niedziela, 16 listopada 2014

Jestem tutaj

25-04
Jednak to nie sen. Rozmyślam o tym jeszcze chwilę, a później... czas zmierzyć się z przygodą! Jedziemy na szwedzkie zakupy. Sklep mamy w pobliskim miasteczku Burgsvik, przeurocze, muszę się jak najszybciej tam wybrać na spacer. Tylko co tu się je? Popełniam błąd każdego podróżującego Polaka - przeliczam korony na złotówki i szkoda mi pieniędzy nawet na zwykłe masło do chleba. Właśnie, gdzie jest chleb? Szymek obeznany kupuje dwie pełne siatki produktów, ja wybrałam na początek parę najpotrzebniejszych artykułów, których i tak nie byłam pewna smaku. Myślę, że się rozkręcę.
Pogoda piękna, niebo bezchmurne, chłodna bryza wieje znad morza i przypomina o wczesnej wiośnie. Wczesna wiosna? W Polsce już dawno przekwitły geofity, pojawiły się młode liście na drzewach. A na Gotlandii drzewa wciąż nagie, runo leśne białe od zawilca gajowego, a pod domkiem łan cebulicy dwulistnej.


Zabraliśmy późno w nocy samochody z przystani promowej, musimy więc teraz pojechać w dzień i za nie zapłacić. Już na drugi dzień mam szansę zobaczyć, którędy jechałam "pod osłoną nocy" oraz zwiedzić, jak się później okazało, najbardziej urokliwe miasteczko w jakim kiedykolwiek byłam.
Parę słów o Visby, nieobiektywnych zresztą.
Jest to pięknie zachowane, średniowieczne miasteczko, które jest stolicą Gotlandii, a niegdyś najważniejszym ośrodkiem handlu bałtyckiego. Informacje o miasteczku można znaleźć już z X wieku, pełen rozkwit nastąpił w wieku XII. Visby znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, dlaczego? Może przez to, że zachowało się tam ponad 200(!) średniowiecznych budynków z kamienia, ruiny 23 kościołów i katedra?! Centrum jest otoczone przez mur obronny. A za granicami muru... dech zapiera pierś (czy coś takiego)! Na początek skromnie, bo dostałam jedynie 45 minut na szybki spacer po uliczkach miasta, nie zdążyłam zobaczyć nawet 1/5 z głównych atrakcji, ale obiecałam sobie, że na pewno tutaj jeszcze wrócę! Czas mam.
Jak dobrze mieć czas.


O Visby jeszcze kiedyś wspomnę. Zdziwiło mnie drzewko na środku placu przyozdobione kolorowymi piórkami. Bezguście? Nie, tradycja związana ze świętami Wielkanocnymi. No tak, przecież jeszcze tydzień nie minął od Wielkiej Nocy. A u mnie tyle się zmieniło...
Wracając z Visby zatrzymujemy się we wiosce rybackiej, zachowanej i nieco odtworzonej dla turystów. Z przyzwyczajenia rozglądam się za kasą biletową. Za czymkolwiek, gdzie można uiścić opłatę lub przynajmniej przejść rewizję. Nic takiego nie znajduję. Bramkę do wioski otwiera się samemu, jak również samemu można wszędzie podejść, wszystkiego dotknąć... I nikt nic nie zepsuł? Nikt nie pomalował graffiti? Zaczyna mi się tutaj bardzo podobać.


 
Pierwsza mewa. Pierwsze gęsi. Pierwszy zachód słońca.
Postanawiam cieszyć się każdym z nich.


Dziękuję, że tu jestem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Co myślisz?