Bo tak właściwie co mnie czeka po powrocie? Kamień, na którym leżę jest ciepły i bezpieczny. Odgradza mnie od zamulonej, słonej wody. Słońce przyjemnie grzeje w bose stopy, jest jeszcze tak wysoko! Dzień wydaje się nie kończyć...
Wysłuchawszy swojej stałej listy mp3, zabieram swoje rzeczy i podążam w kierunku samochodu. Nie chcę jeszcze wracać, ale muszę zmienić miejsce. Jadę na swoją plażę, podoba mi się fakt, że to ja ją "odkryłam", że ekipa, która jeździ tutaj kilkanaście lat nie wiedziała, że tak blisko jest piaszczysta plaża! Niby taka piaszczysta, a jakaś nadzwyczajna. I zawsze tylko ja na niej jestem. Ja i moje rozterki.
Delikatnie uzależniłam się od smaku czarnego bzu i limonki. Taki smak ma cydr, który sobie kupuję w tutejszym sklepie (bo ma poniżej 3%) i piję wieczorem, nawet sama. Bo to przecież nie alkohol...
_________________________
Z biegiem czasu tak sobie myślę... że strasznie nie lubię siebie z tych ostatnich dni na Gotlandii. Czy to była naiwność czy egoizm? Pewnie wszystkiego po trochę. Jedyne co pozostało to odrobina żalu, reszta rozpłynęła się w eterze.
Właśnie odnalazłam nasze miejsce we wszechświecie - w eterze. Niby jedno, niby określone i niby wspólne - ale tak naprawdę nigdy się nie odnajdziemy. Może i lepiej. Lepiej wcale.
środa, 16 grudnia 2015
wtorek, 27 października 2015
dla kogo?
Z pisaniem tego bloga jest jak z moim nastawieniem do życia. Z jednej strony bardzo chcę go dokończyć tak jak sobie zaplanowałam, a z drugiej obawiam się, że jak skończę to będę miała niedosyt. I może nie chodzi o sam fakt życia - rozpoczynającego się narodzinami i kończącego śmiercią, ale o każdy poszczególny jego fragment. O te momenty, kiedy coś wydaje mi się tak dobre, że wydaje się, że już nigdy się nie przydarzy. Kiedyś chciałam je ciągnąć i ciągnąć w nieskończoność... czasem trochę na siłę. Chyba z tego powoli wyrastam. Wciąż doceniam chwile, ale już nie aż tak. Już nie przeciągam czegoś co na dłuższą metę się wypala. Już przestałam gonić za przeszłością i wspomnieniami, które nieraz mnie w tej gonitwie zdawały się wyprzedzać. Nauczyłam się brać odpowiednio dużo z tych chwil, tak by dołożyć do swojej codzienności nieco treści, ale i odpowiednio mało, by nie zatrzeć granic jawy i złudzenia.
12.06.
Postanowiłam dzisiaj skończyć szybciej prace w terenie i pojechać gdzieś, gdzie mnie jeszcze nie było. Tylko gdzie? Przejeżdżałam kiedyś wschodnią stroną wyspy i widziałam ścieżkę prowadzącą do morza... Wystarczyło bym kolejną swoją podróż skierowała w ową stronę.
Tylko najpierw mam do obskoczenia jeszcze parę gniazd. Zabieram więc ze sobą krótkie spodenki na zmianę i wsiadam do mojego Dżety. Oj, będzie mi go brakowało. Ciekawe ile kosztuje przewiezienie samochodu przez morze Bałtyckie? No i ile by chcieli za niego?
Jest bezchmurnie. Podjeżdżam pod prawie samą plażę, która już na miejscu nie wygląda zachęcająco. W sumie nie nastawiałam się na piasek, czemu miałby być po tej stronie wyspy skoro po drugiej go brak?
Przechodzę więc po czymś bliżej niezidentyfikowanym, wypłukanym z dna morskiego i lokuję się na kamieniach. Puszczam muzykę z komórki, ściągam buty, kładę się i zamykam oczy. Nad głowami krążą mewy.
Nie jestem pewna czy chcę stąd wracać.
cdn.
12.06.
Postanowiłam dzisiaj skończyć szybciej prace w terenie i pojechać gdzieś, gdzie mnie jeszcze nie było. Tylko gdzie? Przejeżdżałam kiedyś wschodnią stroną wyspy i widziałam ścieżkę prowadzącą do morza... Wystarczyło bym kolejną swoją podróż skierowała w ową stronę.
Tylko najpierw mam do obskoczenia jeszcze parę gniazd. Zabieram więc ze sobą krótkie spodenki na zmianę i wsiadam do mojego Dżety. Oj, będzie mi go brakowało. Ciekawe ile kosztuje przewiezienie samochodu przez morze Bałtyckie? No i ile by chcieli za niego?
Jest bezchmurnie. Podjeżdżam pod prawie samą plażę, która już na miejscu nie wygląda zachęcająco. W sumie nie nastawiałam się na piasek, czemu miałby być po tej stronie wyspy skoro po drugiej go brak?
Przechodzę więc po czymś bliżej niezidentyfikowanym, wypłukanym z dna morskiego i lokuję się na kamieniach. Puszczam muzykę z komórki, ściągam buty, kładę się i zamykam oczy. Nad głowami krążą mewy.
Nie jestem pewna czy chcę stąd wracać.
cdn.
czwartek, 27 sierpnia 2015
rozpostarta płachta nieba
Co zrobić jeśli niebo zlewa nam się z ziemią? Czy na siłę próbować je oddzielać tłumacząc sobie, że musi być jakaś przyczyna czy zachwycić się i dać ponieść temu cudowi?
11.06.
Wchodząc do morza w tych ostatnich dniach swojego pobytu na wyspie nie mam żadnych wątpliwości - jest po prostu pięknie. Falująca piana morska i delikatne smugi obłoków zdają się przenikać nawzajem, ale nie są głównym tematem moich rozmyślań.
Mam inną myśl.
Może by tak pójść przed siebie i... nie wrócić?
Myśl przerywa mi Marta, która krzyczy z brzegu żebym się odwróciła do zdjęcia. Oglądam je później - nie wyglądam na nim na ani trochę zamyśloną, a na pewno nie na przygnębioną. Czy tak jest w rzeczywistości? Czy tak ładnie ukrywam swoje troski? Pamiętam jak w gimnazjum moim drugim imieniem był Optymizm. Co było potem? Koniec zabawy życiem, a rozpoczęcie życia. I optymizm dalej mi towarzyszył i do dziś tak jest, ale jednak w głębi duszy zaczęłam rozmyślać... a to nigdy nie kończy się dobrze.
Czemu racjonalizm jest taki płytki, a głowa w chmurach nie może normalnie oddychać?
__________________
Bo najgorsza nie jest obecność pająka, tylko jak nam zniknie z oczu.
11.06.
Wchodząc do morza w tych ostatnich dniach swojego pobytu na wyspie nie mam żadnych wątpliwości - jest po prostu pięknie. Falująca piana morska i delikatne smugi obłoków zdają się przenikać nawzajem, ale nie są głównym tematem moich rozmyślań.
Mam inną myśl.
Może by tak pójść przed siebie i... nie wrócić?
Myśl przerywa mi Marta, która krzyczy z brzegu żebym się odwróciła do zdjęcia. Oglądam je później - nie wyglądam na nim na ani trochę zamyśloną, a na pewno nie na przygnębioną. Czy tak jest w rzeczywistości? Czy tak ładnie ukrywam swoje troski? Pamiętam jak w gimnazjum moim drugim imieniem był Optymizm. Co było potem? Koniec zabawy życiem, a rozpoczęcie życia. I optymizm dalej mi towarzyszył i do dziś tak jest, ale jednak w głębi duszy zaczęłam rozmyślać... a to nigdy nie kończy się dobrze.
Czemu racjonalizm jest taki płytki, a głowa w chmurach nie może normalnie oddychać?
__________________
Bo najgorsza nie jest obecność pająka, tylko jak nam zniknie z oczu.
środa, 19 sierpnia 2015
retrospekcja
Otwieram pożyczoną książkę na losowej stronie i czytam:
"Zaobrączkować ptaka znaczy posiadać los wielkiej loterii...", nic by w tym dziwnego nie było gdyby cała książka była poświęcona obrączkowaniu, a przynajmniej ptakom. Książka to "Zapiski z Piaszczystej Krainy" i zanim przeczytam cały wstęp o tym, jaka jest wyjątkowa, już ją lubię. O co chodzi z losem na loterii? Zgadzam się z tym zdaniem choć nie do końca je rozumiem i dopiero czytając trzeci raz jeden akapit zaczynam pojmować o czym mówi autor. Tym bardziej lubię tę książkę.
"Ćwiczeniem z obiektywności jest mieć los na zaobrączkowaną jaskółkę, która upadła, lub na zaobrączkowaną sikorkę, która może pewnego dnia ponownie złapać się w twoją pułapkę, dowodząc w ten sposób, że wciąż jeszcze żyje."
Wspomina o sikorkach! Autor wiedział co zrobić, bym nie dała rady nie dokończyć rozdziału jednym tchem... Tylko szkoda, że zaczęłam od środka. No, ale już nie ma odwrotu. Kończę o sikorkach i wracam do początku książki.
"...podobnie jak jej koleżanki z klasy, po zaobrączkowaniu i wypuszczeniu poleciała na gałąź, gdzie podziobała swoją aluminiową obrączkę z pewną irytacją, otrząsnęła potargane piórka, niezbyt brzydko zaklęła i pospiesznie odleciała, by nadążyć za swoim stadem. Wątpię, czy wyciągnęła z tego doświadczenia jakiekolwiek filozoficzne wnioski (na przykład, że "nie wszystko mrówcze jaja, co się świeci"), ponieważ złapałem ją jeszcze trzy razy tamtej zimy."
"...przeżył swoich kolegów. Czy z większym sprytem unikał wrogów? Jakich wrogów? Sikorka jest w zasadzie zbyt mała, by mieć jakichkolwiek. Ten dziwak zwany Ewolucją, po powiększeniu dinozaura do rozmiarów, przy których potykał się on o swoje własne palce u nóg, spróbował zmniejszyć sikorkę tak bardzo, że była jeszcze zbyt duża, by zostać złapaną przez muchołówkę jako owad, a już za mała, by sokoły i sowy polowały na nią jak na ptaka. Następnie przyjrzał się swojemu dziełu i zaśmiał się. Każdy śmieje się z tak małego kłębka wielkiego entuzjazmu. (...) Wydaje się prawdopodobne, że pogoda jest jedynym zabójcą na tyle pozbawionym zarówno humoru, jak i rozmiaru, by zabić sikorkę. Podejrzewam, że w Szkółce Niedzielnej dla sikorek naucza się o dwóch grzechach śmiertelnych: "nie będziesz udawał się w wietrzne miejsca zimą" oraz "nie będziesz się moczył przed zamiecią śnieżną""
Wow, chciałabym poznać tego autora, szkoda, że nie żyje...
Aldo Leopold A Sand County Almanac
"Zaobrączkować ptaka znaczy posiadać los wielkiej loterii...", nic by w tym dziwnego nie było gdyby cała książka była poświęcona obrączkowaniu, a przynajmniej ptakom. Książka to "Zapiski z Piaszczystej Krainy" i zanim przeczytam cały wstęp o tym, jaka jest wyjątkowa, już ją lubię. O co chodzi z losem na loterii? Zgadzam się z tym zdaniem choć nie do końca je rozumiem i dopiero czytając trzeci raz jeden akapit zaczynam pojmować o czym mówi autor. Tym bardziej lubię tę książkę.
"Ćwiczeniem z obiektywności jest mieć los na zaobrączkowaną jaskółkę, która upadła, lub na zaobrączkowaną sikorkę, która może pewnego dnia ponownie złapać się w twoją pułapkę, dowodząc w ten sposób, że wciąż jeszcze żyje."
Wspomina o sikorkach! Autor wiedział co zrobić, bym nie dała rady nie dokończyć rozdziału jednym tchem... Tylko szkoda, że zaczęłam od środka. No, ale już nie ma odwrotu. Kończę o sikorkach i wracam do początku książki.
"...podobnie jak jej koleżanki z klasy, po zaobrączkowaniu i wypuszczeniu poleciała na gałąź, gdzie podziobała swoją aluminiową obrączkę z pewną irytacją, otrząsnęła potargane piórka, niezbyt brzydko zaklęła i pospiesznie odleciała, by nadążyć za swoim stadem. Wątpię, czy wyciągnęła z tego doświadczenia jakiekolwiek filozoficzne wnioski (na przykład, że "nie wszystko mrówcze jaja, co się świeci"), ponieważ złapałem ją jeszcze trzy razy tamtej zimy."
"...przeżył swoich kolegów. Czy z większym sprytem unikał wrogów? Jakich wrogów? Sikorka jest w zasadzie zbyt mała, by mieć jakichkolwiek. Ten dziwak zwany Ewolucją, po powiększeniu dinozaura do rozmiarów, przy których potykał się on o swoje własne palce u nóg, spróbował zmniejszyć sikorkę tak bardzo, że była jeszcze zbyt duża, by zostać złapaną przez muchołówkę jako owad, a już za mała, by sokoły i sowy polowały na nią jak na ptaka. Następnie przyjrzał się swojemu dziełu i zaśmiał się. Każdy śmieje się z tak małego kłębka wielkiego entuzjazmu. (...) Wydaje się prawdopodobne, że pogoda jest jedynym zabójcą na tyle pozbawionym zarówno humoru, jak i rozmiaru, by zabić sikorkę. Podejrzewam, że w Szkółce Niedzielnej dla sikorek naucza się o dwóch grzechach śmiertelnych: "nie będziesz udawał się w wietrzne miejsca zimą" oraz "nie będziesz się moczył przed zamiecią śnieżną""
Wow, chciałabym poznać tego autora, szkoda, że nie żyje...
Aldo Leopold A Sand County Almanac
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
nie ma zasady
I dotąd aż nie przestaniemy oddychać możemy zaczynać wszystko od nowa. I dążyć do szczęścia. I szukać go w każdym zakamarku naszej duszy, szukać aż znajdziemy.
I nie bać się ryzykować.
Dla szczęścia warto. Dla miłości trzeba.
I nie bać się ryzykować.
Dla szczęścia warto. Dla miłości trzeba.
piątek, 17 lipca 2015
przez PALCE
10.06.
Jeszcze tylko półtora tygodnia do powrotu... Dopada mnie myśl, by wykorzystywać czas na wyspie do granic możliwości. Tak, by później nie żałować, że czegoś nie zrobiłam. Chcę jechać na wschód słońca nad morze. Nie jest to problem ze względu na to, że znajdujemy się na odcinku wyspy, gdzie z naszego zachodniego wybrzeża na wschodni jest jakieś 3 km. Problem tylko jest żeby być na tyle nie zmęczonym po pracy i mieć siłę wstać, zebrać się i pojechać w środku nocy... A właściwie z dnia na dzień dnia przybywa i wydaje mi się, że ten wschód słońca traci z każdym dniem sens. Skoro tak naprawdę ciemno się nie robi to czy będzie kolorowa poświata przy wschodzie czy po prostu słońce sobie wyjdzie jakby nigdy nic? Mamy też jechać na lelki, bo na bataliony już za późno... Na początku wydawało się, że na wszystko będzie czas, a potem wpadliśmy w wir pracy i czas ucieka. Ale co to za wir! Uwielbiam go! W ogóle mnie nie męczy ta praca, no może oprócz przykrego faktu wyrzucania zdechniętych piskląt z gniazda, ale na szczęście to rzadkość.
Nie wiem po co tak chce wykorzystywać każdą chwilę, chyba każdy tak ma? Wiem, że mogę tu nigdy nie wrócić. Nie znałam tego miejsca wcześniej i nigdy nie wybrałabym się tutaj gdyby nie ta praca. Raz, że drogo, a dwa, że nawet nie wiedziałam o istnieniu takiej wyspy, a trzy... że nawet mnie nie ciągnie nigdzie dalej niż nasze Karpaty. No może tak trochę na południe, ale niedużo. Więc wywieźli mnie w takie miejsce (w sumie sama się wywiozłam) i chcąc-niechcąc się do niego przywiązałam. Bo jestem sentymentalna i coraz częściej zaczynam uważać, że jest to raczej wada niż zaleta. A jak nie wada to chociaż uciążliwość. Dla mnie.
Póki co jest piękna pogoda i mamy nieco wolnego wieczoru - wyciągam dziewczyny na plażę. Szymon też miał iść, ale ostatecznie powiedział, że zostaje. Bierzemy więc z Asią i Martą po piwku zakupionym wcześniej w System Bolaget, kocyk i idziemy na piach! Już od pierwszych kroków zaczynamy plotkować... co za baby. Ale to przecież nic złego poopowiadać sobie co kto gdzie widział i co o tym myśli... prawda?
Na piasku znów coś układam, wydaje mi się to zwykłym... czymś. Dopiero na zdjęciu zauważam, że moja konstrukcja poprzez układ cieni rzucanych przez zachodzące słońce jest bardzo skomplikowana i nieco nawet zagadkowa.
Skoro dziewczyny są na brzegu - idę spróbować popływać. Jak coś to mnie będą ratować, chyba. A spróbować nie dlatego, że zapomniałam jak to się robi tylko dlatego, że jest tu naprawdę płytko i nie wiem ile muszę iść by móc zanurzyć się chociaż po pas. Idę i idę i ku mojego miłemu zdziwieniu po parudziesięciu metrach zaczyna woda się pogłębiać... albo dno obniżać? Jak kto woli. Ale niestety za wcześnie się cieszę (to też taka moja mała przypadłość, tak apropo), bo okazuje się, że wraz z głębokością wody pojawia się coraz więcej glonów i krasnorostów i dosłownie trzeba się przez nie przedzierać... jak ja mam tu pływać? Mimo wszystko próbuje. Woda mnie unosi, ale te muskające mnie w ciało wodorosty wcale nie sprawiają mi przyjemności... Wracam. Dopływam brzuchem po piasku prawie do samego brzegu i leżę sobie tak jeszcze jakiś czas aż zaczyna mi się robić zimno.
Ta moja przypadłość... Nie lubię tego. Bardzo szybko potrafię popaść w euforię, bardzo szybko zaczynam wierzyć, że coś jest piękne, prawdziwe, dobre, mocne i przede wszystkim niezniszczalne.
Potem mi jest po prostu smutno.
Jeszcze tylko półtora tygodnia do powrotu... Dopada mnie myśl, by wykorzystywać czas na wyspie do granic możliwości. Tak, by później nie żałować, że czegoś nie zrobiłam. Chcę jechać na wschód słońca nad morze. Nie jest to problem ze względu na to, że znajdujemy się na odcinku wyspy, gdzie z naszego zachodniego wybrzeża na wschodni jest jakieś 3 km. Problem tylko jest żeby być na tyle nie zmęczonym po pracy i mieć siłę wstać, zebrać się i pojechać w środku nocy... A właściwie z dnia na dzień dnia przybywa i wydaje mi się, że ten wschód słońca traci z każdym dniem sens. Skoro tak naprawdę ciemno się nie robi to czy będzie kolorowa poświata przy wschodzie czy po prostu słońce sobie wyjdzie jakby nigdy nic? Mamy też jechać na lelki, bo na bataliony już za późno... Na początku wydawało się, że na wszystko będzie czas, a potem wpadliśmy w wir pracy i czas ucieka. Ale co to za wir! Uwielbiam go! W ogóle mnie nie męczy ta praca, no może oprócz przykrego faktu wyrzucania zdechniętych piskląt z gniazda, ale na szczęście to rzadkość.
Nie wiem po co tak chce wykorzystywać każdą chwilę, chyba każdy tak ma? Wiem, że mogę tu nigdy nie wrócić. Nie znałam tego miejsca wcześniej i nigdy nie wybrałabym się tutaj gdyby nie ta praca. Raz, że drogo, a dwa, że nawet nie wiedziałam o istnieniu takiej wyspy, a trzy... że nawet mnie nie ciągnie nigdzie dalej niż nasze Karpaty. No może tak trochę na południe, ale niedużo. Więc wywieźli mnie w takie miejsce (w sumie sama się wywiozłam) i chcąc-niechcąc się do niego przywiązałam. Bo jestem sentymentalna i coraz częściej zaczynam uważać, że jest to raczej wada niż zaleta. A jak nie wada to chociaż uciążliwość. Dla mnie.
Póki co jest piękna pogoda i mamy nieco wolnego wieczoru - wyciągam dziewczyny na plażę. Szymon też miał iść, ale ostatecznie powiedział, że zostaje. Bierzemy więc z Asią i Martą po piwku zakupionym wcześniej w System Bolaget, kocyk i idziemy na piach! Już od pierwszych kroków zaczynamy plotkować... co za baby. Ale to przecież nic złego poopowiadać sobie co kto gdzie widział i co o tym myśli... prawda?
Na piasku znów coś układam, wydaje mi się to zwykłym... czymś. Dopiero na zdjęciu zauważam, że moja konstrukcja poprzez układ cieni rzucanych przez zachodzące słońce jest bardzo skomplikowana i nieco nawet zagadkowa.
Skoro dziewczyny są na brzegu - idę spróbować popływać. Jak coś to mnie będą ratować, chyba. A spróbować nie dlatego, że zapomniałam jak to się robi tylko dlatego, że jest tu naprawdę płytko i nie wiem ile muszę iść by móc zanurzyć się chociaż po pas. Idę i idę i ku mojego miłemu zdziwieniu po parudziesięciu metrach zaczyna woda się pogłębiać... albo dno obniżać? Jak kto woli. Ale niestety za wcześnie się cieszę (to też taka moja mała przypadłość, tak apropo), bo okazuje się, że wraz z głębokością wody pojawia się coraz więcej glonów i krasnorostów i dosłownie trzeba się przez nie przedzierać... jak ja mam tu pływać? Mimo wszystko próbuje. Woda mnie unosi, ale te muskające mnie w ciało wodorosty wcale nie sprawiają mi przyjemności... Wracam. Dopływam brzuchem po piasku prawie do samego brzegu i leżę sobie tak jeszcze jakiś czas aż zaczyna mi się robić zimno.
Ta moja przypadłość... Nie lubię tego. Bardzo szybko potrafię popaść w euforię, bardzo szybko zaczynam wierzyć, że coś jest piękne, prawdziwe, dobre, mocne i przede wszystkim niezniszczalne.
Potem mi jest po prostu smutno.
poniedziałek, 6 lipca 2015
.
06.2014
Wychodzę na spacer jeszcze w ciągu dnia. Czuję, że dzisiaj moje uczucia mnie przerastają. Czuję, że mój wyjazd dobiega końca, że plany by pozbierać swoje myśli i wrócić ze świadomością, że wiem czego chcę, legły w gruzach. Nie potrafię. Nie wiem, w którym mam podążać kierunku... czy słuchać serca? Czy warto zaryzykować wszystko? Co, jeśli się nie uda? Co, jeśli się uda?! Wybieram kierunek na moją piaszczystą plażę. Siadam na piasku i patrzę na horyzont. Słońce powoli się zniża do zachodu, ale jeszcze jest dość wysoko. Na plaży leżą malutkie muszelki. Zbieram je i układam na jednej kupce. Może zabiorę trochę na pamiątkę? Ale po co? Przecież to tylko muszelki, postawię je na półce i o nich zapomnę. Będą tylko kolejną rzeczą do przesuwania podczas ścierania kurzy. Oglądam je z każdej strony, każda jest inna. Postanawiam coś z nich ułożyć... może jakiś napis... pierwsza litera przychodzi mi bez zastanowienia, czemu akurat ta? Czy to coś oznacza? Dokańczam wyraz i łzy cisną mi się do oczu. Nie powinnam tego robić, to nie tak... Mimo to fotografuję napis z muszelek na piasku tak, by uchwycić również morze aż po sam horyzont. Szybko zacieram ślady przestępstwa rozwalając muszelki na około. Zaczyna mnie ściskać w sercu. O co chodzi? Czemu blokuje uczucie, które samo wyrywa mi się z piersi? Wstaje i idę w morze. Idę parędziesiąt metrów i wciąż mam wodę po kostki. A gdyby tak pójść dalej i nigdy nie wrócić? Nie mam już sił zadawać sobie pytania bez odpowiedzi. Muszę coś zdecydować, a nie umiem. Siadam na środku wody, parędziesiąt metrów od brzegu i wybucham płaczem. Przez chwilę mam wrażenie, że kręcą jakiś teledysk z moim udziałem - myślę, że byłby dobry i wzruszający. Przerzucam piasek w rękach i daję się ponieść emocjom. Jak się czasem wyleje długo ukrywane łzy to potem robi się lepiej - przynajmniej tak miałam do tej pory. Wylewam więc je i boję się, że nigdy się nie skończą. Jednak w pewnym momencie czuję suchość w oczach i jednocześnie jakąś wewnętrzną siłę. Może sobie jednak z tym poradzę? Może wszystko potoczy się własnym rytmem?
Wstaję i wracam na brzeg. Wciąż nic nie wiem, ale czuję się lepiej.
Wychodzę na spacer jeszcze w ciągu dnia. Czuję, że dzisiaj moje uczucia mnie przerastają. Czuję, że mój wyjazd dobiega końca, że plany by pozbierać swoje myśli i wrócić ze świadomością, że wiem czego chcę, legły w gruzach. Nie potrafię. Nie wiem, w którym mam podążać kierunku... czy słuchać serca? Czy warto zaryzykować wszystko? Co, jeśli się nie uda? Co, jeśli się uda?! Wybieram kierunek na moją piaszczystą plażę. Siadam na piasku i patrzę na horyzont. Słońce powoli się zniża do zachodu, ale jeszcze jest dość wysoko. Na plaży leżą malutkie muszelki. Zbieram je i układam na jednej kupce. Może zabiorę trochę na pamiątkę? Ale po co? Przecież to tylko muszelki, postawię je na półce i o nich zapomnę. Będą tylko kolejną rzeczą do przesuwania podczas ścierania kurzy. Oglądam je z każdej strony, każda jest inna. Postanawiam coś z nich ułożyć... może jakiś napis... pierwsza litera przychodzi mi bez zastanowienia, czemu akurat ta? Czy to coś oznacza? Dokańczam wyraz i łzy cisną mi się do oczu. Nie powinnam tego robić, to nie tak... Mimo to fotografuję napis z muszelek na piasku tak, by uchwycić również morze aż po sam horyzont. Szybko zacieram ślady przestępstwa rozwalając muszelki na około. Zaczyna mnie ściskać w sercu. O co chodzi? Czemu blokuje uczucie, które samo wyrywa mi się z piersi? Wstaje i idę w morze. Idę parędziesiąt metrów i wciąż mam wodę po kostki. A gdyby tak pójść dalej i nigdy nie wrócić? Nie mam już sił zadawać sobie pytania bez odpowiedzi. Muszę coś zdecydować, a nie umiem. Siadam na środku wody, parędziesiąt metrów od brzegu i wybucham płaczem. Przez chwilę mam wrażenie, że kręcą jakiś teledysk z moim udziałem - myślę, że byłby dobry i wzruszający. Przerzucam piasek w rękach i daję się ponieść emocjom. Jak się czasem wyleje długo ukrywane łzy to potem robi się lepiej - przynajmniej tak miałam do tej pory. Wylewam więc je i boję się, że nigdy się nie skończą. Jednak w pewnym momencie czuję suchość w oczach i jednocześnie jakąś wewnętrzną siłę. Może sobie jednak z tym poradzę? Może wszystko potoczy się własnym rytmem?
Wstaję i wracam na brzeg. Wciąż nic nie wiem, ale czuję się lepiej.
poniedziałek, 29 czerwca 2015
czas
09.06.
Dzisiejszy wieczór spędzę na plaży! A może nie tylko wieczór, może wyrobię się wcześniej i będę mogła pójść na piasek, zabrać książkę, muzykę i koc... i trochę spędzić czasu ze sobą? Pamiętam jedną niesamowitą teorię jaką wymyśliłam z kolegą pewnego przeciętnego wieczoru na akademiku. Zastanawialiśmy się dlaczego niektórzy ludzie nie potrafią słuchać. Dlaczego my sami nie potrafimy się nieraz skupić na tym co ktoś do nas mówi, dlaczego uciekamy myślami i bujamy nimi nie wiadomo gdzie, by się przebudzić w zakłopotaniu - o co on się mnie właśnie zapytał?! Doszliśmy do pewnego wniosku. Otóż człowiek w swoim całym zapracowaniu, zabieganiu i życiu codziennym rzadko znajduje czas tylko dla siebie... zwykle sami tylko zasypiamy, a czasami nawet nie. Kręcimy się wśród wielu głosów wyłapując te co nas interesują. A co z naszymi myślami? Pojawiają się i znikają. Nie mamy czasu się nad nimi zatrzymać, porozmawiać z samym sobą. Jednak istnieje w nas jakaś wewnętrzna potrzeba poukładania sobie myśli, zrobienia rachunku sumienia przed samym sobą i odnalezienia wśród sterty niepotrzebnych te najistotniejsze. Nasza dusza się tego domaga i przez to wyłączamy się w nietypowych sytuacjach, w sytuacjach, w których nie wypada się wyłączać. Więc jest rozwiązanie - znaleźć trochę czasu dla siebie. Wyciszyć się. Położyć się 10 minut wcześniej i z otwartymi oczami pomyśleć o mijającym dniu. Już nie mówię o modlitwie - każdy nazwie to po swojemu, ważne jest te parę chwil, w których rozmawiam wewnątrz swojej głowy i nikt mi w tym nie przeszkadza. A może to trochę niebezpieczne? Bo przecież niechcący można wymyślić sobie problem, który nie istniałby gdybyśmy nie mieli czasu o nim pomyśleć... No tak, tak może być.
Praca jednak zabiera dzisiaj więcej czasu niż się spodziewałam i udaje mi się pójść na plażę dopiero koło 20. Chwilę spaceruje, odbębniam rozmowy telefoniczne - jakoś nie mam dziś na nie ochoty. Później śledzę aparatem pewną pliszkę i w końcu docieram na piach. Nie jest to łatwe, coś ostatnio poziom wody się podniósł i trzeba uważać na śliskie kamienie. Sprawdzam ręką za ile będzie zachód słońca. Przypominam sobie kto mi pokazał jak to się robi. Udawałam wtedy, że nie wiem jak, a tak naprawdę widziałam już to wcześniej na jednym z filmów, które (o dziwo) pamiętam. Kłamstwo w dobrej wierze się nie liczy, było fajnie.
Fotografuje swoje wiatraki. Moje wiatraki... mój zachód słońca, moja plaża i mój kawałek morza. Będzie mi ich wszystkich brakować.
Bawię się piaskiem, jest trochę mokry. Zaczynam coś rzeźbić, ale nic moja wyobraźnia mi nie podsuwa i wychodzi z tego wszystkiego żółw z zapadniętą skorupą i krzywy uśmiech. Wszystko jak zwykle ma dla mnie znaczenie.
Spokojne morze. Bardzo spokojne fale i piana morska.
Słońce zachodzi i mrok nie zapada.
Wino jest bardzo dobre.
___________________
A księżyc dzisiaj duzieje.
Dzisiejszy wieczór spędzę na plaży! A może nie tylko wieczór, może wyrobię się wcześniej i będę mogła pójść na piasek, zabrać książkę, muzykę i koc... i trochę spędzić czasu ze sobą? Pamiętam jedną niesamowitą teorię jaką wymyśliłam z kolegą pewnego przeciętnego wieczoru na akademiku. Zastanawialiśmy się dlaczego niektórzy ludzie nie potrafią słuchać. Dlaczego my sami nie potrafimy się nieraz skupić na tym co ktoś do nas mówi, dlaczego uciekamy myślami i bujamy nimi nie wiadomo gdzie, by się przebudzić w zakłopotaniu - o co on się mnie właśnie zapytał?! Doszliśmy do pewnego wniosku. Otóż człowiek w swoim całym zapracowaniu, zabieganiu i życiu codziennym rzadko znajduje czas tylko dla siebie... zwykle sami tylko zasypiamy, a czasami nawet nie. Kręcimy się wśród wielu głosów wyłapując te co nas interesują. A co z naszymi myślami? Pojawiają się i znikają. Nie mamy czasu się nad nimi zatrzymać, porozmawiać z samym sobą. Jednak istnieje w nas jakaś wewnętrzna potrzeba poukładania sobie myśli, zrobienia rachunku sumienia przed samym sobą i odnalezienia wśród sterty niepotrzebnych te najistotniejsze. Nasza dusza się tego domaga i przez to wyłączamy się w nietypowych sytuacjach, w sytuacjach, w których nie wypada się wyłączać. Więc jest rozwiązanie - znaleźć trochę czasu dla siebie. Wyciszyć się. Położyć się 10 minut wcześniej i z otwartymi oczami pomyśleć o mijającym dniu. Już nie mówię o modlitwie - każdy nazwie to po swojemu, ważne jest te parę chwil, w których rozmawiam wewnątrz swojej głowy i nikt mi w tym nie przeszkadza. A może to trochę niebezpieczne? Bo przecież niechcący można wymyślić sobie problem, który nie istniałby gdybyśmy nie mieli czasu o nim pomyśleć... No tak, tak może być.
Praca jednak zabiera dzisiaj więcej czasu niż się spodziewałam i udaje mi się pójść na plażę dopiero koło 20. Chwilę spaceruje, odbębniam rozmowy telefoniczne - jakoś nie mam dziś na nie ochoty. Później śledzę aparatem pewną pliszkę i w końcu docieram na piach. Nie jest to łatwe, coś ostatnio poziom wody się podniósł i trzeba uważać na śliskie kamienie. Sprawdzam ręką za ile będzie zachód słońca. Przypominam sobie kto mi pokazał jak to się robi. Udawałam wtedy, że nie wiem jak, a tak naprawdę widziałam już to wcześniej na jednym z filmów, które (o dziwo) pamiętam. Kłamstwo w dobrej wierze się nie liczy, było fajnie.
Fotografuje swoje wiatraki. Moje wiatraki... mój zachód słońca, moja plaża i mój kawałek morza. Będzie mi ich wszystkich brakować.
Bawię się piaskiem, jest trochę mokry. Zaczynam coś rzeźbić, ale nic moja wyobraźnia mi nie podsuwa i wychodzi z tego wszystkiego żółw z zapadniętą skorupą i krzywy uśmiech. Wszystko jak zwykle ma dla mnie znaczenie.
Spokojne morze. Bardzo spokojne fale i piana morska.
Słońce zachodzi i mrok nie zapada.
Wino jest bardzo dobre.
A księżyc dzisiaj duzieje.
środa, 24 czerwca 2015
Jest piękno w tym smutku
Człowiek idzie drogą i dopiero gdy wzrok jego przykuje tabliczka "pojemnik na odpady wyłącznie z cmentarza" podnosi głowę i stwierdza - wow, tutaj jest cmentarz... i zawsze tutaj był?! Tak, był. Tak jak dużo rzeczy, które mijamy co dzień i jak dużo rzeczy, na które nie zwracamy uwagi w naszym życiu. Omijamy miejsca, w których powinniśmy postać dłużej, by kroczyć wciąż po gruzowisku naszych codzienności. Lecimy jak ptaki na wietrze - niby trzymamy wciąż jeden kierunek, ale bez mocnego punktu podparcia, bez punktu odniesienia wiatr robi z nami co chce. Wydaje się nam, że kierujemy naszym życiem, kiedy to ono kieruje nami. A może by tak złapać za jakąś linę i nie dać się zepchnąć na drugi tor... na tor, po którym bez zastanowienia możemy szybować, na tor, który nigdy nas nie zaspokoi, ale będzie bezpieczny i łatwy. Czy tego chcemy? Czy chcemy spełniać swoje marzenia czy tylko mówić o nich?
Mówią, że człowiek dostaje tylko to... o co jest w stanie poprosić.
Odwagi.
Mówią, że człowiek dostaje tylko to... o co jest w stanie poprosić.
Odwagi.
poniedziałek, 22 czerwca 2015
pause
Jak zatrzymać to uczucie? Uczucie kiedy jest się pewnym, kiedy się uświadamia sobie, że da się radę i wszystko może być piękne, kiedy nagle widzimy, że problemy nie muszą być przeszkodą do życia pełnią życia. Moment, w którym uśmiechamy się do siebie i postanawiamy być szczęśliwymi mimo wszystko. Chwilę, gdy zapominamy, że cały poprzedni wieczór myśleliśmy zupełnie inaczej i mamy całkiem nowy, świeży, dobry plan na dalszą część życia. Czemu to uczucie trwa tak krótko? Jak je zatrzymać?
czwartek, 11 czerwca 2015
Słońce trochę za bardzo razi w oczy
Postanawiam cieszyć się z małych rzeczy.
Jak słyszę jak długoletnia żona mówi do swojego równie długoletniego męża "Jesteś wspaniały!", tylko dlatego, że nie zapomniał kupić maślanki tak jak go prosiła, serce mi się otwiera. I chcę żeby otwarte pozostało. Czemu boimy się dawać sobie nawzajem odrobinę ciepła skoro to nic nie kosztuje?
Postanawiam cieszyć się, tak po prostu. Wiem, że to postanawiam co jakiś czas i kończy się na tym, że o tym zapominam... do momentu aż znowu sobie to postanowię. Ale na tym właśnie polega życie, na wzlotach i upadkach, na zadumie i euforii. Kontrasty, kolory, cienie... Chciałabym, by wszyscy dostrzegali radość z drobnych sukcesów. Dzisiaj miałam problem w kuchni - przez ułamek sekundy zastanowiłam się czy wlewać całą śmietanę do zupy, czy trochę zostawić, po czym zamykając lodówkę uderzyłam otwartym opakowaniem śmietany o drzwi i połowa połowy jej zawartości rozchlapała się oznaczając kawałek stołu, dolną część lodówki, podłogę i moją prawą nogę. Ubawiłam się. Mój problem rozwiązał się sam! Pięknie!
____________________
08.06.
Kiedyś zamiast "fatamorgana" mówiłam "chata Morgana" i co gorsze - naprawdę myślałam, że to o jego chatę chodzi. Przypomniałam to sobie dzisiaj jadąc do Falluden. Zobaczyłam krowy na tle morza i aż musiałam się zatrzymać, by zrobić parę zdjęć. W końcu niecodziennie widzi się krowy nad morzem. Przybliżyłam więc moim super-zoomem to zjawisko i zobaczyłam w obiektywie jak wiruje gęste powietrze i rozmywa obraz. Skojarzyłam to z moją chatą Morgana choć wiadomo było, że krowy są prawdziwe i statek na morzu też. Chociaż... kto wie, może to wszystko to jakaś iluzja?
Ostatnimi dniami było bardzo dużo roboty i nawet nie brałam aparatu do lasu, a na wirowanie krwi tym bardziej. Rano szybciutko robię ostatnie "młode" gniazda sama, po czym dołączam się do Szymona i do wieczora jeździmy na dni 14te. W Ranarve jest pisklę z kikutem bez stopy. Musiałam założyć obrączkę na prawą nóżkę, przykre. Ciekawe czy sobie poradzi po wyfrunięciu z gniazda? Czy będzie siedział na gałęzi na jednej nodze? Czy tak się da?! Na szczęście to pojedynczy przypadek, ale przeżywam to bardzo.
Inne pisklęta zdają się być szczęśliwe...
____________________
W nagrodę za nowe postanowienie cieszenia się małymi rzeczami kupiłam sobie dwie buteleczki małych soków 100-procentowych, każdy na jeden dzień. I postanowiłam za dwa dni kupić dwa kolejne.
Jak słyszę jak długoletnia żona mówi do swojego równie długoletniego męża "Jesteś wspaniały!", tylko dlatego, że nie zapomniał kupić maślanki tak jak go prosiła, serce mi się otwiera. I chcę żeby otwarte pozostało. Czemu boimy się dawać sobie nawzajem odrobinę ciepła skoro to nic nie kosztuje?
Postanawiam cieszyć się, tak po prostu. Wiem, że to postanawiam co jakiś czas i kończy się na tym, że o tym zapominam... do momentu aż znowu sobie to postanowię. Ale na tym właśnie polega życie, na wzlotach i upadkach, na zadumie i euforii. Kontrasty, kolory, cienie... Chciałabym, by wszyscy dostrzegali radość z drobnych sukcesów. Dzisiaj miałam problem w kuchni - przez ułamek sekundy zastanowiłam się czy wlewać całą śmietanę do zupy, czy trochę zostawić, po czym zamykając lodówkę uderzyłam otwartym opakowaniem śmietany o drzwi i połowa połowy jej zawartości rozchlapała się oznaczając kawałek stołu, dolną część lodówki, podłogę i moją prawą nogę. Ubawiłam się. Mój problem rozwiązał się sam! Pięknie!
____________________
08.06.
Kiedyś zamiast "fatamorgana" mówiłam "chata Morgana" i co gorsze - naprawdę myślałam, że to o jego chatę chodzi. Przypomniałam to sobie dzisiaj jadąc do Falluden. Zobaczyłam krowy na tle morza i aż musiałam się zatrzymać, by zrobić parę zdjęć. W końcu niecodziennie widzi się krowy nad morzem. Przybliżyłam więc moim super-zoomem to zjawisko i zobaczyłam w obiektywie jak wiruje gęste powietrze i rozmywa obraz. Skojarzyłam to z moją chatą Morgana choć wiadomo było, że krowy są prawdziwe i statek na morzu też. Chociaż... kto wie, może to wszystko to jakaś iluzja?
Ostatnimi dniami było bardzo dużo roboty i nawet nie brałam aparatu do lasu, a na wirowanie krwi tym bardziej. Rano szybciutko robię ostatnie "młode" gniazda sama, po czym dołączam się do Szymona i do wieczora jeździmy na dni 14te. W Ranarve jest pisklę z kikutem bez stopy. Musiałam założyć obrączkę na prawą nóżkę, przykre. Ciekawe czy sobie poradzi po wyfrunięciu z gniazda? Czy będzie siedział na gałęzi na jednej nodze? Czy tak się da?! Na szczęście to pojedynczy przypadek, ale przeżywam to bardzo.
Inne pisklęta zdają się być szczęśliwe...
____________________
W nagrodę za nowe postanowienie cieszenia się małymi rzeczami kupiłam sobie dwie buteleczki małych soków 100-procentowych, każdy na jeden dzień. I postanowiłam za dwa dni kupić dwa kolejne.
wtorek, 9 czerwca 2015
TUBA
03.06.
Troszkę schodzi pracy przy tych maluszkach... niby jadę zrobić tylko parę gniazd, a się okazuje, że przyjeżdżam po paru godzinach - nic dziwnego, jak w jednym potrafi być do 15 piskląt! A skąd ich tyle? Może się tak zdarzyć, że lęg będzie taki duży naturalnie, choć zważając na to, że nie wszystkie jajka się wykluwają - bardzo rzadko. Większość jednak powiększonych lęgów to zasługa naszej Asi. Asia prowadzi tutaj swój projekt i bada wpływ lęgów na aktywność modraszek... czy coś w tym stylu. W każdym razie stworzyła dużą i przeźroczystą tubę z folii typu stretch i paru plastikowych rurek. Tuba jest szczelna i ma otwór na dole. Cały proces jej badań wygląda zgoła zabawnie - jak już złapie dorosłego samca lub samiczkę to wpuszcza takową do tej tuby, ustawiając ją wcześniej pionowo i nagrywając całe to zdarzenie cyfrówką. Co potem? Ogląda taki filmik i liczy modraszkową szybkość przefrunięcia z dołu na górę licząc klatki filmowe... Robi to przed lęgiem i już po wielodniowym karmieniu młodych. Zależności, zależności - słowo klucz w nauce. Czy to ma jakiś większy sens? Na pewno... ale nie aż taki bym chciała się temu poświęcić. Swoją drogą, przekomicznie wygląda ta tuba przywiązana w bagażniku Asi samochodu i Szwedzi patrzący na nią przejeżdżającą z lasu do lasu. Asia chce sobie wymienić samochód na dłuższy, bo to trochę uciążliwe ciągle wiązać sprzęt przed wyjazdem w teren. Ale co to ja mówiłam...? Acha. Asia zwiększa i zmniejsza lęgi, właśnie po to, by te zależności były bardziej widoczne. A ja spędzam dzięki temu pół godziny przy jednym 14-dniowym gnieździe. Mienią mi się w oczach. Muszę uważać, by żadne nie uciekło i żeby wszystkie "obrobić".
Śmieszne są pojedyncze gęsi, które fruną za kluczem tak, jakby się spóźniły na godzinę odlotu. Naprawdę, przekomiczne.
Truskawki są już do kupienia w ICA, ponoć w Szwecji są jedne z pyszniejszych - wiadomo, dłuugi dzień mają by dojrzeć i zrobić się słodziutkie. Tylko czemu są takie drogie?! No nic, czasem trzeba sobie pozwolić na odrobinę luksusu i przyjemności. Wydaje korony na truskawki, nie wspomnę ile, ale pewnie jeszcze tę czynność powtórzę. Mniam!
Troszkę schodzi pracy przy tych maluszkach... niby jadę zrobić tylko parę gniazd, a się okazuje, że przyjeżdżam po paru godzinach - nic dziwnego, jak w jednym potrafi być do 15 piskląt! A skąd ich tyle? Może się tak zdarzyć, że lęg będzie taki duży naturalnie, choć zważając na to, że nie wszystkie jajka się wykluwają - bardzo rzadko. Większość jednak powiększonych lęgów to zasługa naszej Asi. Asia prowadzi tutaj swój projekt i bada wpływ lęgów na aktywność modraszek... czy coś w tym stylu. W każdym razie stworzyła dużą i przeźroczystą tubę z folii typu stretch i paru plastikowych rurek. Tuba jest szczelna i ma otwór na dole. Cały proces jej badań wygląda zgoła zabawnie - jak już złapie dorosłego samca lub samiczkę to wpuszcza takową do tej tuby, ustawiając ją wcześniej pionowo i nagrywając całe to zdarzenie cyfrówką. Co potem? Ogląda taki filmik i liczy modraszkową szybkość przefrunięcia z dołu na górę licząc klatki filmowe... Robi to przed lęgiem i już po wielodniowym karmieniu młodych. Zależności, zależności - słowo klucz w nauce. Czy to ma jakiś większy sens? Na pewno... ale nie aż taki bym chciała się temu poświęcić. Swoją drogą, przekomicznie wygląda ta tuba przywiązana w bagażniku Asi samochodu i Szwedzi patrzący na nią przejeżdżającą z lasu do lasu. Asia chce sobie wymienić samochód na dłuższy, bo to trochę uciążliwe ciągle wiązać sprzęt przed wyjazdem w teren. Ale co to ja mówiłam...? Acha. Asia zwiększa i zmniejsza lęgi, właśnie po to, by te zależności były bardziej widoczne. A ja spędzam dzięki temu pół godziny przy jednym 14-dniowym gnieździe. Mienią mi się w oczach. Muszę uważać, by żadne nie uciekło i żeby wszystkie "obrobić".
Śmieszne są pojedyncze gęsi, które fruną za kluczem tak, jakby się spóźniły na godzinę odlotu. Naprawdę, przekomiczne.
Truskawki są już do kupienia w ICA, ponoć w Szwecji są jedne z pyszniejszych - wiadomo, dłuugi dzień mają by dojrzeć i zrobić się słodziutkie. Tylko czemu są takie drogie?! No nic, czasem trzeba sobie pozwolić na odrobinę luksusu i przyjemności. Wydaje korony na truskawki, nie wspomnę ile, ale pewnie jeszcze tę czynność powtórzę. Mniam!
Dzisiaj nie myślę. Jem truskawki.
piątek, 29 maja 2015
poniedziałek, 25 maja 2015
w beczkę albo wcale
06.2014
Jedziemy wirować krew. Dosłownie - wkłada się próbki krwi do takiej podręcznej wirówki, wyciąga po 3-5 minutach i oddziela pipetą plazmę od reszty. Plazma oddziela się na skutek... nie, nie, nie zamierzam tutaj definiować coś, na czym się nie znam. Poczytajcie na wikipedii. Na nowe pojemniczki z plazmą naklejamy kawałek taśmy, na której piszemy datę i inne konieczne do identyfikacji informacje. To tyle z poważnych tematów w tym poście...
Po zrobionych powierzchniach jemy obfity lub mniej obfity posiłek, pijemy kawusię z mleczkiem waniliowym (czemu go nie ma w Polsce?) i zbieramy się do wyjścia - na wirowanie. Wirówka jest u Kevina, w domu gdzie jeździ się też do pralki, w Burgsvik. Szymek zawsze jak jedzie robić pranie zabiera moje brudy - to już chyba przyjaźń, skoro nie brzydzi się moich brudnych skarpetek i majtek? Czasem mu za to rozwieszę już czyste gacie na sznurku, ale wcale tego nie oczekuje, dobry człowiek. No więc jedziemy do tych Francuzów. Wjeżdżamy na podwórko, na którym już stoi trochę samochodów, miejsce jednak się znajduje. Podjeżdżamy przodem do metalowej beczki, zaglądam do przedniej szyby z ciekawości, czy Szymon w nią stuknie. Nie stuknął - popatrzyłam na niego z rozczarowaniem. Szymon zrobił szymonową minę z cyklu "ja nie wjadę?", zapalił jeszcze raz samochód i podjechał 5 cm bliżej, co wystarczyło żeby beczka na chwilę straciła równowagę, zakołysała się i stanęła znowu w pionie. Było to tak pozbawione jakiejkolwiek logiki, że nie mogliśmy się opanować ze śmiechu. Po uspokojeniu się weszliśmy do Kevina. Hi everyone! Minęliśmy jedno pomieszczenie, w którym byli skośnoocy i przeszliśmy do pokoju z wirówką. Usiedliśmy przy stoliku i podzielili się robotą, by ta sprawnie szła. Tym razem nie mieliśmy dużo do wirowania, ale z każdym dniem miało być coraz więcej. Zza ściany dało się słyszeć chińskie rozmowy, nie było łatwo się nie śmiać, kto wymyślił chiński język? Ni to ładne ni podobne do czegokolwiek. Krew odwirowana, wracamy więc do samochodu i odjeżdżamy. Szymek wrzuca kierunkowskaz w prawo - gdzie jedziesz? - pytam zdziwiona, bo bliższa droga do domku jest na lewo. Otóż musimy zahaczyć jeszcze o drugi francuski dom, w którym jest duża lodówka przygotowana właśnie na takie okazje, jak przechowywanie próbek krwi. Skręcamy więc z impetem na prawo i za parędziesiąt metrów znów ostro w prawo, gdzie znajduje się wjazd na podwórko. Nie koloryzuje ani trochę używając słowa "impet", Szymek lubi właśnie tak jeździć. Jednocześnie w tym impecie jest tyle chaosu, że samochód na podwórku zaczyna wariować, krztusi się i gaśnie. Cała ta sytuacja wygląda komicznie, nie powinnam się śmiać, ale no... nie dam rady. Jak Ty to w ogóle zrobiłeś? Pytam, a on tylko się śmieje, bierze przenośną lodówkę i idzie z nią do piwniczki. Co za człowiek! Daję głośniej radio i czekam. Wraca, nadal uśmiechnięty. Piękną mamy dzisiaj pogodę, więc po co się smucić? Szymon wsiada za kierownicę i cofa... z impetem. To było fajne! Aż się koła lekko wkopały w trawnik. Jedziemy w stronę domku. Trasa prowadzi z południa na północ, a potem zakręca na zachód. Jadąc na zachód zjeżdżamy delikatnie z górki, a na horyzoncie widzimy morze. Jeśli by nie skręcać na ostatnim skrzyżowaniu dróg i rozpędzić maksymalnie samochód, może by udało się do niego dolecieć? Rozmawiamy o tym zbliżając się do rozjazdu... Szymek udaje, że przyśpiesza... a może jednak nie udaje? Przestań - panikuje i wbijam się głębiej w fotel. A on znowu się śmieje. Tym razem nie wjeżdżamy do morza, kiedy indziej. Zjeżdżamy na naszą dojazdową drogę gruntową. Tego dnia dowiedzieliśmy się od właścicielki tych gruntów, że prosi nas, by jeździć po niej maksymalnie 20 km/h, bo jej rozjeżdżamy drogę. Trochę z tego szydzimy. Przypominam Szymonowi, że ma zachować spokój, bo rozjeżdża drogę. Posłusznie wrzuca pierwszy bieg i zsuwa nogę z gazu. Jedziemy więc najwolniej jak się da. Jedziemy tak wolno, że odsuwam szybę i podziwiam mrówki na podjeździe. Robimy głośniej radio i wystawiamy tzw. zimne łokcie. Jest pełen chillout, w końcu dzień po pracy, nigdzie nam się nie śpieszy. Po 5 minutach 100 metrowej drogi jesteśmy na miejscu. Szymek parkuje samochód w swoim miejscu, które sobie zajął już na początku, przodem do przedniej ściany domku. Zawsze mam wrażenie, że wjedzie nam na chatę i przy ostatnim metrze "hamuję" razem z nim rękoma. Ten mój strach go cieszy, ale dzisiaj chyba wszystko go cieszy. Mnie zresztą też. To był dobry dzień. I przede wszystkim - wesoły.
_________________
Jedziemy na drugi dzień wirować krew. Podjeżdżamy pod beczkę, uderzając ją delikatnie i snując teorię o równowadze świata związanej bezpośrednio z uderzeniem w beczkę. Po wyjeździe z podwórka Kevina pytam "dokąd jedziemy?" i sama sobie odpowiadam. Do francuzów wjeżdżamy tak, by silnik kaszlnął przynajmniej trzy razy. Wyjeżdżamy cofając jak sportowa bryka. Na ostatnim skrzyżowaniu Szymon udaje, że wjeżdża do morza. Podjazd do domku wykonujemy na jedynce bez gazu, z głośną muzyką. Hamuje rękoma, gdy Szymon "wjeżdża w dom".
Wszystko wydaje się takie oczywiste.
Na trzeci i czwarty dzień nic się nie zmienia. Nasze dziwne zwyczaje stają się normą.
Na piąty dzień jedziemy wirować krew - kiedy zajeżdżamy pod dom Kevina stajemy osłupiali. Miejsce przy beczce jest zajęte przez inny samochód. I co teraz będzie? Zaczynamy się denerwować, przecież nie możemy nie-uderzyć-w-beczkę. Cała tradycja legnie w gruzach! Szymon zajeżdża obok, patrzę co robi - a on, delikatnie w ostatniej chwili skręca kierownicę i podjeżdża ukosem do naszej beczki, dotyka ją i odjeżdża... Nie wierzę własnym oczom. Z jednej strony czuję ulgę - świat się nie zawali, równowaga będzie zachowana. Z drugiej uświadamiam sobie ile w tym wszystkim co robimy jest parodii. Czy my jesteśmy normalni? Czy to, że nie, to coś złego? I tak całkiem serio - kto by się tym wszystkim przejmował?
Kolejnego dnia napotykamy na inną przeszkodę. Miejsce przy domku jest zajęte przez samochód Asi! Co ona sobie myśli? Na chwilę zapominam o ostatnim aspekcie naszej tradycji, jakoś to przeżyję. Szymek jednak nie daje za wygraną i niebezpiecznie zbliża się do sąsiedniego domku. Przeraża mnie to i hamuję rękoma. Patrzę na niego, a on mówi tylko "no co? musiałem".
Jedziemy wirować krew. Dosłownie - wkłada się próbki krwi do takiej podręcznej wirówki, wyciąga po 3-5 minutach i oddziela pipetą plazmę od reszty. Plazma oddziela się na skutek... nie, nie, nie zamierzam tutaj definiować coś, na czym się nie znam. Poczytajcie na wikipedii. Na nowe pojemniczki z plazmą naklejamy kawałek taśmy, na której piszemy datę i inne konieczne do identyfikacji informacje. To tyle z poważnych tematów w tym poście...
Po zrobionych powierzchniach jemy obfity lub mniej obfity posiłek, pijemy kawusię z mleczkiem waniliowym (czemu go nie ma w Polsce?) i zbieramy się do wyjścia - na wirowanie. Wirówka jest u Kevina, w domu gdzie jeździ się też do pralki, w Burgsvik. Szymek zawsze jak jedzie robić pranie zabiera moje brudy - to już chyba przyjaźń, skoro nie brzydzi się moich brudnych skarpetek i majtek? Czasem mu za to rozwieszę już czyste gacie na sznurku, ale wcale tego nie oczekuje, dobry człowiek. No więc jedziemy do tych Francuzów. Wjeżdżamy na podwórko, na którym już stoi trochę samochodów, miejsce jednak się znajduje. Podjeżdżamy przodem do metalowej beczki, zaglądam do przedniej szyby z ciekawości, czy Szymon w nią stuknie. Nie stuknął - popatrzyłam na niego z rozczarowaniem. Szymon zrobił szymonową minę z cyklu "ja nie wjadę?", zapalił jeszcze raz samochód i podjechał 5 cm bliżej, co wystarczyło żeby beczka na chwilę straciła równowagę, zakołysała się i stanęła znowu w pionie. Było to tak pozbawione jakiejkolwiek logiki, że nie mogliśmy się opanować ze śmiechu. Po uspokojeniu się weszliśmy do Kevina. Hi everyone! Minęliśmy jedno pomieszczenie, w którym byli skośnoocy i przeszliśmy do pokoju z wirówką. Usiedliśmy przy stoliku i podzielili się robotą, by ta sprawnie szła. Tym razem nie mieliśmy dużo do wirowania, ale z każdym dniem miało być coraz więcej. Zza ściany dało się słyszeć chińskie rozmowy, nie było łatwo się nie śmiać, kto wymyślił chiński język? Ni to ładne ni podobne do czegokolwiek. Krew odwirowana, wracamy więc do samochodu i odjeżdżamy. Szymek wrzuca kierunkowskaz w prawo - gdzie jedziesz? - pytam zdziwiona, bo bliższa droga do domku jest na lewo. Otóż musimy zahaczyć jeszcze o drugi francuski dom, w którym jest duża lodówka przygotowana właśnie na takie okazje, jak przechowywanie próbek krwi. Skręcamy więc z impetem na prawo i za parędziesiąt metrów znów ostro w prawo, gdzie znajduje się wjazd na podwórko. Nie koloryzuje ani trochę używając słowa "impet", Szymek lubi właśnie tak jeździć. Jednocześnie w tym impecie jest tyle chaosu, że samochód na podwórku zaczyna wariować, krztusi się i gaśnie. Cała ta sytuacja wygląda komicznie, nie powinnam się śmiać, ale no... nie dam rady. Jak Ty to w ogóle zrobiłeś? Pytam, a on tylko się śmieje, bierze przenośną lodówkę i idzie z nią do piwniczki. Co za człowiek! Daję głośniej radio i czekam. Wraca, nadal uśmiechnięty. Piękną mamy dzisiaj pogodę, więc po co się smucić? Szymon wsiada za kierownicę i cofa... z impetem. To było fajne! Aż się koła lekko wkopały w trawnik. Jedziemy w stronę domku. Trasa prowadzi z południa na północ, a potem zakręca na zachód. Jadąc na zachód zjeżdżamy delikatnie z górki, a na horyzoncie widzimy morze. Jeśli by nie skręcać na ostatnim skrzyżowaniu dróg i rozpędzić maksymalnie samochód, może by udało się do niego dolecieć? Rozmawiamy o tym zbliżając się do rozjazdu... Szymek udaje, że przyśpiesza... a może jednak nie udaje? Przestań - panikuje i wbijam się głębiej w fotel. A on znowu się śmieje. Tym razem nie wjeżdżamy do morza, kiedy indziej. Zjeżdżamy na naszą dojazdową drogę gruntową. Tego dnia dowiedzieliśmy się od właścicielki tych gruntów, że prosi nas, by jeździć po niej maksymalnie 20 km/h, bo jej rozjeżdżamy drogę. Trochę z tego szydzimy. Przypominam Szymonowi, że ma zachować spokój, bo rozjeżdża drogę. Posłusznie wrzuca pierwszy bieg i zsuwa nogę z gazu. Jedziemy więc najwolniej jak się da. Jedziemy tak wolno, że odsuwam szybę i podziwiam mrówki na podjeździe. Robimy głośniej radio i wystawiamy tzw. zimne łokcie. Jest pełen chillout, w końcu dzień po pracy, nigdzie nam się nie śpieszy. Po 5 minutach 100 metrowej drogi jesteśmy na miejscu. Szymek parkuje samochód w swoim miejscu, które sobie zajął już na początku, przodem do przedniej ściany domku. Zawsze mam wrażenie, że wjedzie nam na chatę i przy ostatnim metrze "hamuję" razem z nim rękoma. Ten mój strach go cieszy, ale dzisiaj chyba wszystko go cieszy. Mnie zresztą też. To był dobry dzień. I przede wszystkim - wesoły.
_________________
Jedziemy na drugi dzień wirować krew. Podjeżdżamy pod beczkę, uderzając ją delikatnie i snując teorię o równowadze świata związanej bezpośrednio z uderzeniem w beczkę. Po wyjeździe z podwórka Kevina pytam "dokąd jedziemy?" i sama sobie odpowiadam. Do francuzów wjeżdżamy tak, by silnik kaszlnął przynajmniej trzy razy. Wyjeżdżamy cofając jak sportowa bryka. Na ostatnim skrzyżowaniu Szymon udaje, że wjeżdża do morza. Podjazd do domku wykonujemy na jedynce bez gazu, z głośną muzyką. Hamuje rękoma, gdy Szymon "wjeżdża w dom".
Wszystko wydaje się takie oczywiste.
Na trzeci i czwarty dzień nic się nie zmienia. Nasze dziwne zwyczaje stają się normą.
Na piąty dzień jedziemy wirować krew - kiedy zajeżdżamy pod dom Kevina stajemy osłupiali. Miejsce przy beczce jest zajęte przez inny samochód. I co teraz będzie? Zaczynamy się denerwować, przecież nie możemy nie-uderzyć-w-beczkę. Cała tradycja legnie w gruzach! Szymon zajeżdża obok, patrzę co robi - a on, delikatnie w ostatniej chwili skręca kierownicę i podjeżdża ukosem do naszej beczki, dotyka ją i odjeżdża... Nie wierzę własnym oczom. Z jednej strony czuję ulgę - świat się nie zawali, równowaga będzie zachowana. Z drugiej uświadamiam sobie ile w tym wszystkim co robimy jest parodii. Czy my jesteśmy normalni? Czy to, że nie, to coś złego? I tak całkiem serio - kto by się tym wszystkim przejmował?
Kolejnego dnia napotykamy na inną przeszkodę. Miejsce przy domku jest zajęte przez samochód Asi! Co ona sobie myśli? Na chwilę zapominam o ostatnim aspekcie naszej tradycji, jakoś to przeżyję. Szymek jednak nie daje za wygraną i niebezpiecznie zbliża się do sąsiedniego domku. Przeraża mnie to i hamuję rękoma. Patrzę na niego, a on mówi tylko "no co? musiałem".
środa, 20 maja 2015
BACK AGAIN
I otwieram tę stronę po raz setny i czuję pustkę w głowie. Z jednej strony chcę bardzo coś napisać, a z drugiej czuję, że nie wiem jak zacząć, że nie wiem o czym, że nie chcę, by było tak nijak. Chyba nikt nie lubi uczucia bylejakości. No bo jak już coś robić to całym sobą, całym sercem i do końca! I z tą piękną maksymą w głowie odkładam kolejną rzecz na później...
Mija rok jak przeżyłam swoją przygodę na Gotlandii. Boję się, że jak opiszę już wszystkie dni to przestanę tak często myślami do niej wracać. Może to jest jeden z powodów dla których opóźniam pisanie o ostatnich tygodniach na wyspie? A może po prostu odczucia, które mi wtedy towarzyszyły stały się mi niejako już obce? Nie ukrywam, że można by napisać psychodramat z moich wewnętrznych rozterek towarzyszących mi w ostatnich latach - dobrze, że nikt się nie pokusił rozkroić mi czaszkę. A może to się działo gdzieś indziej? W duszy?
Lubię twierdzić, że wszystko co nieogarnięte moim rozumem dzieje się w duszy. Lubię wierzyć, że skoro tak jest - kiedyś to zrozumiem, bo przecież to moja dusza jest, niczyja inna.
________________
06.2014
Nawet nie wiem jak o tym mam opowiadać. Może powinnam pisać tak, jakbym pisała o czymś co usłyszałam albo coś mi się śniło, by nigdy się nie przyznać, że to wydarzyło się naprawdę i mnie? Ale po co? Chyba każdy ma czasem jakieś mniejsze lub większe dziwactwa. Czy nie? Zauważyłam kiedyś, że niektórzy już mnie kojarzą z dziwnymi zachowaniami. Taki przykład - idę ze znajomymi przez bieszczadzki las, idziemy gęsiego, za mną jeszcze 3 osoby, przed nami zakręt szlaku, milczymy od dłuższego czasu. Na zakręcie, jakby nigdy nic, przytulam się do średniej wielkości buka. Znajomi mijają mnie i idą dalej. Myślę sobie - uwielbiam ich! Nie pytają, nie komentują. Czyli albo uważają, że nie warto, bo nie ma dla mnie już ratunku, albo - co bardziej możliwe - są równie nienormalni. Nie-norma-lni, nie poddani przyjętym normom. Właściwie to nikt nigdy nie ustalił granic niektórych zachowań. Nikt nie kara za podrzucanie jabłkiem na chodniku ani za chodzenie slalomem pomiędzy klombami więc czemu nikt tego nie robi? Bo..."bez sensu". U mnie w słowniku zwrot ten oznacza kpinę, która wyraża chęć zrobienia czegoś pomimo bezsensowności.
A niech to. Opowiem.
Ale nie dzisiaj.
02.06.
Siedzę sobie w swoim pokoju i stwierdzam, że dziś opuszczam zachód słońca. Nie mam sił, nie mam nastroju, po prostu pójdę spać... Zrobiłam sobie kanapki - grzanki na chlebie tostowym. Czasami można dostać tutaj dobry chleb, czy tam bułki, ale są strasznie drogie! Jednak dla smaku prawdziwej bułki, warto wydać te parę koron.
I tak siedzę i rozmyślam. I straszne rzeczy dzieją się w mojej głowie... Może obejrzę jakiś film, by chwilę pożyć cudzymi problemami? Z tą myślą podchodzę do szafy, by przebrać się wcześniej w piżamę. Wzrok mój ucieka za okno. Czemu jest takie żółte niebo?! Co się dzieje? W jednym momencie zmieniam zdanie - ubieram buty, kurtkę, łapię aparat i wybiegam z domku. Marta patrzy na mnie jak na wariatkę, a Szymon pyta co się stało? Odpowiadam, że właśnie nie wiem i idę to sprawdzić. Silny wiatr wyhamowuje moje tempo tuż za drzwiami, ale nie poddaje się i mknę nad brzeg. Kiedy zbliżam się do ściany ostatnich drzew, powoli ukazuje mi się widok zapierający dech w piersiach... Magia chmur, wiatru, fal i zachodu słońca sprawia, że mam dylemat czy wyciągać aparat czy patrzeć na ten cud tylko oczami. Staję na brzegu i patrzę w dal. Uwielbiam znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie - a jeśli sama odkryję takie miejsce i czas - czuję ogromną satysfakcję i zachwyt. Za jakiś czas słyszę znajome głosy - Szymek z Martą zdecydowali się również przyjść, bardzo się cieszę. Wyciągam więc aparat i decyduję, że jednak podzielę się tym widokiem z najbliższymi. Chwila nie trwa długo, słońce znika za horyzontem, a chmury sprawiają, że jest ciemniej niż zwykle, czyli po prostu trochę ciemno. Wiatr przedziera się przez kurtkę, ale nie chce mi się stąd wracać. Moi kompani idą pierwsi. Ja jeszcze zostaję, na chwilę, siadam na kamieniu i się zamyślam... uciekanie od własnych problemów to nie jest rozwiązanie. Trzeba się z nimi zmierzyć.
________________
Uwielbiam je! Nie znam ich, a czuję jakieś głębokie przywiązanie. Dwie dziewczyny, przyjaciółki. Czy to mama i córka? Nie wiem, przypuszczam, że tak. Są wyjątkowe. Mijam po drodze do pracy wielu ludzi, których twarze już kojarzę. Do niektórych mam ochotę powiedzieć "cześć", bo wydaje mi się, że się znamy. Dzieciaki mkną do szkoły z różnych stron. Niektórzy odprowadzają swoje pociechy chociaż te już wyraźnie tego nie potrzebują - nadgorliwi rodzice, którzy ciągną dziecko za rękę, by jak najszybciej się go pozbyć. Niektórzy tylko zatrzymują swoje samochody przy chodniku i czekają przed pasami aż bezpiecznie dziecko przejdzie przez drogę. Jedne dzieci są uśmiechnięte, inne przygnębione. Jest pani, która ubiera swoje dziecko jak małą modelkę, wygląda jak kopia mamy - dwa razy mniejsza. Czasami wydaje mi się, że ta pani ma cieplejszą kurtkę niż jej malutka córeczka. Wielu ludzi zwraca moją uwagę na trasie do pracy, wielu wzbudza jakieś emocje, ale te dwie osoby są naprawdę wyjątkowe. Dziewczynka ma na oko 8-9 lat i zawsze zaplecionego długiego warkocza. Jej mama (chciałabym żeby to była jej mama) ma krótkie kruczoczarne włosy i szczupłą figurę. Nigdy w życiu nie widziałam tak pięknego obrazka jak dziś rano. Zawsze jak je widzę - żywo dyskutują. Zawsze jak je widzę - śmieją się z czegoś w głos. Zawsze idą szybkim krokiem i wydają się nie zauważać nikogo poza swoim szczęśliwym światem. Szczątki rozmów, które dochodzą moich uszu świadczą o tym, że są to rozmowy na głębsze tematy przeplatane żartami. Dziewczynka wydaje się być nad wyraz inteligentna, a jednocześnie zwykłym dzieciakiem, który lubi fakt, że jest dzieckiem. Te dwie dziewczyny dziś rano bawiły się na chodniku w berka! Dorosła kobieta, lat 35+ i jej 8 letnia córka (naprawdę chcę żeby to była jej córka...) bawią się w berka i śmieją, kiedy inni ze spuszczonymi głowami suną do pracy. Długo nie mogłam przestać się uśmiechać kiedy to zobaczyłam. Nie tylko ja, udzielało się wszystkim w pobliżu. Ach, marzenie...
Mija rok jak przeżyłam swoją przygodę na Gotlandii. Boję się, że jak opiszę już wszystkie dni to przestanę tak często myślami do niej wracać. Może to jest jeden z powodów dla których opóźniam pisanie o ostatnich tygodniach na wyspie? A może po prostu odczucia, które mi wtedy towarzyszyły stały się mi niejako już obce? Nie ukrywam, że można by napisać psychodramat z moich wewnętrznych rozterek towarzyszących mi w ostatnich latach - dobrze, że nikt się nie pokusił rozkroić mi czaszkę. A może to się działo gdzieś indziej? W duszy?
Lubię twierdzić, że wszystko co nieogarnięte moim rozumem dzieje się w duszy. Lubię wierzyć, że skoro tak jest - kiedyś to zrozumiem, bo przecież to moja dusza jest, niczyja inna.
________________
06.2014
Nawet nie wiem jak o tym mam opowiadać. Może powinnam pisać tak, jakbym pisała o czymś co usłyszałam albo coś mi się śniło, by nigdy się nie przyznać, że to wydarzyło się naprawdę i mnie? Ale po co? Chyba każdy ma czasem jakieś mniejsze lub większe dziwactwa. Czy nie? Zauważyłam kiedyś, że niektórzy już mnie kojarzą z dziwnymi zachowaniami. Taki przykład - idę ze znajomymi przez bieszczadzki las, idziemy gęsiego, za mną jeszcze 3 osoby, przed nami zakręt szlaku, milczymy od dłuższego czasu. Na zakręcie, jakby nigdy nic, przytulam się do średniej wielkości buka. Znajomi mijają mnie i idą dalej. Myślę sobie - uwielbiam ich! Nie pytają, nie komentują. Czyli albo uważają, że nie warto, bo nie ma dla mnie już ratunku, albo - co bardziej możliwe - są równie nienormalni. Nie-norma-lni, nie poddani przyjętym normom. Właściwie to nikt nigdy nie ustalił granic niektórych zachowań. Nikt nie kara za podrzucanie jabłkiem na chodniku ani za chodzenie slalomem pomiędzy klombami więc czemu nikt tego nie robi? Bo..."bez sensu". U mnie w słowniku zwrot ten oznacza kpinę, która wyraża chęć zrobienia czegoś pomimo bezsensowności.
A niech to. Opowiem.
Ale nie dzisiaj.
02.06.
Siedzę sobie w swoim pokoju i stwierdzam, że dziś opuszczam zachód słońca. Nie mam sił, nie mam nastroju, po prostu pójdę spać... Zrobiłam sobie kanapki - grzanki na chlebie tostowym. Czasami można dostać tutaj dobry chleb, czy tam bułki, ale są strasznie drogie! Jednak dla smaku prawdziwej bułki, warto wydać te parę koron.
I tak siedzę i rozmyślam. I straszne rzeczy dzieją się w mojej głowie... Może obejrzę jakiś film, by chwilę pożyć cudzymi problemami? Z tą myślą podchodzę do szafy, by przebrać się wcześniej w piżamę. Wzrok mój ucieka za okno. Czemu jest takie żółte niebo?! Co się dzieje? W jednym momencie zmieniam zdanie - ubieram buty, kurtkę, łapię aparat i wybiegam z domku. Marta patrzy na mnie jak na wariatkę, a Szymon pyta co się stało? Odpowiadam, że właśnie nie wiem i idę to sprawdzić. Silny wiatr wyhamowuje moje tempo tuż za drzwiami, ale nie poddaje się i mknę nad brzeg. Kiedy zbliżam się do ściany ostatnich drzew, powoli ukazuje mi się widok zapierający dech w piersiach... Magia chmur, wiatru, fal i zachodu słońca sprawia, że mam dylemat czy wyciągać aparat czy patrzeć na ten cud tylko oczami. Staję na brzegu i patrzę w dal. Uwielbiam znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie - a jeśli sama odkryję takie miejsce i czas - czuję ogromną satysfakcję i zachwyt. Za jakiś czas słyszę znajome głosy - Szymek z Martą zdecydowali się również przyjść, bardzo się cieszę. Wyciągam więc aparat i decyduję, że jednak podzielę się tym widokiem z najbliższymi. Chwila nie trwa długo, słońce znika za horyzontem, a chmury sprawiają, że jest ciemniej niż zwykle, czyli po prostu trochę ciemno. Wiatr przedziera się przez kurtkę, ale nie chce mi się stąd wracać. Moi kompani idą pierwsi. Ja jeszcze zostaję, na chwilę, siadam na kamieniu i się zamyślam... uciekanie od własnych problemów to nie jest rozwiązanie. Trzeba się z nimi zmierzyć.
________________
Uwielbiam je! Nie znam ich, a czuję jakieś głębokie przywiązanie. Dwie dziewczyny, przyjaciółki. Czy to mama i córka? Nie wiem, przypuszczam, że tak. Są wyjątkowe. Mijam po drodze do pracy wielu ludzi, których twarze już kojarzę. Do niektórych mam ochotę powiedzieć "cześć", bo wydaje mi się, że się znamy. Dzieciaki mkną do szkoły z różnych stron. Niektórzy odprowadzają swoje pociechy chociaż te już wyraźnie tego nie potrzebują - nadgorliwi rodzice, którzy ciągną dziecko za rękę, by jak najszybciej się go pozbyć. Niektórzy tylko zatrzymują swoje samochody przy chodniku i czekają przed pasami aż bezpiecznie dziecko przejdzie przez drogę. Jedne dzieci są uśmiechnięte, inne przygnębione. Jest pani, która ubiera swoje dziecko jak małą modelkę, wygląda jak kopia mamy - dwa razy mniejsza. Czasami wydaje mi się, że ta pani ma cieplejszą kurtkę niż jej malutka córeczka. Wielu ludzi zwraca moją uwagę na trasie do pracy, wielu wzbudza jakieś emocje, ale te dwie osoby są naprawdę wyjątkowe. Dziewczynka ma na oko 8-9 lat i zawsze zaplecionego długiego warkocza. Jej mama (chciałabym żeby to była jej mama) ma krótkie kruczoczarne włosy i szczupłą figurę. Nigdy w życiu nie widziałam tak pięknego obrazka jak dziś rano. Zawsze jak je widzę - żywo dyskutują. Zawsze jak je widzę - śmieją się z czegoś w głos. Zawsze idą szybkim krokiem i wydają się nie zauważać nikogo poza swoim szczęśliwym światem. Szczątki rozmów, które dochodzą moich uszu świadczą o tym, że są to rozmowy na głębsze tematy przeplatane żartami. Dziewczynka wydaje się być nad wyraz inteligentna, a jednocześnie zwykłym dzieciakiem, który lubi fakt, że jest dzieckiem. Te dwie dziewczyny dziś rano bawiły się na chodniku w berka! Dorosła kobieta, lat 35+ i jej 8 letnia córka (naprawdę chcę żeby to była jej córka...) bawią się w berka i śmieją, kiedy inni ze spuszczonymi głowami suną do pracy. Długo nie mogłam przestać się uśmiechać kiedy to zobaczyłam. Nie tylko ja, udzielało się wszystkim w pobliżu. Ach, marzenie...
piątek, 24 kwietnia 2015
between'
Mam problem z uczuciem nostalgii. Cholerne uczucie blokuje mi możliwość cieszenia się tym co teraz i tu. Czasami wydaje mi się, że lepiej byłoby nie przeżyć tych wszystkich pięknych chwil, które przeżyłam, bo nie miałabym takich punktów odniesienia, do których chciałabym wrócić. A wtedy, po prostu, szło by się do przodu i nie oglądało za siebie. Trochę błędne myślenie, bo tak naprawdę uwielbiam wspominać i opowiadać i móc pisać tego bloga i dzielić się wszystkim tym co się wydarzyło naprawdę! Nie muszę nic dopowiadać, nic koloryzować i nic zmyślać, a i tak mam o czym pisać - niesamowite. I wracam myślami do chwil na wyspie i się uśmiecham do siebie. Ale tu chodzi o coś innego, coś głębszego, coś co tkwi we mnie i nie może się wydostać. Zatrzymałam się gdzieś "pomiędzy". I zaczynam nienawidzić to słowo. Coś we mnie usycha, coś innego się budzi, ale nie potrafię wyrzucić chwastów i podlać to co jeszcze żywe. Albo po prostu się boję. Gdzieś jest blokada i nie znam, jak na razie, żadnego tajemniczego kodu, by ją zdjąć.
Z jednej strony, cieszę się ze swojego skomplikowanego ja. Ciągłe zwroty akcji - pewnego rodzaju adrenalina. Cholera. Jednego dnia wydaje mi się, że mogę góry przenosić - niemal unoszę się na zwykłym miejskim chodniku nie wierząc własnym oczom, że żywopłot już jest zielony... a kolejnego patrzę w niebo i połykam łzy w oczach, bo tak strasznie nie wiem co mam ze sobą zrobić. Zabawnie, prawda? Nie, wcale nie.
_________________
01.06.
A na Gotlandii wszystko płynie swoim rytmem. Jak tak słońce będzie grzało, jak grzeje, to może niedługo wejdę w morze? Muszę wejść! Ciężko będzie popływać, bo strasznie tutaj płytko... ale spróbuję.
Zajeżdżam dzisiaj najpierw do Fide Prastang - prawie najdalej wysuniętej powierzchni, by wracając zrobić resztę. Jestem tutaj o 8 rano. Parking przed lasem wygląda jakby była tutaj niezła imprezka... Zdaje sobie sprawę, że nasza ingerencja w świat dziuplaków wcale nie jest taka bezinwazyjna. Parkuje swojego Dżetę obok innych dżetów i kombi-dżetów, zabieram sprzęt i ruszam - no bo co ja mogę?
Na drodze mijam grupę Francuzów, przygotowujących swój jakiś eksperyment, których ilości już nie ogarniam. Jeden się uśmiecha i oprócz grzecznościowego "hej hej!" pyta "how are you?".
I tak się zastanawiam, ile to razy człowiek odpowiedział, że jest wszystko super, kiedy tak naprawdę nic nie było na swoim miejscu.
Wspominałam, że uwielbiam 14dniowe modraszki? Są najpiękniejszymi stworzeniami na świecie.
_________________
Udawanie jest dla słabych.
Z jednej strony, cieszę się ze swojego skomplikowanego ja. Ciągłe zwroty akcji - pewnego rodzaju adrenalina. Cholera. Jednego dnia wydaje mi się, że mogę góry przenosić - niemal unoszę się na zwykłym miejskim chodniku nie wierząc własnym oczom, że żywopłot już jest zielony... a kolejnego patrzę w niebo i połykam łzy w oczach, bo tak strasznie nie wiem co mam ze sobą zrobić. Zabawnie, prawda? Nie, wcale nie.
_________________
01.06.
A na Gotlandii wszystko płynie swoim rytmem. Jak tak słońce będzie grzało, jak grzeje, to może niedługo wejdę w morze? Muszę wejść! Ciężko będzie popływać, bo strasznie tutaj płytko... ale spróbuję.
Zajeżdżam dzisiaj najpierw do Fide Prastang - prawie najdalej wysuniętej powierzchni, by wracając zrobić resztę. Jestem tutaj o 8 rano. Parking przed lasem wygląda jakby była tutaj niezła imprezka... Zdaje sobie sprawę, że nasza ingerencja w świat dziuplaków wcale nie jest taka bezinwazyjna. Parkuje swojego Dżetę obok innych dżetów i kombi-dżetów, zabieram sprzęt i ruszam - no bo co ja mogę?
Na drodze mijam grupę Francuzów, przygotowujących swój jakiś eksperyment, których ilości już nie ogarniam. Jeden się uśmiecha i oprócz grzecznościowego "hej hej!" pyta "how are you?".
I tak się zastanawiam, ile to razy człowiek odpowiedział, że jest wszystko super, kiedy tak naprawdę nic nie było na swoim miejscu.
Wspominałam, że uwielbiam 14dniowe modraszki? Są najpiękniejszymi stworzeniami na świecie.
_________________
Udawanie jest dla słabych.
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Śrubo(w)kręt
31.05.
W muzeum Larsa można kupić jego obrazy oraz tablice ptasie. Jedna mnie bardzo kusi, ale strasznie droga! Można też kupić maskotki różnych gatunków ptaków z wbudowanym głośniczkiem i nagranym śpiewem. Bardzo fajne, edukacyjne gadżety. Tylko czemu wszystko takie drogie... Obok muzeum znajduje się Naturum, czyli takie muzeum tematyczne o pięknie przyrody danego miejsca. Muzeum działa na wszystkie zmysły - można coś pooglądać, posłuchać, powąchać, dotknąć... tu coś się świeci, tam wibruje. Fajna zabawa, niby dla dzieciaków, ale ciężko mi przejść i wszystkiego nie wypróbować, bo do końca nie wiesz co się stanie gdy naciśniesz któryś guzik!
Dziewczyny są w lekkiej konsternacji kiedy widzą modraszkę "w trumnie". Zwalam wszystko na Szymona, a on nie zaprzecza. I znów wychodzę na normalną, bezpodstawnie.
Piękny dzień więc z pełną energią idę "robić" swoje gniazda. Denerwują mnie te krowy. Mam uraz po tym jak mnie pogoniły nad brzegiem morza w Bjorklundzie. Jak widzę, że gdzieś jest założony pastuch to podnosi mi się ciśnienie. Wypatruje ich uważnie przechodząc przez drut. Rozglądam się dookoła, ale nawet jak ich nie widzę na horyzoncie to wydaje mi się, że się czają za którymś drzewem i zaraz mnie zaczną gonić. Jakaś paranoja! Tym razem widzę je na horyzoncie - wolę widzieć, przynajmniej wiem którędy iść żeby mnie nie widziały. Jednak żeby dojść do budki muszę się nieco zbliżyć. Idę więc bardzo szybkim krokiem, wyciągam pisklęta i czym prędzej biegnę za najbliższego pastucha, by tam na spokojnie usiąść i się nimi zająć. Zastanawiam się tylko co zrobię kiedy podejdą w międzyczasie, jak odłoże pisklęta na miejce? Śmieję się ze swojej głupoty, ale mimo tego zachowuje ostrożność. Czuję się jak w jakiejś strategicznej grze komputerowej...
No więc tak. Jedziemy do tych 14 dni. Rozkładamy siatkę ornitologiczną niedaleko budki, wyciągamy połowę piskląt i czekamy. Jeśli jeszcze rodzice nie zaczęli szaleć, "włączamy" jedno pisklę. Jeśli to nie działa lub złapie się tylko jeden rodzic - zakładamy pułapkę do budki, czyli takie metalowe coś, co się zatrzaskuje i zamyka otwór wejściowy jeśli coś wleci do środka i idziemy do samochodu bądź nieco bliżej, usiąść na trawę. Częściej jednak wracamy do samochodu żeby nie nosić tego wszystkiego co nam jest potrzebne, a dużo tego jest. Szymon musi takiego dorosłego po pierwsze zaobrączkować bądź spisać obrączkę jeśli takowa już na nóżce się lśni. Następnie mierzy mu głowę, skrzydło, nogi, dziób... chyba wszystko co jest możliwe. Potem pobiera krew ze skrzydła, piórko z piersi, piórko ze skrzydła i z ogona... jakaś masakra, no ale jak trzeba. Musi dodatkowo zrobić zdjęcie głowy i piersi ptaka - do jakichś badań nad kolorami i ich właściwościami. No i zważyć. Chyba tyle. Jeszcze czasem z nią rozmawia. Mówi na przykład "A teraz policzę do trzech i cię wypuszczę, a ty rozłożysz skrzydełka i polecisz do gniazda, dobrze? No to uważaj, raz, dwa...". Siedzi przy tym na tylnym siedzeniu samochodu, a wszystkie jego gadżety są rozłożone z tyłu, a raczej rozpieprzone po siedzeniu. Ja siedzę na fotelu pasażera z przodu, odwrócona przodem do oparcia, potrzebne mi rzeczy są poukładane na fotelu kierowcy. A ptaki wiszą sobie w workach nad naszymi głowami. Wyciągam takie 14-dniowe pisklę i jak już przestanę się zachwycać jakie piękne jest w tym dniu i wzruszać, że już je mogę nigdy nie zobaczyć to zabieram się do roboty. Ważę je sobie i mierzę tak zwany skok, czyli jakby odległość od "kolana" po "stopę". Pobieram krew ze skrzydła. Ze skrzydła pobiera się więcej krwi niż z nóżki, raz, że pisklęta są już większe i można, a dwa, że potrzeba odpowiedniej ilości żeby po odwirowaniu plazmy było jej wystarczająco do przewidzianych badań. Tak pobraną krew od razu chowamy do pojemnika, które trzyma chłód. Również muszę pobrać "kępkę" piórek z piersi... nie podoba mi się to w ogóle, ale robię to jak najsprawniej, by czasem nie zabolało. I tak się nie przyzna, jeśli boli... Śmiesznie patrzą się te ptaki, mają taki zabawny wyraz twarzy przez te wciąż nie zniknięte "zajady"... jakby były ciągle obrażone. Uwielbiam je.
Podczas tych wszystkich czynności musimy się z Szymonem dzielić pęsętą i suwmiarką. Kładziemy je więc w "okienku" powstałym pod zagłówkiem oparcia fotelu. Jeśli ktoś nie odłoży go na swoje miejsce, trzeba się upomnieć. Raz się mylę i mówię "Podaj mi śrubokręt" i zaczyna się... Od tej pory inaczej nie potrafimy powiedzieć na suwmiarkę. Po pewnym czasie również pęsęta dostaje drugie imię - skalpel! Zasada podawania sobie wszystkiego jedynie przez okienko w fotelu również zaczyna być nienaruszalna. Jeśli ktoś się pomyli i wyciągnie po coś rękę pomiędzy fotelami, druga osoba patrzy na nią jakby ta właśnie się z choinki urwała. Na szczęście zwykłe "przepraszam" i postanowienie poprawy wystarczy, by zadośćuczynić. Cieszę się, że się tak rozumiemy.
Po takich obrządkach wracamy do domku na obiad. Wspominałam, że ICA ma bardzo dobrą mrożoną pizzę? O wiele lepsza niż niejedna "świeża", którą jadłam. A do pizzy dodajemy taki specyficzny sos, nawet nie jestem pewna z czego on jest, ale takiego smaku nigdy nie jadłam. Nawet nie wiem czy mi smakuje. Jest po prostu dziwny, więc go czasem jem. Ciekawym smakiem jest też mleczko waniliowe, które dodajemy do kawy. Sprawia, że kawa jest cudownie delikatna... i waniliowa.
A później jedziemy do Francuzów odwirować plazmę. Bo tylko oni mają wirówkę. Hmm... może o tym kiedy indziej, wiąże się z tą czynnością kolejna porcja dziwnych zachowań, nie będę się obciążać aż tak - na raz.
Dobrze, że rzadko tutaj odwołują zachód słońca...
_____________________
"Samotni ze sobą nie możemy znaleźć
miejsca i czasu na zadumy chwilę
Uciekamy do nikąd
pod prąd wyobraźni
Zostawiając sny
jak bezbronne motyle..."
W muzeum Larsa można kupić jego obrazy oraz tablice ptasie. Jedna mnie bardzo kusi, ale strasznie droga! Można też kupić maskotki różnych gatunków ptaków z wbudowanym głośniczkiem i nagranym śpiewem. Bardzo fajne, edukacyjne gadżety. Tylko czemu wszystko takie drogie... Obok muzeum znajduje się Naturum, czyli takie muzeum tematyczne o pięknie przyrody danego miejsca. Muzeum działa na wszystkie zmysły - można coś pooglądać, posłuchać, powąchać, dotknąć... tu coś się świeci, tam wibruje. Fajna zabawa, niby dla dzieciaków, ale ciężko mi przejść i wszystkiego nie wypróbować, bo do końca nie wiesz co się stanie gdy naciśniesz któryś guzik!
Dziewczyny są w lekkiej konsternacji kiedy widzą modraszkę "w trumnie". Zwalam wszystko na Szymona, a on nie zaprzecza. I znów wychodzę na normalną, bezpodstawnie.
Piękny dzień więc z pełną energią idę "robić" swoje gniazda. Denerwują mnie te krowy. Mam uraz po tym jak mnie pogoniły nad brzegiem morza w Bjorklundzie. Jak widzę, że gdzieś jest założony pastuch to podnosi mi się ciśnienie. Wypatruje ich uważnie przechodząc przez drut. Rozglądam się dookoła, ale nawet jak ich nie widzę na horyzoncie to wydaje mi się, że się czają za którymś drzewem i zaraz mnie zaczną gonić. Jakaś paranoja! Tym razem widzę je na horyzoncie - wolę widzieć, przynajmniej wiem którędy iść żeby mnie nie widziały. Jednak żeby dojść do budki muszę się nieco zbliżyć. Idę więc bardzo szybkim krokiem, wyciągam pisklęta i czym prędzej biegnę za najbliższego pastucha, by tam na spokojnie usiąść i się nimi zająć. Zastanawiam się tylko co zrobię kiedy podejdą w międzyczasie, jak odłoże pisklęta na miejce? Śmieję się ze swojej głupoty, ale mimo tego zachowuje ostrożność. Czuję się jak w jakiejś strategicznej grze komputerowej...
No więc tak. Jedziemy do tych 14 dni. Rozkładamy siatkę ornitologiczną niedaleko budki, wyciągamy połowę piskląt i czekamy. Jeśli jeszcze rodzice nie zaczęli szaleć, "włączamy" jedno pisklę. Jeśli to nie działa lub złapie się tylko jeden rodzic - zakładamy pułapkę do budki, czyli takie metalowe coś, co się zatrzaskuje i zamyka otwór wejściowy jeśli coś wleci do środka i idziemy do samochodu bądź nieco bliżej, usiąść na trawę. Częściej jednak wracamy do samochodu żeby nie nosić tego wszystkiego co nam jest potrzebne, a dużo tego jest. Szymon musi takiego dorosłego po pierwsze zaobrączkować bądź spisać obrączkę jeśli takowa już na nóżce się lśni. Następnie mierzy mu głowę, skrzydło, nogi, dziób... chyba wszystko co jest możliwe. Potem pobiera krew ze skrzydła, piórko z piersi, piórko ze skrzydła i z ogona... jakaś masakra, no ale jak trzeba. Musi dodatkowo zrobić zdjęcie głowy i piersi ptaka - do jakichś badań nad kolorami i ich właściwościami. No i zważyć. Chyba tyle. Jeszcze czasem z nią rozmawia. Mówi na przykład "A teraz policzę do trzech i cię wypuszczę, a ty rozłożysz skrzydełka i polecisz do gniazda, dobrze? No to uważaj, raz, dwa...". Siedzi przy tym na tylnym siedzeniu samochodu, a wszystkie jego gadżety są rozłożone z tyłu, a raczej rozpieprzone po siedzeniu. Ja siedzę na fotelu pasażera z przodu, odwrócona przodem do oparcia, potrzebne mi rzeczy są poukładane na fotelu kierowcy. A ptaki wiszą sobie w workach nad naszymi głowami. Wyciągam takie 14-dniowe pisklę i jak już przestanę się zachwycać jakie piękne jest w tym dniu i wzruszać, że już je mogę nigdy nie zobaczyć to zabieram się do roboty. Ważę je sobie i mierzę tak zwany skok, czyli jakby odległość od "kolana" po "stopę". Pobieram krew ze skrzydła. Ze skrzydła pobiera się więcej krwi niż z nóżki, raz, że pisklęta są już większe i można, a dwa, że potrzeba odpowiedniej ilości żeby po odwirowaniu plazmy było jej wystarczająco do przewidzianych badań. Tak pobraną krew od razu chowamy do pojemnika, które trzyma chłód. Również muszę pobrać "kępkę" piórek z piersi... nie podoba mi się to w ogóle, ale robię to jak najsprawniej, by czasem nie zabolało. I tak się nie przyzna, jeśli boli... Śmiesznie patrzą się te ptaki, mają taki zabawny wyraz twarzy przez te wciąż nie zniknięte "zajady"... jakby były ciągle obrażone. Uwielbiam je.
Podczas tych wszystkich czynności musimy się z Szymonem dzielić pęsętą i suwmiarką. Kładziemy je więc w "okienku" powstałym pod zagłówkiem oparcia fotelu. Jeśli ktoś nie odłoży go na swoje miejsce, trzeba się upomnieć. Raz się mylę i mówię "Podaj mi śrubokręt" i zaczyna się... Od tej pory inaczej nie potrafimy powiedzieć na suwmiarkę. Po pewnym czasie również pęsęta dostaje drugie imię - skalpel! Zasada podawania sobie wszystkiego jedynie przez okienko w fotelu również zaczyna być nienaruszalna. Jeśli ktoś się pomyli i wyciągnie po coś rękę pomiędzy fotelami, druga osoba patrzy na nią jakby ta właśnie się z choinki urwała. Na szczęście zwykłe "przepraszam" i postanowienie poprawy wystarczy, by zadośćuczynić. Cieszę się, że się tak rozumiemy.
Po takich obrządkach wracamy do domku na obiad. Wspominałam, że ICA ma bardzo dobrą mrożoną pizzę? O wiele lepsza niż niejedna "świeża", którą jadłam. A do pizzy dodajemy taki specyficzny sos, nawet nie jestem pewna z czego on jest, ale takiego smaku nigdy nie jadłam. Nawet nie wiem czy mi smakuje. Jest po prostu dziwny, więc go czasem jem. Ciekawym smakiem jest też mleczko waniliowe, które dodajemy do kawy. Sprawia, że kawa jest cudownie delikatna... i waniliowa.
A później jedziemy do Francuzów odwirować plazmę. Bo tylko oni mają wirówkę. Hmm... może o tym kiedy indziej, wiąże się z tą czynnością kolejna porcja dziwnych zachowań, nie będę się obciążać aż tak - na raz.
Dobrze, że rzadko tutaj odwołują zachód słońca...
_____________________
"Samotni ze sobą nie możemy znaleźć
miejsca i czasu na zadumy chwilę
Uciekamy do nikąd
pod prąd wyobraźni
Zostawiając sny
jak bezbronne motyle..."
Subskrybuj:
Posty (Atom)


