piątek, 17 lipca 2015

przez PALCE

10.06.
Jeszcze tylko półtora tygodnia do powrotu... Dopada mnie myśl, by wykorzystywać czas na wyspie do granic możliwości. Tak, by później nie żałować, że czegoś nie zrobiłam. Chcę jechać na wschód słońca nad morze. Nie jest to problem ze względu na to, że znajdujemy się na odcinku wyspy, gdzie z naszego zachodniego wybrzeża na wschodni jest jakieś 3 km. Problem tylko jest żeby być na tyle nie zmęczonym po pracy i mieć siłę wstać, zebrać się i pojechać w środku nocy... A właściwie z dnia na dzień dnia przybywa i wydaje mi się, że ten wschód słońca traci z każdym dniem sens. Skoro tak naprawdę ciemno się nie robi to czy będzie kolorowa poświata przy wschodzie czy po prostu słońce sobie wyjdzie jakby nigdy nic? Mamy też jechać na lelki, bo na bataliony już za późno... Na początku wydawało się, że na wszystko będzie czas, a potem wpadliśmy w wir pracy i czas ucieka. Ale co to za wir! Uwielbiam go! W ogóle mnie nie męczy ta praca, no może oprócz przykrego faktu wyrzucania zdechniętych piskląt z gniazda, ale na szczęście to rzadkość.

Nie wiem po co tak chce wykorzystywać każdą chwilę, chyba każdy tak ma? Wiem, że mogę tu nigdy nie wrócić. Nie znałam tego miejsca wcześniej i nigdy nie wybrałabym się tutaj gdyby nie ta praca. Raz, że drogo, a dwa, że nawet nie wiedziałam o istnieniu takiej wyspy, a trzy... że nawet mnie nie ciągnie nigdzie dalej niż nasze Karpaty. No może tak trochę na południe, ale niedużo. Więc wywieźli mnie w takie miejsce (w sumie sama się wywiozłam) i chcąc-niechcąc się do niego przywiązałam. Bo jestem sentymentalna i coraz częściej zaczynam uważać, że jest to raczej wada niż zaleta. A jak nie wada to chociaż uciążliwość. Dla mnie.

Póki co jest piękna pogoda i mamy nieco wolnego wieczoru - wyciągam dziewczyny na plażę. Szymon też miał iść, ale ostatecznie powiedział, że zostaje. Bierzemy więc z Asią i Martą po piwku zakupionym wcześniej w System Bolaget, kocyk i idziemy na piach! Już od pierwszych kroków zaczynamy plotkować... co za baby. Ale to przecież nic złego poopowiadać sobie co kto gdzie widział i co o tym myśli... prawda?














Na piasku znów coś układam, wydaje mi się to zwykłym... czymś. Dopiero na zdjęciu zauważam, że moja konstrukcja poprzez układ cieni rzucanych przez zachodzące słońce jest bardzo skomplikowana i nieco nawet zagadkowa.



Skoro dziewczyny są na brzegu - idę spróbować popływać. Jak coś to mnie będą ratować, chyba. A spróbować nie dlatego, że zapomniałam jak to się robi tylko dlatego, że jest tu naprawdę płytko i nie wiem ile muszę iść by móc zanurzyć się chociaż po pas. Idę i idę i ku mojego miłemu zdziwieniu po parudziesięciu metrach zaczyna woda się pogłębiać... albo dno obniżać? Jak kto woli. Ale niestety za wcześnie się cieszę (to też taka moja mała przypadłość, tak apropo), bo okazuje się, że wraz z głębokością wody pojawia się coraz więcej glonów i krasnorostów i dosłownie trzeba się przez nie przedzierać... jak ja mam tu pływać? Mimo wszystko próbuje. Woda mnie unosi, ale te muskające mnie w ciało wodorosty wcale nie sprawiają mi przyjemności... Wracam. Dopływam brzuchem po piasku prawie do samego brzegu i leżę sobie tak jeszcze jakiś czas aż zaczyna mi się robić zimno.


Ta moja przypadłość... Nie lubię tego. Bardzo szybko potrafię popaść w euforię, bardzo szybko zaczynam wierzyć, że coś jest piękne, prawdziwe, dobre, mocne i przede wszystkim niezniszczalne.

Potem mi jest po prostu smutno.

poniedziałek, 6 lipca 2015

.

06.2014

Wychodzę na spacer jeszcze w ciągu dnia. Czuję, że dzisiaj moje uczucia mnie przerastają. Czuję, że mój wyjazd dobiega końca, że plany by pozbierać swoje myśli i wrócić ze świadomością, że wiem czego chcę, legły w gruzach. Nie potrafię. Nie wiem, w którym mam podążać kierunku... czy słuchać serca? Czy warto zaryzykować wszystko? Co, jeśli się nie uda? Co, jeśli się uda?! Wybieram kierunek na moją piaszczystą plażę. Siadam na piasku i patrzę na horyzont. Słońce powoli się zniża do zachodu, ale jeszcze jest dość wysoko. Na plaży leżą malutkie muszelki. Zbieram je i układam na jednej kupce. Może zabiorę trochę na pamiątkę? Ale po co? Przecież to tylko muszelki, postawię je na półce i o nich zapomnę. Będą tylko kolejną rzeczą do przesuwania podczas ścierania kurzy. Oglądam je z każdej strony, każda jest inna. Postanawiam coś z nich ułożyć... może jakiś napis... pierwsza litera przychodzi mi bez zastanowienia, czemu akurat ta? Czy to coś oznacza? Dokańczam wyraz i łzy cisną mi się do oczu. Nie powinnam tego robić, to nie tak... Mimo to fotografuję napis z muszelek na piasku tak, by uchwycić również morze aż po sam horyzont. Szybko zacieram ślady przestępstwa rozwalając muszelki na około. Zaczyna mnie ściskać w sercu. O co chodzi? Czemu blokuje uczucie, które samo wyrywa mi się z piersi? Wstaje i idę w morze. Idę parędziesiąt metrów i wciąż mam wodę po kostki. A gdyby tak pójść dalej i nigdy nie wrócić? Nie mam już sił zadawać sobie pytania bez odpowiedzi. Muszę coś zdecydować, a nie umiem. Siadam na środku wody, parędziesiąt metrów od brzegu i wybucham płaczem. Przez chwilę mam wrażenie, że kręcą jakiś teledysk z moim udziałem - myślę, że byłby dobry i wzruszający. Przerzucam piasek w rękach i daję się ponieść emocjom. Jak się czasem wyleje długo ukrywane łzy to potem robi się lepiej - przynajmniej tak miałam do tej pory. Wylewam więc je i boję się, że nigdy się nie skończą. Jednak w pewnym momencie czuję suchość w oczach i jednocześnie jakąś wewnętrzną siłę. Może sobie jednak z tym poradzę? Może wszystko potoczy się własnym rytmem?

Wstaję i wracam na brzeg. Wciąż nic nie wiem, ale czuję się lepiej.