Pisze się Faro, czyta się Fore, a jest to skrajnie północna część Gotlandii, która odcięła się od reszty wyspy, jakby chciała żyć własnym życiem. Człowiek jednak i tam musiał odcisnąć swoje stopy, jakby mało miał lądu... na lądzie. Na tę część Gotlandii nawet nie trzeba zjeżdżać z głównej drogi - jej przedłużeniem jest 1,5 kilometrowa przeprawa promem - za darmo. Czasem trzeba tylko poczekać na swoją kolej, nieco dłużej niż na światłach.
No ale od początku.
Nieuchronnie zbliża się koniec badań na wyspie. Z prac terenowych pozostały ostatnie dni 14te (obrączkowanie, ważenie, krew, piórka...) oraz sprawdzanie wylotów (czy aby na pewno wszystkie pisklęta opuściły gniazda) i usuwanie opuszczonych gniazd (aby za rok kolejne pokolenia mogły założyć sobie nowe, świeże). Poza tym w ostatnich dniach musimy ładnie posprzątać domek, samochody, uporządkować próbki, spakować się... ale to na tak zwaną "ostatnią chwilę" najlepiej się robi.
Tymczasem pozostał nam ostatni dzień, kiedy jeszcze możemy coś pozwiedzać z czystym sumieniem. Jedziemy więc odwieźć Martę na prom i przy okazji na wycieczkę. Marta wyjeżdża wcześniej, niedługo wszyscy się rozjadą. Ja z Szymonem zostaje najdłużej i zamykamy domek w Bjorklundzie... Na samą myśl robi mi się smutno.
Jedziemy na wycieczkę najdłuższą na jaką można pojechać na wyspie, a więc z samego prawie południa na północny jej skraj. Po drodze zwiedzamy ze dwa kościoły, w których jeszcze nie byliśmy i zatrzymujemy się nad jeziorem Tingstadetrask. Pierwszy raz widzę takie prawdziwe jezioro na Gotlandii, a wcale niemało jest ich na jej powierzchni. Chcemy też zwiedzić okoliczny skansen, ale jest zamknięty.
A później na prom i Faro. Pogoda nam dopisuje. W ostatnich dniach jest tak jak na początku, kiedy myślałam, że moje niebo nad wyspą nigdy nie zajdzie chmurami. Słońce grzeje nas bardzo przyjemnie.
Pierwszy punkt programu na Faro - kościół i cmentarz. No bo jak już "zaliczamy" je po kolei to żadnego opuścić nie można. Każdy ma swój urok i każdy jest indywidualnie tajemniczy i niepowtarzalny.
Dobrze, że dzień jeszcze długi, bo i na wyspie jest co zwiedzać. Najpierw podjeżdżamy do sklepu, by uzupełnić zapasy żywności i wody. Nie powiem - tęsknię już za polskim chlebem, ale to nie jest wystarczający powód, bym chciała już wracać do kraju.
I w drogę. Do rezerwatu, gdzie mają być piaszczyste wydmy. Idziemy kawałek borem sosnowym i zastanawiam się - gdzież one są? A tu nagle jeden płat chrobotków, drugi płat chrobotków, trochę piachu, coraz więcej piachu, brodaczki na drzewach... aż się chce uprawić spontaniczny "chillout". Na chwilę sobie pozwalamy i nieco się zanurzamy w piękno traw unoszących się znad wysokich wydm, wystających długich korzeni drzew, ważek, bosych stóp i słońca...
Tylko wtedy.
Nigdy nie róbmy tego, kiedy nie mamy czasu nawet o tym ze sobą samym porozmawiać.
cdn.