środa, 24 lutego 2016

Faro

15.06.
Pisze się Faro, czyta się Fore, a jest to skrajnie północna część Gotlandii, która odcięła się od reszty wyspy, jakby chciała żyć własnym życiem. Człowiek jednak i tam musiał odcisnąć swoje stopy, jakby mało miał lądu... na lądzie. Na tę część Gotlandii nawet nie trzeba zjeżdżać z głównej drogi - jej przedłużeniem jest 1,5 kilometrowa przeprawa promem - za darmo. Czasem trzeba tylko poczekać na swoją kolej, nieco dłużej niż na światłach.



No ale od początku.
Nieuchronnie zbliża się koniec badań na wyspie. Z prac terenowych pozostały ostatnie dni 14te (obrączkowanie, ważenie, krew, piórka...) oraz sprawdzanie wylotów (czy aby na pewno wszystkie pisklęta opuściły gniazda) i usuwanie opuszczonych gniazd (aby za rok kolejne pokolenia mogły założyć sobie nowe, świeże). Poza tym w ostatnich dniach musimy ładnie posprzątać domek, samochody, uporządkować próbki, spakować się... ale to na tak zwaną "ostatnią chwilę" najlepiej się robi.

Tymczasem pozostał nam ostatni dzień, kiedy jeszcze możemy coś pozwiedzać z czystym sumieniem. Jedziemy więc odwieźć Martę na prom i przy okazji na wycieczkę. Marta wyjeżdża wcześniej, niedługo wszyscy się rozjadą. Ja z Szymonem zostaje najdłużej i zamykamy domek w Bjorklundzie... Na samą myśl robi mi się smutno.

Jedziemy na wycieczkę najdłuższą na jaką można pojechać na wyspie, a więc z samego prawie południa na północny jej skraj. Po drodze zwiedzamy ze dwa kościoły, w których jeszcze nie byliśmy i zatrzymujemy się nad jeziorem Tingstadetrask. Pierwszy raz widzę takie prawdziwe jezioro na Gotlandii, a wcale niemało jest ich na jej powierzchni. Chcemy też zwiedzić okoliczny skansen, ale jest zamknięty.





A później na prom i Faro. Pogoda nam dopisuje. W ostatnich dniach jest tak jak na początku, kiedy myślałam, że moje niebo nad wyspą nigdy nie zajdzie chmurami. Słońce grzeje nas bardzo przyjemnie.
Pierwszy punkt programu na Faro - kościół i cmentarz. No bo jak już "zaliczamy" je po kolei to żadnego opuścić nie można. Każdy ma swój urok i każdy jest indywidualnie tajemniczy i niepowtarzalny.
Dobrze, że dzień jeszcze długi, bo i na wyspie jest co zwiedzać. Najpierw podjeżdżamy do sklepu, by uzupełnić zapasy żywności i wody. Nie powiem - tęsknię już za polskim chlebem, ale to nie jest wystarczający powód, bym chciała już wracać do kraju.
I w drogę. Do rezerwatu, gdzie mają być piaszczyste wydmy. Idziemy kawałek borem sosnowym i zastanawiam się - gdzież one są? A tu nagle jeden płat chrobotków, drugi płat chrobotków, trochę piachu, coraz więcej piachu, brodaczki na drzewach... aż się chce uprawić spontaniczny "chillout". Na chwilę sobie pozwalamy i nieco się zanurzamy w piękno traw unoszących się znad wysokich wydm, wystających długich korzeni drzew, ważek, bosych stóp i słońca...











Takich chwil trzeba ludziom i o takich powinniśmy marzyć. O chwili oderwania od codzienności, beztroski, zapomnienia, obcowania w pełni z naturą. Wtedy dopiero możemy zrozumieć siebie, podejmować jakiekolwiek ważne decyzje, wyznawać prawdziwe uczucia...
Tylko wtedy.

Nigdy nie róbmy tego, kiedy nie mamy czasu nawet o tym ze sobą samym porozmawiać.

cdn.

niedziela, 14 lutego 2016

Nienasze

Bardzo to miłe, gdy ktoś potrafi pomiędzy uczuciem miłości i nienawiści znaleźć jeszcze odrobinę ciepła w kierunku straconego kursu, który nieopacznie kiedyś obrał. Ciepło to może przejawiać się w różny sposób - poprzez zwykły uśmiech, zatroskanie, chęć pomocy. Pięknie jest czuć, że ktoś dla nas ważny się o nas martwi, że nie zapomniał.

Kiedyś ktoś napisał mi bardzo ładnie o miłości - podzielę się tym, nie ze względu na ironicznie ważną datę dla zakochanych (swoją drogą - jako Słowianie powinniśmy obchodzić Noc Kupały, a nie to zachodnie niewiadomoco), ale ze względu na to, by móc popatrzeć na to uczucie z innej perspektywy.
Z perspektywy miłości czystej, bezinteresownej... tak, słowo bezinteresowna nie pojawiło się tutaj bezpodstawnie.
Dyskusja na ten temat zaczęła się od rozważania: co jest lepsze w wyborze pomiędzy dobrem, a... dobrem? Co jeśli czujemy, że wśród naszych priorytetów w życiu pojawiają się takie, które sobie nawzajem przeczą? Co jeśli w pewnym momencie nie będziemy potrafili wybrać, bo każda z wybranych dróg będzie zabierała nam możliwość spoglądania na tę drugą, równie ważną dla nas?

Najważniejsze, na początek, to zaakceptować, że to prawda. Pogodzić się z tym, że nie jesteśmy jedynymi, którzy borykają się ze swoimi uczuciami, bo ktoś kiedyś powiedział, że tak nie wolno, że to niemożliwe. Z biegiem czasu wydaje mi się, że niemożliwe jest żeby ktoś tego nie przeżył w swoim, choćby krótkim, ale już dojrzałym życiu.

Spójrzmy więc przez chwilę inaczej - może trochę w niewłaściwy sposób podchodzimy do kwestii uczuć? Skupiamy się na tym, by miłość była odwzajemniona. To normalne, słuszne i nie ma w tym nic złego. Jest to jednak skupianie się na tym, by brać... A może w uczuciach, szczególnie trudnych, należy się skupić na tym, by dawać? Ciężko jest poświęcić się nieszczęśliwemu uczuciu, ale nikt tu o takim bezsensownym poświęcaniu siebie całego nie mówi.
Chodzi jedynie o samą radość z dawania, radość z tego, że ktoś wzbudza w nas pewne emocje, które nas w jakiś sposób budują, umacniają, sprawiają, że czujemy swoje zmysły ze wszystkich stron. Trzeba sobie zadać pytanie, czy lepiej coś takiego przeżyć czy w ogóle nie zaznać tego uczucia? W końcu całe nasze życie polega na zbieraniu wszelakich doświadczeń i wrażeń. A te konkretne wrażenia nie są banalne.

W końcu... kocha się nie po to, by być kochanym, choć do tego to się często sprowadza. Ale to uczucie samo w sobie jest tak budujące i wartościowe, że w każdym przypadku musi mieć jakieś znaczenie.
Jest to temat tak trudny, jak trudna jest nieodwzajemniona miłość. Myślę jednak, że gdyby ludzie skupiali się na dawaniu, na ziemi nie byłoby ludzi nieszczęśliwych. Może to jest lek na wszelkie bolączki tego świata?



Bo jedyne co mamy tak naprawdę - to relacje międzyludzkie.
Całą resztę tylko dzierżawimy.

Pozdrawiam.