Pewnego dnia Szymek proponuje, by udać się na ów półwysep. Póki nie ma dużo roboty można jeździć i zwiedzać. Z racji, że jestem tu pierwszy raz (a może i ostatni?) zgodzę się na każdą wycieczkę, z każdym i wszędzie, byleby jak najwięcej się napatrzeć... i zrobić zdjęcia. Oprócz wielkich wiatraków, znajdują się tam mniejsze wysepki, otoczone strefą ochrony podczas ptasich lęgów - zakaz wstępu od połowy marca do końca czerwca, nie będzie więc mi dane podejść bliżej. Miejsce jest bardzo urokliwe, na brzegu niskie drzewa i krzewy przypominają krajobraz sawanny...
Jak to możliwe, że każdy zachód słońca nad morzem jest inny i każdy jest taki zachwycający?
Przestaję mieć żal do płaskiej linii horyzontu - podajemy sobie rękę i od tej pory żyjemy ze sobą w zgodzie.
Powoli też godzę się sama ze sobą. Staram się zebrać myśli do kupy i poukładać w odpowiedniej hierarchii. Coś wychodzi, coś o jakimś kształcie, czy o to mi chodziło? Czy po to tu przyjechałam żeby tak naprawdę wrócić na ziemię? Tego się będę trzymać, na tyle na ile mi rozum pozwoli. I serce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Co myślisz?