niedziela, 28 grudnia 2014

Niespełnienie

Wszystko co działa na nasze zmysły; melodie, zapachy, obrazy, światło lub ciemność, ciepło czy chłód... wszystko ma wpływ na to, że zapamiętujemy miejsce i czas, kojarzymy osoby, wydarzenia z czymś przyjemnym lub wręcz przeciwnie. Jedni czują to bardziej inni mniej. Ja odczuwam to chyba podwójnie, a nieraz i boleśnie. Moje wspomnienia potrafią być takie wyraźne, a sen tak mało różnić się od jawy, że nieraz zastanawiam się co tak naprawdę się zdarzyło, a co sama sobie wymyśliłam i nadałam temu kształt.
Kiedyś potrafiłam nawet sterować swoimi snami, ale robiłam to do takich granic przyzwoitości, że mi się aż znudziło i... samoistnie się oduczyłam. Bo co to za sen jak samemu się ma wpływ na to co się wydarzy? Znudziło mi się nawet latanie we śnie, a potrafiłam i skakać z budynku na budynek, jak również wybić się ponad chmury i szybować...
Próbowałam też się zabić we śnie. Robiłam to tylko dlatego, że naprawdę miałam świadomość tego, że nic mi się nie stanie. Nie da się, samochody cię omijają i zawsze miękko lądujesz...
Próbowałam przekonywać innych do tego, że śnią. To było na początku mojego świadomego śnienia. Zamykałam z kimś oczy na "trzy-czte-ry" i... przenosiliśmy się do innego miejsca zamiast się obudzić. Choć budzić też się umiałam kiedy chcę, kiedy zaczynałam się naprawdę bać czegoś.
Nie mam żadnych nadzwyczajnych zdolności, myślę, że każdy tak potrafi. Nauczyłam się tego sama, po prostu bardzo chciałam i bardzo do tego dążyłam wyobrażając sobie coś intensywnie przed snem i wierząc, że przyśni mi się ciąg dalszy.
Człowiek w ogóle dużo potrafi i dużo może, tylko nie chce się w to wgłębiać, większości z nas wystarcza możliwość rozwoju typowo człowieczego - w sferze pracy, nauki, szczęśliwej rodziny. Cieszę się i zazdroszczę. Na pewno tacy ludzie potrafią łatwo znaleźć szczęście w codziennej monotonii dnia codziennego, w tzw. braku większych problemów. Nie ma problemów - jest dobrze. A co z duszą? Wegetuje uwięziona w szczęśliwym ciele. Nie mówię tu o religijności, choć również, ale przede wszystkim o poznaniu samego siebie i spełnieniu siebie. O dążeniu do tego co nam sprawia satysfakcję, o nieograniczaniu siebie przez "powinnam", "nie potrafię" czy "boję się zmian". Jeśli czujesz, że się dusisz - ściąg pętelkę zanim będzie za późno.

13.05.
Jadę sprawdzić Fide Prastang. Powierzchnia nie jest dużym wyzwaniem - ciągnie się wzdłuż gruntowej drogi, która jednak należy do tych, na które nie wolno nam wjeżdżać... Nie to nie. Idzie się więc tą drogą i co 10-15 m widać udeptane prostopadłe ścieżki ciągnące się przez całą powierzchnię. Wystarczy na takową wejść i na jej wijącej się trasie znajdują się wszystkie budki po kolei. Później przejść na kolejną i kolejną... dość monotonnie, czyżby mi się nie chciało? Pogoda nie dodaje energii. Otwierając w tym znudzonym stanie kolejną budkę, nie spodziewałam się ujrzeć coś takiego...


Nie obudziłam ich. Przesunęłam delikatnie kuferek jednego z nich, który wyszedł poza budkę, aby nie skrzywdzić ich zamykając daszek. Resztę powierzchni przeszłam już uśmiechnięta. Po drodze spotkałam jeszcze legendarne drzewo-dupę oraz obraz, przy którym musiałam przystanąć dłużej... 30 lat badań na wyspie odcisnęło swoje piętno na tutejszej przyrodzie. Cieszę się, że mam w tym swój udział.


Jeszcze jedno zadanie dostałam tego dnia do wykonania. Miałam wymienić daszek w jednej budce, a inną zamienić na całkiem nową ponieważ cała się rozlatywała. Przykręcając nową budkę nie omieszkałam podpisać się z tyłu. Kiedyś może tu wrócę, a jeśli nawet nie, to zostawiam po sobie ślad i tworzę mieszkanko dla wielu sikorzych rodzin w przyszłości... Cudnie.

A wieczorem nie mam ochoty nigdzie wychodzić. Pochmurne niebo nie zapowiada dobrego zachodu słońca, a zimny wiatr nie sprzyja długim spacerom. Tylko co robić z wolnym czasem? Jem kolację, czytam książkę, włączam komputer... Nie, jednak potrzebuję powietrza. Jest mi wyjątkowo dzisiaj źle. Ubieram się ciepło i idę na brzeg. Od początku wiem, gdzie się dzisiaj dłużej zatrzymam. Upatrzyłam sobie to miejsce właśnie na taki wieczór jak dziś. I już wiem, że spędzę tu każdy kolejny, w który mnie przytłoczy smutek. Siadam na krześle, ciekawe kto go postawił tak blisko morza, a tak odseparowane od najbliższych podwórek? Patrzę na dzisiejszy zachód - tylko cienka oświetlona linia nad horyzontem przypomina, że słońce dopiero nie tak dawno zaszło. Pojawiają się bernikle i łabędzie... Pływają tak blisko, jakby moja obecność im w ogóle nie przeszkadzała.


Poczuj to.

sobota, 27 grudnia 2014

Beyond remedy

Otworzyłam pustą stronę i nie wiem co napisać. Wszystko dla mnie ma jakieś głębsze znaczenie.

maj 2014
Nic nie jest takie piękne w tej przygodzie jak się wydaję. Bałagan w mojej głowie sprawia, że gdy patrzę w horyzont nie widzę nic. Mienią mi się przed oczyma delikatne przebłyski moich planów i możliwości, ale są zbyt zamglone wątpliwościami, by dawały mi jakiekolwiek oparcie. Boję się powrotu. Tu jest tak dobrze, tak spokojnie, gdy nie trzeba mierzyć się z rzeczywistością. To wszystko jest jak sen, jak odpoczynek dla duszy, czemu więc do cholery nie położysz się na hamaku i nie zaciśniesz powiek?
Zakładałam, że pobyt na wyspie pomoże mi zebrać szczątki mojej dawnej pewności siebie, więc dlaczego jest coraz gorzej? Dlaczego coś mi podpowiada uciążliwie o nowych potrzebach, o odkryciu prawdziwej siebie. Dlaczego jednocześnie nie chcę tego przyjąć i odrzucam póki zdąży zakiełkować?
Nie potrafię czy nie chcę?

piątek, 26 grudnia 2014

Z wyspy na wyspę

Słyszałam nieraz, że jak się na coś nastawisz, że będzie super to możesz się zawieść, a że jak myślisz, że będzie do dupy - nieraz jest lepiej niż myślałeś. Nie podchodziłam do tego w ten sposób przeklinając te Święta od dwóch tygodni wstecz... A jednak!
Wszystko się pokręciło i nawet jest... przyjemnie, miło? Tak. Jest rodzinnie, ciepło i spokojnie.
I wszystko sobie powoli układam w głowie.

A co słychać na Gotlandii?

12.05
Nastał ten dzień! Już od jakiegoś czasu planowałyśmy z Angeliką, że zrobimy sobie cały dzień wolnego od roboty (jakie to piękne, że tak można!) póki tej roboty jest mało i wybierzemy się na wyspę. Tak, pojedziemy i popłyniemy na wyspę z wyspy! Na nie-byle-jaką! Potrzebowałyśmy całego dnia żeby się wyrobić. Wszyscy poza nami już tam byli, a że taka wycieczka tania nie jest - odpuścili sobie kolejny wypad (320 szwedzkich koron - jeśli dobrze pamiętam, czyli jakieś 150zł). Ale warto! Wstajemy dość wcześnie, choć nie przesadzając, wsiadamy w moją Dżettę i mkniemy do przystani promowej, która znajduje się w miejscowości Klintehamn (jakieś 30-40 minut drogi od nas). Jesteśmy sporo przed czasem, ale lepiej tak niż się spóźnić, kupujemy więc bilety i czekamy z niecierpliwością...


Powoli zbierają się również inni turyści... dwóch Japończyków robi zdjęcia na prawo i lewo, strasznie śmieszni są. Z obawą patrzymy na niebo, które jest pełne chmur. Angelika żartuje "zobaczysz Iwona, nad wyspą będzie dziura w chmurach i specjalnie dla nas będzie tam świecić słońce!". Tak bardzo tego chcemy, że zaczynamy w to wierzyć. Obok jest kawiarnia, ale nie zamawiamy nic, bo aż tyle czasu nie mamy. Na przystani stoi już nasz prom - malutki, ale będzie fajnie! Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i czekamy na jakieś instrukcje z zewnątrz... czy już można wchodzić?!


Chyba nas wołają! Wsiadamy na prom, wyciągamy aparaty... patrzymy się na siebie i już wiemy, że prędko ich nie schowamy. Ciul z brudną szybą - trzeba uwiecznić każdą chwilę!


Naszym oczom najpierw ujawnia się Lilla Karlso - mniejsza wyspa, która jednak nie jest celem naszej podróży. Płyniemy dalej. Jest... to ona... a nad nią? Dziura w chmurach ze słońcem specjalnie dla nas, dziękujemy! Będzie pięknie. Pierwszy widok po stanięciu na lądzie zapiera dech w piersi... Nigdy nie widziałam takiego miejsca, nigdy na żywo.

Stora Karlsö

(Wyspa Karola Większa) 

Leży ok 6 km na zachód od Gotlandii i w całości od 1880 roku jest rezerwatem przyrody (drugim najstarszym, zaraz po Yellowstone obszarem ochrony przyrody!).
Większą część wyspy stanowi wapienny płaskowyż osiągający 52 m n.p.m., który tworzy wysokie i strome klify.



Natomiast główną formacją roślinną jest alwar, typowy dla podłoża wapiennego; zarośla składają się głównie z jałowca, występują małe zagajniki drzew liściastych. Wielogatunkowe łąki ukształtowały się na skutek wypasu owiec na wyspie. 

W 2006 roku obszar wyspy włączono do sieci Natura 2000. Tyle z tak zwanych "suchych faktów".



A tak właściwie to przyjechałyśmy tu dla alek. To o nich słyszałam za każdym razem od Angeliki i to one są jedną z głównych atrakcji wyspy. A co to właściwie takiego? Najprościej będzie porównać te ptaki do pingwinów... takich pingwinów północnej półkuli, tylko, że potrafią latać... no i są mniejsze, smuklejsze i ogólnie ładniejsze. Ale przeciętny człowiek i tak powie, że to taki dziwny pingwin. Na wyspie występuje największa (czy jedna z największych?) kolonii nurzyków i alek, bo około 6-8 tys par! Nie szło ich nie zauważyć. Gniazdują na stromych klifach - stąd ich miłość do tej wysepki.




Zdjęć ze Stora Karlso mam mnóstwo, ale nie zrobię z tego posta fotoalbumu, bo to się mija z celem. 

Na wyspę naszym kursem przyjechało z nami paru Szwedów, dwóch wspomnianych Japończyków i jeszcze jakaś grupka niewiadomego pochodzenia. Na pomoście pokierowano nas w miejsce gdzie mieliśmy dostać kolejne wskazówki. Dostaliśmy w cenie biletu możliwość skorzystania z przewodnika; jeden mówił w języku szwedzkim, drugi w angielskim. Spytane o chęć przewodnika nie umiałyśmy jednoznacznie odpowiedzieć więc powiedziałyśmy, że zdecydujemy później. I zdecydowałyśmy - skoro można zwiedzać samemu, lepiej samemu, zatrzymamy się tam gdzie będziemy chciały, a przede wszystkim nie będzie nam głupio robić 20 zdjęć w jednym miejscu :)
Pani przewodnik nie miała nic przeciwko i nawet pożyczyła nam mapkę i opowiedziała parę ciekawostek na miejscu. W sumie nie dało się zgubić na wyspie, która ma 2,5 km powierzchni, ale należało w miarę rozplanować spacer żeby wrócić na czas - prom odpływa stąd tylko 2 razy dziennie, jeśli byśmy nie odpłynęły musiałybyśmy nocować na wyspie, co raczej jest dość drogie, tak myślę.
Jedyne zabudowanie na wyspie (oprócz kawiarni i muzeum przy przystani) to właśnie hotel dla gości.
Idziemy więc w drugą stronę niż reszta żeby sobie nawzajem nie przeszkadzać. Przechodzimy brzegiem morza, wchodzimy na pomost, obserwujemy pierwsze alki, nurzyki, nurogęsi, edredony i inne piękności. Woda jest tutaj przezroczysta i widać wyraźnie bujne kopce krasnorostów. Następnie droga prowadzi nas jakby trzy piętra wyżej skąd rozpościera się przepiękny widok na strome klify, szerokie łąki i głębie morza. Chwilkę idziemy przez zagajnik, w skale zauważamy dwie samice edredona na gnieździe. Cichutko przechodzimy dalej, by nie przeszkadzać młodej mamie. Niby widać wydeptane ścieżki, ale tworzą one w niektórych miejscach mozaikę przecinając się w dziesięciu miejscach z innymi... tak jakby i tak każdy chodził własną drogą. Więc i my nie obawiamy się konsekwencji idąc własnymi drogami i szukając kolejnego storczyka. W dwóch miejscach można podejść do zabezpieczonego skraju klifu i na własne oczy ujrzeć te tysiące ptaków biesiadujące na skałach... Po jakimś czasie słońce zastępują chmury i przez chwilę granica widocznego horyzontu znajduje się niedaleko nas. Uda nam się więc ujrzeć wyspę w dwóch różnych perspektywach. Udało nam się oczywiście zgubić pomiędzy jałowcami szukając ścieżki, którą szłyśmy na początku. Okazało się po chwili, że zamiast iść dalej to się wracamy - dziwne wydawało się, że mimo tego, że szłyśmy odwrotnie do grupki z przewodnikiem, nagle idziemy w jednym kierunku hmm. Udając, że zrobiłyśmy to specjalnie, zatrzymałyśmy się robiąc zdjęcia. Przewodniczka widząc nas spytała czy widziałyśmy gniazdo edredona i opowiedziała o nim. Poszłyśmy więc dalej, rozdzielając się i zachwycając wszystkim dookoła. Po jakimś czasie znowu okazało się, że spacer własną drogą przez nieznany ląd to nie najlepszy pomysł - nasza trasa skończyła się 20 metrową skarpą, musiałyśmy więc obejść ją dookoła i zejść w miejscu, gdzie każdy normalny człowiek schodzi. Gdy skończyłyśmy nasz obchód, pozostała nam jeszcze godzina czasu do promu powrotnego. Kupujemy sobie pamiątki - przypinki przedstawiające alki z nazwą wyspy i idziemy posiedzieć do kawiarni. Na początku, zaraz po przyjeździe była możliwość zamówienia za około 100 kr obiadu, który miał być gotowy właśnie na tę chwilę. Część podróżujących właśnie zajadała obiady, a my korzystałyśmy z darmowej kawy, herbaty i ciastek, posilając się bułkami zrobionymi jeszcze w domu. Trzeba oszczędzać na inne nasze zachcianki - jest dopiero połowa maja! Strasznie mi dobrze z myślą, że przede mną jeszcze ponad miesiąc na Gotlandii!


Pogoda znowu się poprawiła. Postanowiłyśmy spróbować zostać na pokładzie promu - może nas nie wygonią? Dziwnie patrzył się na nas chłopak, który zamykał za nami bramkę, wyglądałyśmy dość podejrzanie nie wchodząc do środka, a jednocześnie nie siadając na fotelach, które były na zewnątrz. No, ale skoro tam były, to chyba można tu siedzieć? Grzecznie spytałam - can we stay here? Chłopak się uśmiechnął i spytał - where? on the island? Zaczęłyśmy to poważnie rozważać. Czemu, by nie? Ukryć się gdzieś w tych zaroślach, rozłożyć namiot... gorzej jak się zacznie robić zimno, zimy w takim miejscu do łagodnych nie należą.


Po przypłynięciu wsiadamy do samochodu, dzień jeszcze długi, szkoda go już skończyć kiedy tak pięknie się zaczął. Bujamy się najpierw przez centrum Klintehamn zatrzymując się w kościele. Później w drodze do domu zajeżdżamy jeszcze w dwa kolejne miejsca na zachodnim wybrzeżu, by jeszcze raz spojrzeć na Stora i Lilla Karlso. Byłyśmy tam! Niesamowite.


Poszukując czegoś ciekawego w radio odnajdujemy super stację - rockową! Lecą stare i dobre kawałki, zwiększamy głośność na fulla i śpiewamy (drzemy się?). Jesteśmy już w połowie drogi powrotnej, gdy orientujemy się, że byłyśmy blisko miejsca gdzie można było kupić wino! W Szwecji nie jest to takie proste, by dostać alkohol > 3,5% zawartości alkoholu, należy znaleźć jedyną zaopatrującą Szwedów w takie materiały sieć sklepów, która się zwie System Bolaget. Aby tam zakupić towar trzeba dodatkowo mieć ukończone 20 lat. Jest to państwowa sieć sklepów, którą wprowadzono w celu walki z alkoholizmem. Tym samym zakazano sprzedaży alkoholu w każdym innym sklepie. Dodatkowo sklepy te są czynne tylko w ciągu dnia i z wyjątkiem niedziel. Najbliższy Systembolaget był 25 km od naszego miejsca zamieszkania w miejscowości Hemse. Spojrzałyśmy na mapę ustalając, że jeśli z miejsca, w którym się znajdujemy do Hemse mamy mniej niż 10 km to jedziemy z powrotem. Wyszło 15... i tak pojechałyśmy. Zdążyłyśmy na pół godziny przed zamknięciem i zrobiłyśmy zakupy na zapas. A co!


So... can I stay here... forever?

wtorek, 23 grudnia 2014

Adam i Ewa

Jak mnie denerwuje i jednocześnie smuci ta cała komercja związana ze świętami Bożego Narodzenia. Kto w ogóle pamięta, że to pamiątka narodzin Jezusa? Że powinniśmy się niejako narodzić na nowo i my, pozbierać swoje sprawy do kupy, pogodzić się z rodziną, zapomnieć co złe, stać się silniejszymi i zacząć Nowy Rok z głowami podniesionymi do góry i jakimś, przynajmniej drobnym celem w naszych sercach. Święta powinny kojarzyć się z jednością, wybaczaniem, bliskością... a nie z choinką, prezentami, obżartym brzuchem i niekończącym się alkoholem. Kto o tym teraz pamięta? Kto w kolejce do przedświątecznej spowiedzi myśli o postanowieniu poprawy? A kto myśli o tym, czy zdąży zrobić zakupy i wyprać firanki po powrocie? Po czym przy samym konfesjonale na szybko przypomina sobie grzechy, które właściwie zna już na pamięć, nawet ich kolejność się nie zmienia... i tak katolik za katolikiem grzecznie opowiadają księdzu stek bzdur jak to żałują i już nie będą. Nie chcę się więcej rozwodzić na ten temat choć mogłabym długo. No bo do jasnej cholery, po co? Po co wam to wszystko jeśli w to tak naprawdę nie wierzycie? Komu chcecie się przypodobać? Prezenty pod choinką nie są złe - dają radość, nie można odebrać tych wspólnych chwil spędzonych z rodziną, nie o to chodzi. Ale pogubiliśmy się już dawno w tym wszystkim i jest to smutne. I denerwujące.
Bardzo ciężko znaleźć w dzisiejszych czasach kartkę świąteczną z szopką Bożonarodzeniową.

A może by tak być ponad to wszystko? I zachowując wszystkie nasze piękne tradycje nie dać się wplątać w szał konsumpcji? Postarać się znaleźć czas na zadumę, na odnalezienie siebie samego, chwilę dla bliskich? Może jakiś dobry uczynek na święta, taki całkowicie bezinteresowny? Czy stać nas na to? Nie trzeba mieć żadnych pieniędzy, wystarczy wyciągnąć rękę, nadstawić ucho i otworzyć serce. A może ten drobny, dobry gest do nas wróci ze zdwojoną siłą? Myślę, że warto zaryzykować.

11.05
Początkowo nie wiedziałam o co chodzi, ale też nie pytałam. Podobały mi się te tajemnicze rozmowy o Adamie i Ewie. Od początku wyjazdu Ania wspominała, że chciałaby pojechać je zobaczyć, mówiła również, że jeszcze ich nie ma i trzeba trafić na odpowiednią porę. Uznałam to jako ich (osób, które są tutaj recydywistami) kolejny szyfr porozumiewawczy, może jakieś wspomnienie? Niech mają swoje, nie będę natrętna. Okazało się jednak, że jest to nazwa zwyczajowa storczyka Dactylorhiza sambucina, czyli po naszemu kukułka bzowa, kwiaty czerwone na okazach to Adam, a kwiaty żółte to Ewa, występują równie często, razem lub oddzielnie. Mieliśmy jechać w miejsce, gdzie zawsze występują, nieco na północ od nas. Wystarczająco "nieco", by z ładnej, słonecznej pogody, zrobiła się mglista i wietrzna. Podobno teren ten przypomina nieco sawannę... być może, gdy zajeżdżamy na miejsce widoczność spada do 100 m i widać właściwie nic, poza piękną Ewą i przystojnym Adamem i zamgloną latarnią morską. Trochę nawet pada.
W drodze powrotnej zwiedzamy parę kościołów.






Jak wróciliśmy z wycieczki, znowu przywitało nas słońce. Pewnie cały czas było tutaj - na południu wyspy. Trzeba było się dzisiaj nigdzie nie ruszać. Ale skąd możemy wiedzieć czy gdzieś nie jest nam lepiej niż w miejscu, w którym jesteśmy, jeśli tam się nie udamy?




A wieczorem byliśmy zaproszeni na grilla do Francuzów. Wybieramy się w czwórkę - dziewczyny nie chcą jechać... czemu? Później już je rozumiem. Choć fajne doświadczenie siedzieć przy jednym stole, przy którym prowadzi się rozmowy głównie po angielsku, a słychać też francuski i polski, ale nie czułam się tam najswobodniej. Ludzie bardzo życzliwi, uśmiechnięci i otwarci, to we mnie jest problem - ja nie jestem taka "światowa". Wolę widzieć znajome twarze, a przynajmniej by otaczały mnie w większości. Nie żałuje jednak, że pojechałam. Nie dość, że na grillu kolorowo od różnych mięs i warzyw, to i na stole miejsca brakowało żeby postawić kubek; sałatki, przekąski, a na deser owoce + stopiona czekolada... mhmm...


choć czas jak rzeka
jak rzeka płynie
unosząc w przeszłość tamte dni
 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Nie taki diabeł...?

Czasami wyolbrzymiam i nie lubię tego. Z czego to się bierze? Pewnie z tego, że nie potrafię udawać i to co przeżywam - przeżywam naprawdę, uzewnętrzniam i mówię o tym. A gdy się o czymś mówi to staje się to zapamiętane na dłużej i bardziej prawdziwe, niż gdy coś przemilczymy... Działa to więc tak - stwierdzam, że coś jest istotne (choć nie zawsze jest) i zaczynam o tym myśleć. Dzielę się z kimś myślami na ten temat i zaczynamy to wspólnie interpretować. Wszystko co się dzieje w międzyczasie przypisuje do tej jednej (już bardzo istotnej w moim przekonaniu) rzeczy. Nagle zdaje sobie sprawę, że sama zrobiłam z tego ważną rzecz, ale czasu cofnąć się nie da... i brnę dalej. Mała rzecz staje się wielką. Jestem w tym fachowcem. Jakby ktoś potrzebował znaleźć sobie jakiś problem to zapraszam na spotkanie przy kawie - znajdę mu go.
No dobra, znowu przesadzam.
Moja mama jest ogrodniczką z zawodu - może stąd moja umiejętność.

Taka na przykład zwykła historia o szukaniu dojścia do piaszczystej plaży. Jak zaczynałam o tym pisać w ogóle nie myślałam, że skończy się to aż takim podtekstem, drugim dnem, metaforą... jak kto woli. Popłynęłam myślami. Teraz w sumie też - nie wiem czemu pisałam o wyolbrzymianiu w ten sposób. Nie ma to nic wspólnego ze zdjęciami, które obejrzałam z dnia 10.05, kiedy to spędzałam jeden z niewielu pochmurnych wieczorów samotnie (a może raczej sama?) na wyspie, czekając na zachód słońca, który tego dnia mało brakło, by bezczelnie odwołali...

10.05
Na wielu powierzchniach większość budek lęgowych jest już zajętych, ale nadal trzeba sprawdzać czy kolejnych ptaki nie zajmują. Z mapki więc są wykreślane te, w których może już zachodzić inkubacja i z reguły nie powinniśmy tam zaglądać - żeby nie przeszkadzać. Jest dość chłodno, jadę sprawdzić Rudvier West. Byłam tutaj na początku z Szymkiem i to tutaj uczyłam się rozpoznawania gniazd. Dostałam wskazówki, trafiam więc bez większych problemów. Powierzchnia ciągnie się po obu stronach leśnej drogi. Bardzo dziś pochmurno i ciemno. Zaczynam od strony zachodniej i już widzę, że łatwo nie będzie. Położenie niektórych budek średnio pokrywa się z tym na mapie. Będąc pod budką 21 wiem tylko tyle, że 22 powinna być na północny-wschód od niej, że powinnam kierować się wzdłuż granicy lasu i... w sumie tyle. Ścieżki tutaj są mało wydeptane, na co nie pozwala ubogie i dość grząskie runo. Rzadki las jest jednocześnie pastwiskiem - świadczą o tym ślady po zwierzętach. Idę więc do budki 22, po drodze mijam 34 i zatrzymuję się przy 23. Wracam się tą samą drogą, starając się rozglądać na drzewa, które mogłam pominąć. O jest budka... znowu 21. Cholera, gdzie oni ją powiesili?! "Znikające budki" są normalną rzeczą a Gotlandii. Nieraz przechodzisz koło niej, nie widząc jej, bo sprytna chowa się z drugiej strony drzewa. Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że później się przekręca, by znowu być po przeciwnej stronie drzewa niż ty.
Dobrze, uczę się przy okazji cierpliwości.


Na wyspie nie ma rzek, bo jak niby miałaby płynąć skoro właściwie nie ma żadnych spadków terenu? Gleba jest jednak tak płytka, że w niektórych miejscach tworzą się zastoiska, które przypominają małe stawy. Nie mam pojęcia czy są głębokie, w sumie wole nie wiedzieć, bo w wyobraźni mojej zanurzając się w takim oczku wodnym mogę przepłynąć wodami gruntowymi do morza... O bliskim sąsiedztwie skały macierzystej świadczą również powalone drzewa, które niestabilnie osadzone w gruncie, przy większych podmuchach wiatru, zostają wyrwane razem z całym systemem korzeniowym. W efekcie wygląda to jakby przez las przeszedł prawdziwy huragan.


A na polach żółto od rzepaku.


W pochmurny dzień mam mniej energii, ale nadal nie zmuszam się do pracy. Jak może męczyć chodzenie po lesie i zaglądanie do budek? Bardzo podoba mi się moja niezależność tutaj. To, że dostaje robotę "do zrobienia" na konkretny dzień i sama mam rozplanować kiedy wstanę (aby się wyrobić) i czy się śpieszyć. I co robić wieczorem...


Zachód słońca dzisiaj jest magiczny... Nad horyzontem roztacza się wąski pas bezchmurnego nieba, w którym unosi się delikatna mgła, która zdaje się być wytwarzana i napędzana przez wiatraki.


Po zrobieniu paru zdjęć, już miałam wracać, ale coś mnie tknęło, by jednak zaczekać aż słońce wynurzy się zza linii utworzonej przez granicę chmur... nie żałowałam. Zdjęcia nie do końca to oddadzą, ale dla takich obrazów warto delikatnie zmarznąć.


Wschód słońca na 5 minut przed zachodem...
Carpe diem.

piątek, 19 grudnia 2014

Buka

Jako nastolatka często chodziłam z sąsiadką (a jednocześnie moją przyjaciółką - najpierw powinnam nazwać Ją przyjaciółką) na wieczorne spacery z psami. Jeśli udało nam się wyjść wcześniej, wymyślałyśmy nowe trasy, żeby przynajmniej częściowo zahaczyć o ścieżkę, na której nigdy nie byłyśmy. Bywało, że specjalnie "gubiłyśmy się" żeby wyjść w nieznanym nam miejscu. Z biegiem czasu takich nieznanych miejsc, do których można było dojść na nogach, było coraz mniej. Ale chęć poznania zakamarków najbliższej okolicy mi pozostała.
Niektórzy mają swoje ulubione miejsca, ja wolę odkrywać nowe, może kolejne miejsce spodoba mi się bardziej? Nieznane jest bardzo pociągające...

09.05
Linia brzegowa Bałtyku w zatoce, w której mieszkam, średnio sprzyja spacerom wzdłuż brzegu - śliskie kamienie, błoto, muł... ale zawsze można kawałek przejść po cudzej posesji - w końcu to Szwecja i nikt nas nie wygoni. Co wieczór chodzę na spacer i w każdy kolejny staram się podejść dalej brzegiem, nie spuszczając zachodu słońca z oczu. Wcale ciepło nie jest, a więc lepiej chodzić niż siedzieć. Tym razem mijając kolejny zakręt wyłania mi się przed oczami cel - piaszczysta plaża! Muszę tam dotrzeć. Delikatny przypływ spowodował, że ciężko będzie się przedostać przy samej wodzie, wkraczam więc na prywatę i postanawiam szukać ścieżki do plaży od drugiej strony. Po pewnym czasie droga gruntowa się kończy i stoi płot, a nad nim schodki (typowe dla okolicy - zamiast bramki wejściowej stawiają 4 schodki do góry i 4 schodki w dół, nad ogrodzeniem). Wchodzę do góry i spostrzegam, że brakuje środkowych schodków w dół... super! Jakieś wyzwanie, nie ma łatwo, w końcu zdobywam nieznane! Zeskakuję za ogrodzeniem niemal bezpośrednio w krowiego placka... hmm pastwisko, ale krów nie widać. Czyli jestem wewnątrz zagrody, ciekawe czy da się stąd wyjść z drugiej strony? Na pewno. Idę sobie środkiem pastwiska, zgrabnie omijam pozostałości niestrawionej żywności, a w głowie planuję, że kolejnym razem idąc na MOJĄ plażę wezmę koc, książkę, notes i długopis i spędzę tam tyle wolnego czasu ile będę miała! Nagle spostrzegam po drugiej stronie, za rzadkim zadrzewieniem stado krów (bo krowy są chyba w stadach? czy inaczej?). Żeby znaleźć przejście muszę się trochę do nich zbliżyć, ale... wydaje mi się, że na bezpieczną odległość. Zresztą, co mi takie krowy mogą zrobić? W głowie mam Milkę z reklamy i gospodynie dojące swoje zwierzęta. Dziwnie się na mnie patrzą... Uśmiecham się i zmierzam kawałek w ich kierunku. Nagle, dwie z nich zaczynają iść w moją stronę, w tym samym czasie dwie kolejne podbiegają 3 metry do przodu, jakby chciały zaatakować. Zaczynam myśleć, że jednak mogą mi coś zrobić. Cofam się dość stanowczym krokiem i niemal wbiegam w zadrzewienia, które znajdują się przy płocie graniczącym z brzegiem morza. O nie, chyba właśnie zmieniam zdanie o zwierzętach gospodarczych. Właśnie zaczęłam bać się krów. Nie wrócę na pastwisko, jedyne rozwiązanie przeskoczyć płot... który w tym miejscu jest połączony z elektrycznym pastuchem. No cóż, wepchałam się. Na pewno nikomu się nie przyznam, że wystraszyłam się krów i dlatego poparzył mnie pastuch... w ogóle zachowam wszystko dla siebie. Poza plażą. Do której tak blisko, widzę ją już 10 m dalej! Przechodzę pastucha ze zwinnością Lary Croft i już jestem... w pokrzywach. Nie tak wyobrażałam sobie ścieżkę do plaży... Ale jeszcze tylko pokonać labirynt zanurzonych kamieni bez zmoczenia skarpetek i będę się cieszyć piaskiem! Po paru krokach zapadania się w błoto zaczynam się zastanawiać czy tak naprawdę nadal chcę tam dojść. Może kiedy indziej? Odwracam się i stwierdzam, że jestem w połowie błotnistej drogi i teraz trzeba sobie zadać pytanie, w którą stronę? Czy wrócić się na znany mi grunt, o którym wiem, że nie daje mi szczęścia, ale znam też jego słabe i mocne strony i wiem, jak stawiać kroki, by nie ugrzęznąć i bezpiecznie dotrzeć do domu, czy może spróbować pójść w tak emocjonujące nieznane, przeżyć kolejnych parę, bardzo niepewnych kroków i w końcu doznać smaku chwil, o których moja wyobraźnia dopiero co zaczęła marzyć... A może zostać do zachodu słońca w tym położeniu z widokiem na obie strony medalu, nie robiąc nic? A może dać pożreć się krowom?
Poniosło mnie.


Zmierzam w kierunku plaży. Tyle już przeszłam, nie będę się cofać. Zdobywam plażę! Tylko górna, cienka warstwa piasku jest sucha, no cóż, niedawno padało. Tworzy się tu nawet piana morska, podoba mi się. Na pewno wrócę w to miejsce, jak tylko będzie ładniejsza pogoda. Może namówię wtedy dziewczyny. Siedzę może 10 minut i postanawiam wracać. Tym razem wybiorę jednak inną drogę, może okazać się lepsza, może gorsza, ale do krów nie wrócę!
Po powrocie opowiadam wszystko - o plaży, o krowach, jak zwykle mówię za dużo. Okazuje się, że mimo tego, że Szymek jeździ tu już 7 rok, o tak bliskiej piaszczystej plaży nie wiedział. Jestem więc dumna, plaża jest tylko moja.


Na plaży, z okazji jej zdobycia, buduję Bukę.