałam, że szukam dworca. Zastanawiałam się tylko w jakim mieście jestem żeby się zorientować jak do niego dojść. W końcu znalazłam jakiś punkt, który dobrze znałam i stwierdziłam, że jestem w Krakowie więc muszę zadzwonić do koleżanki, która w Krakowie studiowała i się jej zapytać o ten dworzec. Zadzwoniłam w tym śnie do niej i mówię "Cześć, Elu... słuchaj, nie śmiej się, ale dzwonię do Ciebie ze snu, nie chciałam Ci przeszkadzać, mam nadzieję, że Cię nie budzę. Wiem, że to głupie, ale pomóż mi dojść do dworca".
W tym momencie przebudziłam się i jeszcze parę chwil byłam przekonana, że dzwoniąc ze snu rozmawiałam z koleżanką na jawie. Strasznie dziwne uczucie. Bardzo lubię takie uczucia.
Ktoś mi powiedział ostatnio, że specyficznie mówię "halo" odbierając telefon. To jak się teraz mówi?
_________________
A na Gotlandii pewnie wciąż jest jasno.
czwartek, 9 czerwca 2016
karteczka na biurku
Tak się czasem zastanawiam czy to czego chcemy jest tym co
jest dla nas najlepsze. Skądś się biorą nasze marzenia, przekonania i
priorytety. Czy to wynika z naszej wewnętrznej harmonii czy jest wynikiem
tymczasowych zachcianek?
Nieskończona historia o dwóch miesiącach przygody na wyspie,
która wywarła wpływ na moje życie zarówno podczas jej trwania, przed, jak i po
powrocie – domaga się dokończenia. Ale jeszcze pewnie potrwa zanim ustawię
sobie swój harmonogram dnia. Co jakiś czas coś się we mnie odzywa i sama się
znajduje kartka, na której niedbale zapisuję „czas na bloga, czas na książkę,
godzina angielskiego”. Zazwyczaj taka kartka po paru dniach ląduje w koszu,
przed wizytą gości. Po jakimś czasie pojawia się nowa, zawierająca więcej
wykrzykników, czasami nawet jakieś konkrety „raz w tygodniu basen, po południu
chwila relaksu”. A potem siadam do pracy.
Zawsze mówiłam, że nie wyobrażam sobie pracy na etacie – 8
godzin co dziennie, o określonym czasie. Więc znalazłam sobie pracę, która
pochłania mnie doszczętnie – oprócz przepracowanych godzin przed kompem, wpływa
na resztę dnia, a nawet na noc i sny. Jestem dumna, że mam pracę, która jest
zarówno moją pasją, w której widzę głębszą ideę, która mnie fascynuje, przynosi
ciągłe niespodzianki oraz pobudza do ciągłego doskonalenia siebie, poznawania
coraz to ciekawszych ludzi, którzy myślą podobnie. Mało kto ma takie szczęście.
Czasami jednak zastanawiam się jakby to było pójść do pracy, odbębnić konieczne
godziny, po czym zamknąć drzwi i zostawić problemy z nią związane w biurze,
sklepie czy jakimś zakładzie. Na pewno zdrowiej. Na pewno ciało człowieka
potrzebuje momentów całkowitego skoncentrowania, ale również totalnego
wyciszenia i oddzielenia odpoczynku od pracy.
Chyba już nie potrafię, ale chyba też już nie chcę. Tylko
czasem boli głowa od zmartwień, tylko czasem się z kimś pokłócę o poglądy.
Dążąc do brania „więcej od życia” nie da się wykonywać pracy, której cele są
dla nas obojętne – za dużo czasu byśmy marnowali. Uciążliwa byłaby myśl ile
godzin w tygodniu, ile dni w miesiącu
„tracimy” na robienie czegoś, byle czego. Na „niespełnianie” swoich ambicji.
Pięknie i dobrze jest gdy całym sobą robimy to co kochamy,
ale trzeba też w tym byciu sobą znaleźć czas dla siebie. Brzmi co najmniej
dziwnie, wiem. Chodzi o skorzystanie z tej karteczki – o posłuchanie czego
jeszcze domaga się nasze ciało, czy to wsiąknięcie w jakieś działania nie
zabiera nam całego tlenu, który powinien starczyć też na odpoczynek, dodatkowe
pasje, kontakty z przyjaciółmi. Żebyśmy w tym całym pościgu za spełnianiem
siebie, nie utracili czegoś cennego, czegoś co może za nami nie nadążać, a nad
czym warto się pochylić.
A teraz, przeczytam to jeszcze raz i się do tego będę
stosować.
czwartek, 31 marca 2016
bo jest między nami nieopisana dyskrecja
Czasem po prostu nachodzi mnie chęć żeby coś od siebie napisać. Raczej nie jest to związane z jakimś wydarzeniem w ciągu dnia, już prędzej ze snami. A śnię codziennie, przedziwne historie, ale raczej kryminalne niźli romantyczne.
Ciekawe jak różnie ludzie potrafią rozmawiać. Niektórzy wylewają słowa nim o nich pomyślą. Niektórzy najpierw myślą i ważą każde zdanie, by nie wypowiedzieć niepotrzebnego. Inni znowu rozwijają swoje żale nieraz niepotrzebnie na części i przez to co mówią ich troski przyjmują potężniejsze rozmiary niż powinny. Kolejny człowiek potrafi pisać poezją swoje wypowiedzi na poczekaniu. Jeszcze inny zamyka się w skorupie złudzeń i marzeń i to co mówi nijak ma się do tego co tak naprawdę czuje. Bywają też tacy, którzy uczucia wyrażają poprzez obraz i muzykę.
I chyba nie można nikogo zmienić i zmusić do wyrażania siebie inaczej. Nacisk może tylko spowodować oddalenie. Może nie od razu, ale zawsze.
Porozmawiamy?
Ciekawe jak różnie ludzie potrafią rozmawiać. Niektórzy wylewają słowa nim o nich pomyślą. Niektórzy najpierw myślą i ważą każde zdanie, by nie wypowiedzieć niepotrzebnego. Inni znowu rozwijają swoje żale nieraz niepotrzebnie na części i przez to co mówią ich troski przyjmują potężniejsze rozmiary niż powinny. Kolejny człowiek potrafi pisać poezją swoje wypowiedzi na poczekaniu. Jeszcze inny zamyka się w skorupie złudzeń i marzeń i to co mówi nijak ma się do tego co tak naprawdę czuje. Bywają też tacy, którzy uczucia wyrażają poprzez obraz i muzykę.
I chyba nie można nikogo zmienić i zmusić do wyrażania siebie inaczej. Nacisk może tylko spowodować oddalenie. Może nie od razu, ale zawsze.
Porozmawiamy?
poniedziałek, 14 marca 2016
instynkt samozachowawczy - brak
15.06.
Jak plaża to teraz i morze. Morza nam tu akurat pod dostatkiem. Nigdy nad morze mnie nie ciągnęło, ale przez dwa miesiące można się śmiało zanurzyć w tej niezmierzonej przestrzeni i odkryć jej piękno. Trochę przeraża mnie taki daleki horyzont, a z drugiej strony intryguje.
Udajemy się na najbardziej wysunięty półwysep na północ Gotlandii. Patrząc teraz na horyzont, gdzieś tam w dali migałaby nam Finlandia, gdyby kula ziemska była mniej kulą, a bardziej płaszczyzną.
Jest latarnia morska, jest kamienista plaża, edredony, kormorany i garstka spacerowiczów. Jedna pani z psem wchodzi do wody w obcisłym kostiumie na całe ciało. Trzymamy kciuki, by szczęśliwie dotarła do Finlandii. Każdy ma prawo marzyć.
Kolejnym punktem naszej wycieczki są wielkie Rauksy na zachodnim wybrzeżu, ostańce skalne, które ponoć chronią wyspę przed złymi mocami...
Powiem tyle - wypić piwo w takim miejscu....
W takich momentach myślę sobie, że nigdy już nie będę w tym miejscu, z tymi ludźmi, w taki dzień. Choćby jeden czynnik się powtórzył to już nigdy nie będzie to samo. Łapię wtedy tę chwilę potrójnie wdychając pełną piersią jej zapach, a później trzymam ją w głowie aż gdzieś zapiszę lub opowiem i wtedy już nigdy jej nie zapomnę.
Właściwie każda chwila jest jedyna i niepowtarzalna, no ale inaczej się przeżywa chwilę przeglądając filmy na YT, a inaczej na wyspie Faro pijąc piwo przy ostańcach wielkości blokowiska... czy nie?
Odwiedzamy jeszcze jedną wioskę rybacką, a później idziemy polować na storczyki. Oczywiście łowy bezkrwawe - fotograficzne.
Tak się zastanawiam... A teraz to się zastanowiłam nad tym czy jak ktoś mnie czyta to czy widząc taki wstęp "tak się zastanawiam" myśli sobie "zaczyna się...", w sensie zaczynają się wywody o niczym ubrane w tak barwne słowa, że wydają się być chwilową życiową dewizą. No bo są. I dewizą i życiową, ale przede wszystkim chwilową. Nagle nasuwa mi się myśl, która w mojej głowie sprawia wrażenie chaosu, a gdy ją zapiszę nabiera jakiejś nawet, nie bójmy się mocnych słów, mądrości.
I dziwić się, że cała jestem chaosem. Teraz to już zapomniałam o czym się naprawdę zastanawiałam. Widocznie nieważne. Ważnych rzeczy się nie zapomina.
Idziemy parę kilometrów wśród karłowatych sosen, by zobaczyć uschnięte już obuwiki. Niewdzięczne.
Powracamy z wycieczki zahaczając o jeszcze jeden kościół, albo i dwa... W końcu kolekcjonujemy wrażenia z tych niejednokrotnie aż XIII wiecznych monumentów.
___________________________________
Ciekawe jak to jest mieć w głowie prostą strzałkę aniżeli różę wiatrów.
Pewnie nudno.
A Ty się temu nie dziwisz...
Jak plaża to teraz i morze. Morza nam tu akurat pod dostatkiem. Nigdy nad morze mnie nie ciągnęło, ale przez dwa miesiące można się śmiało zanurzyć w tej niezmierzonej przestrzeni i odkryć jej piękno. Trochę przeraża mnie taki daleki horyzont, a z drugiej strony intryguje.
Udajemy się na najbardziej wysunięty półwysep na północ Gotlandii. Patrząc teraz na horyzont, gdzieś tam w dali migałaby nam Finlandia, gdyby kula ziemska była mniej kulą, a bardziej płaszczyzną.
Jest latarnia morska, jest kamienista plaża, edredony, kormorany i garstka spacerowiczów. Jedna pani z psem wchodzi do wody w obcisłym kostiumie na całe ciało. Trzymamy kciuki, by szczęśliwie dotarła do Finlandii. Każdy ma prawo marzyć.
Kolejnym punktem naszej wycieczki są wielkie Rauksy na zachodnim wybrzeżu, ostańce skalne, które ponoć chronią wyspę przed złymi mocami...
Powiem tyle - wypić piwo w takim miejscu....
W takich momentach myślę sobie, że nigdy już nie będę w tym miejscu, z tymi ludźmi, w taki dzień. Choćby jeden czynnik się powtórzył to już nigdy nie będzie to samo. Łapię wtedy tę chwilę potrójnie wdychając pełną piersią jej zapach, a później trzymam ją w głowie aż gdzieś zapiszę lub opowiem i wtedy już nigdy jej nie zapomnę.
Właściwie każda chwila jest jedyna i niepowtarzalna, no ale inaczej się przeżywa chwilę przeglądając filmy na YT, a inaczej na wyspie Faro pijąc piwo przy ostańcach wielkości blokowiska... czy nie?
Odwiedzamy jeszcze jedną wioskę rybacką, a później idziemy polować na storczyki. Oczywiście łowy bezkrwawe - fotograficzne.
Tak się zastanawiam... A teraz to się zastanowiłam nad tym czy jak ktoś mnie czyta to czy widząc taki wstęp "tak się zastanawiam" myśli sobie "zaczyna się...", w sensie zaczynają się wywody o niczym ubrane w tak barwne słowa, że wydają się być chwilową życiową dewizą. No bo są. I dewizą i życiową, ale przede wszystkim chwilową. Nagle nasuwa mi się myśl, która w mojej głowie sprawia wrażenie chaosu, a gdy ją zapiszę nabiera jakiejś nawet, nie bójmy się mocnych słów, mądrości.
I dziwić się, że cała jestem chaosem. Teraz to już zapomniałam o czym się naprawdę zastanawiałam. Widocznie nieważne. Ważnych rzeczy się nie zapomina.
Powracamy z wycieczki zahaczając o jeszcze jeden kościół, albo i dwa... W końcu kolekcjonujemy wrażenia z tych niejednokrotnie aż XIII wiecznych monumentów.
___________________________________
Ciekawe jak to jest mieć w głowie prostą strzałkę aniżeli różę wiatrów.
Pewnie nudno.
A Ty się temu nie dziwisz...
niedziela, 13 marca 2016
blackbird
To już druga wiosna po wiośnie przeżytej na Gotlandii, a ja wciąż wzruszam się na wieczorny śpiew kosa. Mogłabym go słuchać godzinami. Jego głos towarzyszył mi w codziennych spacerach, jego słyszałam przebudzając się co 15 minut w ostatnią noc przed wyjazdem. Ptak, którego nie doceniałam pod budynkiem akademika, a którego pokochałam na wyspie. Czy można pokochać wspomnienie? Myślę, że można, ale jest to dość niebezpieczne. Coś co kochamy wraca do nas i domaga się uwagi. Śpiew kosa, choć typowy dla naszego regionu, przenosi mnie na wyspę i sprawia, że ciągiem myśli biegnę do chwil, wśród których są te, do których wolałabym nie wracać.
Nie dlatego, że były złe. Raczej przez to, że nie pasują do mnie teraz. Patrzę więc na siebie ze wspomnień jak na osobę, którą dobrze znałam, ale z którą nie trzymam już kontaktu. Wolę tak na nią patrzeć. Nie oceniam jej i nie odrzucam, ale trzymam na bezpieczny dystans.
Kos zdaje się gwizdać na te moje dawne rozterki. Poprawia mi tym humor.
Nie dlatego, że były złe. Raczej przez to, że nie pasują do mnie teraz. Patrzę więc na siebie ze wspomnień jak na osobę, którą dobrze znałam, ale z którą nie trzymam już kontaktu. Wolę tak na nią patrzeć. Nie oceniam jej i nie odrzucam, ale trzymam na bezpieczny dystans.
Kos zdaje się gwizdać na te moje dawne rozterki. Poprawia mi tym humor.
środa, 24 lutego 2016
Faro
15.06.
Pisze się Faro, czyta się Fore, a jest to skrajnie północna część Gotlandii, która odcięła się od reszty wyspy, jakby chciała żyć własnym życiem. Człowiek jednak i tam musiał odcisnąć swoje stopy, jakby mało miał lądu... na lądzie. Na tę część Gotlandii nawet nie trzeba zjeżdżać z głównej drogi - jej przedłużeniem jest 1,5 kilometrowa przeprawa promem - za darmo. Czasem trzeba tylko poczekać na swoją kolej, nieco dłużej niż na światłach.
A później na prom i Faro. Pogoda nam dopisuje. W ostatnich dniach jest tak jak na początku, kiedy myślałam, że moje niebo nad wyspą nigdy nie zajdzie chmurami. Słońce grzeje nas bardzo przyjemnie.
Pierwszy punkt programu na Faro - kościół i cmentarz. No bo jak już "zaliczamy" je po kolei to żadnego opuścić nie można. Każdy ma swój urok i każdy jest indywidualnie tajemniczy i niepowtarzalny.
Dobrze, że dzień jeszcze długi, bo i na wyspie jest co zwiedzać. Najpierw podjeżdżamy do sklepu, by uzupełnić zapasy żywności i wody. Nie powiem - tęsknię już za polskim chlebem, ale to nie jest wystarczający powód, bym chciała już wracać do kraju.
I w drogę. Do rezerwatu, gdzie mają być piaszczyste wydmy. Idziemy kawałek borem sosnowym i zastanawiam się - gdzież one są? A tu nagle jeden płat chrobotków, drugi płat chrobotków, trochę piachu, coraz więcej piachu, brodaczki na drzewach... aż się chce uprawić spontaniczny "chillout". Na chwilę sobie pozwalamy i nieco się zanurzamy w piękno traw unoszących się znad wysokich wydm, wystających długich korzeni drzew, ważek, bosych stóp i słońca...
Takich chwil trzeba ludziom i o takich powinniśmy marzyć. O chwili oderwania od codzienności, beztroski, zapomnienia, obcowania w pełni z naturą. Wtedy dopiero możemy zrozumieć siebie, podejmować jakiekolwiek ważne decyzje, wyznawać prawdziwe uczucia...
Tylko wtedy.
Nigdy nie róbmy tego, kiedy nie mamy czasu nawet o tym ze sobą samym porozmawiać.
cdn.
Pisze się Faro, czyta się Fore, a jest to skrajnie północna część Gotlandii, która odcięła się od reszty wyspy, jakby chciała żyć własnym życiem. Człowiek jednak i tam musiał odcisnąć swoje stopy, jakby mało miał lądu... na lądzie. Na tę część Gotlandii nawet nie trzeba zjeżdżać z głównej drogi - jej przedłużeniem jest 1,5 kilometrowa przeprawa promem - za darmo. Czasem trzeba tylko poczekać na swoją kolej, nieco dłużej niż na światłach.
No ale od początku.
Nieuchronnie zbliża się koniec badań na wyspie. Z prac terenowych pozostały ostatnie dni 14te (obrączkowanie, ważenie, krew, piórka...) oraz sprawdzanie wylotów (czy aby na pewno wszystkie pisklęta opuściły gniazda) i usuwanie opuszczonych gniazd (aby za rok kolejne pokolenia mogły założyć sobie nowe, świeże). Poza tym w ostatnich dniach musimy ładnie posprzątać domek, samochody, uporządkować próbki, spakować się... ale to na tak zwaną "ostatnią chwilę" najlepiej się robi.
Tymczasem pozostał nam ostatni dzień, kiedy jeszcze możemy coś pozwiedzać z czystym sumieniem. Jedziemy więc odwieźć Martę na prom i przy okazji na wycieczkę. Marta wyjeżdża wcześniej, niedługo wszyscy się rozjadą. Ja z Szymonem zostaje najdłużej i zamykamy domek w Bjorklundzie... Na samą myśl robi mi się smutno.
Jedziemy na wycieczkę najdłuższą na jaką można pojechać na wyspie, a więc z samego prawie południa na północny jej skraj. Po drodze zwiedzamy ze dwa kościoły, w których jeszcze nie byliśmy i zatrzymujemy się nad jeziorem Tingstadetrask. Pierwszy raz widzę takie prawdziwe jezioro na Gotlandii, a wcale niemało jest ich na jej powierzchni. Chcemy też zwiedzić okoliczny skansen, ale jest zamknięty.
A później na prom i Faro. Pogoda nam dopisuje. W ostatnich dniach jest tak jak na początku, kiedy myślałam, że moje niebo nad wyspą nigdy nie zajdzie chmurami. Słońce grzeje nas bardzo przyjemnie.
Pierwszy punkt programu na Faro - kościół i cmentarz. No bo jak już "zaliczamy" je po kolei to żadnego opuścić nie można. Każdy ma swój urok i każdy jest indywidualnie tajemniczy i niepowtarzalny.
Dobrze, że dzień jeszcze długi, bo i na wyspie jest co zwiedzać. Najpierw podjeżdżamy do sklepu, by uzupełnić zapasy żywności i wody. Nie powiem - tęsknię już za polskim chlebem, ale to nie jest wystarczający powód, bym chciała już wracać do kraju.
I w drogę. Do rezerwatu, gdzie mają być piaszczyste wydmy. Idziemy kawałek borem sosnowym i zastanawiam się - gdzież one są? A tu nagle jeden płat chrobotków, drugi płat chrobotków, trochę piachu, coraz więcej piachu, brodaczki na drzewach... aż się chce uprawić spontaniczny "chillout". Na chwilę sobie pozwalamy i nieco się zanurzamy w piękno traw unoszących się znad wysokich wydm, wystających długich korzeni drzew, ważek, bosych stóp i słońca...
Tylko wtedy.
Nigdy nie róbmy tego, kiedy nie mamy czasu nawet o tym ze sobą samym porozmawiać.
cdn.
Subskrybuj:
Posty (Atom)