czwartek, 20 listopada 2014

Własne mewy

Jak wspomniałam, od mojego gotlandzkiego domku do brzegu morza miałam jakieś pięćdziesiąt pięć kroków. Postanowienie spacerów i medytacji nadbałtyckich powstało zaraz w pierwszy wieczór, kiedy zobaczyłam jak czarujące jest to miejsce. Możliwe, że był to zwykły brzeg morza, ale dla mnie - przyzwyczajonej do innych krajobrazów - ten wydawał się nadzwyczajny. Nad samą wodą znajdował się szereg domków letniskowych, a przy każdym łódka - każdy miał tu łódkę, ale jakoś nie widziałam żeby ktokolwiek wypływał. Przy brzegu znajdowało się małe molo, pewnie zbudowane przez właścicieli najbliższego domku. Widywałam ich czasami. Starsze małżeństwo wychodziło na spacery o podobnej porze co i ja. Nie wyganiali mnie nigdy, gdy przesiadywałam na ich molo. Wręcz przeciwnie, uśmiechali się z daleka i machali witając się - "hej hej!". Na początku mówiłam "hej" jak polskie, pospolite przywitanie, taki zamiennik naszego "cześć", czyli bez większych akcentów i stonowanym tonem głosu. Szwedzi jednak inaczej go wypowiadają. W ich heju jest bardzo dużo radości, często wypowiadają je podwójnie i głośniej akcentują powtórzenie. Spodobało mi się to i po jakimś czasie nauczyłam się witać właśnie w ten sposób. Swoją drogą całkiem inaczej odbiera się radosne powitanie, a kiedy towarzyszy mu jeszcze uśmiech i życzliwość - potrafi poprawić nawet najbardziej podły nastrój.
Czemu ludzie tak rzadko się uśmiechają?!
Częściej niż na ów molo (molo to za duże słowo, ale tak nazywałam ten mój mały drewniany pomost), przechadzałam się wzdłuż brzegu po kamieniach i siadałam na jednym z nich. Później znalazłam swoje ulubione miejsce na ponure dni (o nim kiedy indziej).
Przed zachodem słońca obserwowałam ptaki. Pierwsze dni kojarzą mi się ze stadami gęsi na przelotach. Oprócz tego widywałam czaple, łabędzie, pliszki, rybitwy... oraz mewy, przeróżne mewy, których rozróżnianiem gatunków męczyłam się później w domku porównując swoje zdjęcia z Collinsem.


Jakieś 100 m od brzegu (choć mogę się mylić, nie wiem czemu, ale zawsze miałam kłopoty z przeliczaniem "na oko" odległości) wystawał z morza duży głaz, który podmywany przez morskie, delikatne fale był dobrym miejscem spoczynku ptaków. Zauważyłam, że często przesiadują tam dwie, zakochane mewy. Bawiło mnie to i wzruszało jednocześnie. Znalazły sobie niezłe miejsce do randkowania... niejedna mewa może pozazdrościć. Co za miejsce! Na tafli wody odbija się czerwony blask zachodu słońca...
Czy to prawdziwa miłość?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Co myślisz?