Ile słowa mają znaczeń?
A ile w jednym geście mieści się słów?
A w tym co robimy ile zawiera się odczuć i emocji?
Fascynujące i przerażające zarazem.
23.05
Sama dzisiaj zaobrączkowałam kolejne 6 piskląt i napisałam sobie cyferkę 8 na nadgarstku.
piątek, 30 stycznia 2015
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Moje i tylko moje!
22.05.
Mój etat pielęgniarki pobierającej krew z tych przebrzydłych 2-dniowych piskląt wciąż funkcjonuje. Dodatkowo pojawiły się kolejne zadania - 5go dnia życia odwiedzam modraszki, by je tylko poważyć. Nadal w niczym nie przypominają swoich rodziców, ale zaczynają im się pojawiać tzw. zaczątki piór, które nie przypominają piór, a cienkie igły świerkowe. Dnia 8go pojawia się zadanie, którego już nie mogłam się doczekać od momentu, jak dowiedziałam się, że będę mogła (właściwie musiała) go wykonywać - obrączkowanie! Dzisiaj mój pierwszy raz. Szymek oczywiście wziął mnie na krótkie szkolenie, czyli pokazał jak się trzyma pisklę, jak się zakłada i zaciska obrączkę... no, to teraz ty. Ok. Żeby tylko nie połamać tych delikatnych nóżek. Kleszcze są tak zaprojektowane, że właściwie nie da się ścisnąć nóżki jeśli się wszystko wykonuje precyzyjnie, z głową, a jednocześnie dość sprawnie. No bo mając, przykładowo, 4 gniazda do zaobrączkowania jednego dnia, a w każdym z nich około 10 czekających na swoją kolej petentów, raczej nie można sobie pozwolić na zabawę z jedną nóżką przez parę minut. Przypominam, że pisklęta nie czekają na mnie rano przed domkiem zniecierpliwione, że tak długo jadłam śniadanie, tylko na każdą powierzchnię trzeba parę kilometrów dojechać, następnie znaleźć odpowiednią budkę, wygodne miejsce (bez mrówek, krowich placków - ogólnie bez całych krów, bo od pewnego czasu się ich boję!) i cztery razy spacerować w te i z powrotem przynosząc i odnosząc partię piskląt (aby w gnieździe zawsze jakieś siedziało), zaobrączkować, zważyć i spisać formularz. Przy ważeniu też nie jest łatwo, pisklęta w tym dniu życia stają się już ruchliwe i trzeba je wkładać do specjalnych tutek (na potrzeby gotlandzkie są to zwinięte kartonowe ruloniki). Pisklę wygląda w niej komicznie. Wracając do obrączkowania. W Polsce nie mogłabym tego robić bez odpowiednich licencji, które zresztą dość ciężko się nabywa. W Szwecji, pod nadzorem obrączkarza, którym zostaje się o wiele łatwiej niż u nas, każdy może pomóc przy znakowaniu ptaków. Właściwie to powinien wskazywać konkretne i mnie kontrolować, ale w końcu przecież dobrze założyłam swoje dwie pierwsze obrączki w życiu - więc umiem! Także jutro już jadę sama... Może to jest tak jak z prawem jazdy, że człowiek się nauczy dopiero po zdaniu egzaminu i dlatego też Szymek nie przywiązuje takiej wagi do moich nieoszlifowanych umiejętności? Albo ma duże zaufanie. Albo mu się nie chce mnie uczyć. Obrączkujemy 8-dniowe ponieważ w tym wieku ptaki mają już odpowiednio dużą nogę, aby obrączka nie ześlizgnęła się przez "palce", a oznaczenia na pazurkach wykonane tuż po wykluciu powoli się zlewają i są ciężkie do odczytania. Kolejnym razem przyjadę do nich, jak będą miały 11 dni. I ostatni raz w dniu 14tym.
I tak zaczyna się praca na pełen etat. Szymek tworzy mój własny notesik i wpisuje mi na każdy kolejny dzień powierzchnie i gniazda, w których mam "do zrobienia" dni 2, 5 i 8. Kolejnych na razie brak, ale gdy dojdą - na jakiś czas skończy się nadmiar czasu wolnego w ciągu dnia.
Jadę sobie dzisiaj spokojnie z północy na południe, do kolejnej powierzchni, kiedy na jezdnię wybiega mi krowa... i zdaje się uciekać przed moim Dżettą. Strasznie mnie rozśmieszyła ta krowa, zwolniłam nieco i zrobiłam jej zdjęcie (tak, tak, łapanie tych chwil i bezcennych momentów...). Zauważyłam we wstecznym lusterku gospodarza, który paręnaście metrów dalej gonił za uciekinierką. Zatrzymałam się całkiem, a nawet cofnęłam, by znaleźć się na wysokości właściciela krowy, pytając czy nie trzeba mu jakoś pomóc? Pokazałam też miejsce, w które krowa zbiegła z jezdni. Chciałam też zaproponować, że go podwiozę, ale jakoś spanikowałam i nie umiałam się wysłowić, machałam więc tylko rękami pokazując tylne siedzenie... nie wiem, co sobie pomyślał, ale chyba nie chciał pomocy.
W Ranarve mam do sprawdzenia w dwóch budkach gatunek. Kolejna rzecz, w której Szymek mi zaufał i wysyła mnie do weryfikacji gniazda, o którą proszą Francuzi, jeśli nie są pewni. To ja mam wiedzieć? Ok. Odnajduje pierwszą budkę i bez problemu stwierdzam, że jaja typowo bogatkowe więc nie należy się sugerować piórami w materiale gniazdowym. No dobra, takie rzeczy powinni byli wiedzieć. Idę do kolejnej budki, której numer niebezpiecznie sugeruje mi zbliżenie się do otwartego pastwiska... na którym pasą się krowy. Szalone, złe, wściekłe i okropnie niebezpieczne szwedzkie krowy! O nie, dalej nie idę, wszystkie się na mnie złowrogo patrzą. Wyobrażam sobie jak za kolejnym moim krokiem rzucają się po kolei, aby mnie stratować... Niech sobie Szymon sam sprawdzi tę budkę.
Po powrocie do domu uświadamiam go, że odmówiłam wykonania jednego zadania i nie zamierzam o tym dyskutować. Wszyscy się ze mnie śmieją, a te krowy naprawdę są nieobliczalne...
Po nałożeniu dwóch obrączek jestem pełna dumy. Czuję się jakbym właśnie adoptowała dzieci... hmm? No może nie aż tak, w sumie nie wiem jakie to uczucie, kiedy się adoptuje dzieci. A może porównam to do uczucia zakładania obrączki na palec przyszłemu mężowi? Też nie znam tego uczucia, ale coś w tym geście jest niesamowitego, bo poczułam jakby nierozerwalną więź z tymi stworzeniami. Mam swoje dwie modraszki. Postanawiam liczyć każdą kolejną, ciekawe ile uda mi się zaobrączkować ptaków przez cały wyjazd?
Trochę taka... poligamia.
Mój etat pielęgniarki pobierającej krew z tych przebrzydłych 2-dniowych piskląt wciąż funkcjonuje. Dodatkowo pojawiły się kolejne zadania - 5go dnia życia odwiedzam modraszki, by je tylko poważyć. Nadal w niczym nie przypominają swoich rodziców, ale zaczynają im się pojawiać tzw. zaczątki piór, które nie przypominają piór, a cienkie igły świerkowe. Dnia 8go pojawia się zadanie, którego już nie mogłam się doczekać od momentu, jak dowiedziałam się, że będę mogła (właściwie musiała) go wykonywać - obrączkowanie! Dzisiaj mój pierwszy raz. Szymek oczywiście wziął mnie na krótkie szkolenie, czyli pokazał jak się trzyma pisklę, jak się zakłada i zaciska obrączkę... no, to teraz ty. Ok. Żeby tylko nie połamać tych delikatnych nóżek. Kleszcze są tak zaprojektowane, że właściwie nie da się ścisnąć nóżki jeśli się wszystko wykonuje precyzyjnie, z głową, a jednocześnie dość sprawnie. No bo mając, przykładowo, 4 gniazda do zaobrączkowania jednego dnia, a w każdym z nich około 10 czekających na swoją kolej petentów, raczej nie można sobie pozwolić na zabawę z jedną nóżką przez parę minut. Przypominam, że pisklęta nie czekają na mnie rano przed domkiem zniecierpliwione, że tak długo jadłam śniadanie, tylko na każdą powierzchnię trzeba parę kilometrów dojechać, następnie znaleźć odpowiednią budkę, wygodne miejsce (bez mrówek, krowich placków - ogólnie bez całych krów, bo od pewnego czasu się ich boję!) i cztery razy spacerować w te i z powrotem przynosząc i odnosząc partię piskląt (aby w gnieździe zawsze jakieś siedziało), zaobrączkować, zważyć i spisać formularz. Przy ważeniu też nie jest łatwo, pisklęta w tym dniu życia stają się już ruchliwe i trzeba je wkładać do specjalnych tutek (na potrzeby gotlandzkie są to zwinięte kartonowe ruloniki). Pisklę wygląda w niej komicznie. Wracając do obrączkowania. W Polsce nie mogłabym tego robić bez odpowiednich licencji, które zresztą dość ciężko się nabywa. W Szwecji, pod nadzorem obrączkarza, którym zostaje się o wiele łatwiej niż u nas, każdy może pomóc przy znakowaniu ptaków. Właściwie to powinien wskazywać konkretne i mnie kontrolować, ale w końcu przecież dobrze założyłam swoje dwie pierwsze obrączki w życiu - więc umiem! Także jutro już jadę sama... Może to jest tak jak z prawem jazdy, że człowiek się nauczy dopiero po zdaniu egzaminu i dlatego też Szymek nie przywiązuje takiej wagi do moich nieoszlifowanych umiejętności? Albo ma duże zaufanie. Albo mu się nie chce mnie uczyć. Obrączkujemy 8-dniowe ponieważ w tym wieku ptaki mają już odpowiednio dużą nogę, aby obrączka nie ześlizgnęła się przez "palce", a oznaczenia na pazurkach wykonane tuż po wykluciu powoli się zlewają i są ciężkie do odczytania. Kolejnym razem przyjadę do nich, jak będą miały 11 dni. I ostatni raz w dniu 14tym.
I tak zaczyna się praca na pełen etat. Szymek tworzy mój własny notesik i wpisuje mi na każdy kolejny dzień powierzchnie i gniazda, w których mam "do zrobienia" dni 2, 5 i 8. Kolejnych na razie brak, ale gdy dojdą - na jakiś czas skończy się nadmiar czasu wolnego w ciągu dnia.
Jadę sobie dzisiaj spokojnie z północy na południe, do kolejnej powierzchni, kiedy na jezdnię wybiega mi krowa... i zdaje się uciekać przed moim Dżettą. Strasznie mnie rozśmieszyła ta krowa, zwolniłam nieco i zrobiłam jej zdjęcie (tak, tak, łapanie tych chwil i bezcennych momentów...). Zauważyłam we wstecznym lusterku gospodarza, który paręnaście metrów dalej gonił za uciekinierką. Zatrzymałam się całkiem, a nawet cofnęłam, by znaleźć się na wysokości właściciela krowy, pytając czy nie trzeba mu jakoś pomóc? Pokazałam też miejsce, w które krowa zbiegła z jezdni. Chciałam też zaproponować, że go podwiozę, ale jakoś spanikowałam i nie umiałam się wysłowić, machałam więc tylko rękami pokazując tylne siedzenie... nie wiem, co sobie pomyślał, ale chyba nie chciał pomocy.
W Ranarve mam do sprawdzenia w dwóch budkach gatunek. Kolejna rzecz, w której Szymek mi zaufał i wysyła mnie do weryfikacji gniazda, o którą proszą Francuzi, jeśli nie są pewni. To ja mam wiedzieć? Ok. Odnajduje pierwszą budkę i bez problemu stwierdzam, że jaja typowo bogatkowe więc nie należy się sugerować piórami w materiale gniazdowym. No dobra, takie rzeczy powinni byli wiedzieć. Idę do kolejnej budki, której numer niebezpiecznie sugeruje mi zbliżenie się do otwartego pastwiska... na którym pasą się krowy. Szalone, złe, wściekłe i okropnie niebezpieczne szwedzkie krowy! O nie, dalej nie idę, wszystkie się na mnie złowrogo patrzą. Wyobrażam sobie jak za kolejnym moim krokiem rzucają się po kolei, aby mnie stratować... Niech sobie Szymon sam sprawdzi tę budkę.
Po powrocie do domu uświadamiam go, że odmówiłam wykonania jednego zadania i nie zamierzam o tym dyskutować. Wszyscy się ze mnie śmieją, a te krowy naprawdę są nieobliczalne...
Po nałożeniu dwóch obrączek jestem pełna dumy. Czuję się jakbym właśnie adoptowała dzieci... hmm? No może nie aż tak, w sumie nie wiem jakie to uczucie, kiedy się adoptuje dzieci. A może porównam to do uczucia zakładania obrączki na palec przyszłemu mężowi? Też nie znam tego uczucia, ale coś w tym geście jest niesamowitego, bo poczułam jakby nierozerwalną więź z tymi stworzeniami. Mam swoje dwie modraszki. Postanawiam liczyć każdą kolejną, ciekawe ile uda mi się zaobrączkować ptaków przez cały wyjazd?
Trochę taka... poligamia.
sobota, 24 stycznia 2015
Odetchnąć z ulgą
Co zrobić żeby tyle nie myśleć o tym co nas gnębi? Można uciec w pracę, można zająć się jakąś pasją, można też się upić... można, ale to tylko odciąganie tego co nieuniknione - przyznania przed samym sobą, że jest źle i że potrzebujemy zmian. Czy takie odkładanie coś daje? Uczucie komfortu na chwilę... i chyba tyle. Pobyt z dala od domu to też jakiś sposób, aby spojrzeć na wszystko z dystansem. Tylko, że z dystansu moje życie wygląda na jeszcze bardziej skomplikowane... To tak jakby uczestniczyć w jakiejś imprezie, a później o niej usłyszeć. Uczestnicząc dajemy się porwać w wir tego co dzieje się w okół nas, nie zwracamy uwagi na wiele szczegółów, nie mamy możliwości nawet wszystkiego dookoła ogarnąć, płyniemy z prądem i nawet jest nam dobrze. Na kolejny dzień zbiera się cała ekipa bawiąca się z nami i wszyscy zaczynają wspominać. Okazuje się, że wydarzyło się tego wieczoru o wiele więcej niż myśleliśmy. Otwiera się tak zwana czarna skrzynka (to wraz z przeglądaniem zdjęć)... przeplatają się między sobą zbiegi okoliczności, rzeczy nieistotne stają się bardziej znaczące. Może czasem lepiej się w to nie wgłębiać? A więc tak właściwie, spojrzenie z dystansu nie jest wcale spojrzeniem z dystansem, a wręcz przeciwnie - wiemy więcej, widzimy więcej, rozmyślamy, przeżywamy i zastanawiamy się co by było, gdyby... No właśnie, a gdyby tak...? A co, jeśli...?!
21.05.
Boże... żeby one przeżyły!
Najpierw mi każą pobierać krew z wszystkich piskląt, a gdy już to zrobię to zastanawiamy się, czy czasem te najmniejsze nie zostawiać w spokoju... Za późno! Strasznie się boję, że mogą zdechnąć. W Ranarve troje z piskląt było strasznie bladych i kiepsko wyglądały, starałam się utrzymać ciepłotę ich małych ciałek i nie męczyć zbytnio jeśli wkłucie się nie wychodziło za pierwszym razem..., ale jeśli mama modraszka nie przyleciała do nich od razu, by je nakarmić i ogrzać... nie chcę o tym myśleć. Nie chcę żeby przeze mnie zginęły. Wiem, wiem, takie badania muszą wiązać się ze stratami i takie straty wlicza się jakby... "w koszty". Strasznie mi smutno, Szymek obiecał mi, że jak będzie w pobliżu gniazda to zajrzy i mi da znać jak najszybciej. Ehh...
Humor poprawia mi Angelika prosząc mnie żebym została jej modelką. Na zaliczenie jakiegoś przedmiotu związanego z fotografią musi wykonać zdjęcie portretowe z połową twarzy oświetloną światłem słonecznym oraz z całą twarzą w świetle. Czuję się zaszczycona i strasznie chcę mi się śmiać. Idziemy razem nad morze i już przy drugim zdjęciu czuję, że to nie jest to, do czego zostałam stworzona. Sto razy bardziej wolę być po drugiej stronie obiektywu. Słońce dzisiaj mocno grzeje i razi w oczy, ciekawe jak mam się patrzeć w słońce i jednocześnie mieć otwarte oczy?! Na trzy miliardy zdjęć wychodzą jakieś trzy z normalną miną na twarzy. Reszta nadaje się do memów ("Are you f** kidding me?").
Dzisiaj znowu grill. Tym razem u Francuzów w Burgsvik. Mieszkają tam wszyscy na kupie rozdzieleni na dwa sąsiadujące ze sobą ogromne domy. Zajeżdżamy do nich w bardzo dobrych humorach, ale średnio mamy ochotę na jakieś mięso z grilla. Jesteśmy tu tylko symbolicznie żeby się przywitać i porozmawiać chwilę. Chociaż jak na takie chwilowe odwiedziny... chyba wzięliśmy trochę za dużo wina. Na podwórku rozstawiono 3 wielkie grille i kilka mniejszych, na których smażą się bardzo dziwne, kolorowe i pachnące potrawy. Zaczęliśmy żałować, że nie przynieśliśmy ze sobą naszej tradycyjnej karkówki lub przynajmniej tych przesolonych niemiłych kiełbasek. Nie było rozstawionych żadnych krzeseł ani stołów, poza jednym, przy którym siedziały osoby, które akurat coś spożywały. Reszta, dość licznych zresztą, gości stała w grupkach po parę osób żywo dyskutując. Stworzyliśmy więc nasz własny, polski okrąg, do którego co jakiś czas przychodził jakiś przystojny Francuz tudzież średnio urokliwa Francuzka... i zagadywali nas. Szymek i Asia znali niektóre z tych osób.
Chyba faktycznie za dużo tego wina... i za dobre. Pierwszy raz na wyspie idę spać z wirującym sufitem. A rano moja zmiana wstawiania przed 5!
P.S. Pisklęta w Ranarve przeżyły!
21.05.
Boże... żeby one przeżyły!
Najpierw mi każą pobierać krew z wszystkich piskląt, a gdy już to zrobię to zastanawiamy się, czy czasem te najmniejsze nie zostawiać w spokoju... Za późno! Strasznie się boję, że mogą zdechnąć. W Ranarve troje z piskląt było strasznie bladych i kiepsko wyglądały, starałam się utrzymać ciepłotę ich małych ciałek i nie męczyć zbytnio jeśli wkłucie się nie wychodziło za pierwszym razem..., ale jeśli mama modraszka nie przyleciała do nich od razu, by je nakarmić i ogrzać... nie chcę o tym myśleć. Nie chcę żeby przeze mnie zginęły. Wiem, wiem, takie badania muszą wiązać się ze stratami i takie straty wlicza się jakby... "w koszty". Strasznie mi smutno, Szymek obiecał mi, że jak będzie w pobliżu gniazda to zajrzy i mi da znać jak najszybciej. Ehh...
Humor poprawia mi Angelika prosząc mnie żebym została jej modelką. Na zaliczenie jakiegoś przedmiotu związanego z fotografią musi wykonać zdjęcie portretowe z połową twarzy oświetloną światłem słonecznym oraz z całą twarzą w świetle. Czuję się zaszczycona i strasznie chcę mi się śmiać. Idziemy razem nad morze i już przy drugim zdjęciu czuję, że to nie jest to, do czego zostałam stworzona. Sto razy bardziej wolę być po drugiej stronie obiektywu. Słońce dzisiaj mocno grzeje i razi w oczy, ciekawe jak mam się patrzeć w słońce i jednocześnie mieć otwarte oczy?! Na trzy miliardy zdjęć wychodzą jakieś trzy z normalną miną na twarzy. Reszta nadaje się do memów ("Are you f** kidding me?").
Dzisiaj znowu grill. Tym razem u Francuzów w Burgsvik. Mieszkają tam wszyscy na kupie rozdzieleni na dwa sąsiadujące ze sobą ogromne domy. Zajeżdżamy do nich w bardzo dobrych humorach, ale średnio mamy ochotę na jakieś mięso z grilla. Jesteśmy tu tylko symbolicznie żeby się przywitać i porozmawiać chwilę. Chociaż jak na takie chwilowe odwiedziny... chyba wzięliśmy trochę za dużo wina. Na podwórku rozstawiono 3 wielkie grille i kilka mniejszych, na których smażą się bardzo dziwne, kolorowe i pachnące potrawy. Zaczęliśmy żałować, że nie przynieśliśmy ze sobą naszej tradycyjnej karkówki lub przynajmniej tych przesolonych niemiłych kiełbasek. Nie było rozstawionych żadnych krzeseł ani stołów, poza jednym, przy którym siedziały osoby, które akurat coś spożywały. Reszta, dość licznych zresztą, gości stała w grupkach po parę osób żywo dyskutując. Stworzyliśmy więc nasz własny, polski okrąg, do którego co jakiś czas przychodził jakiś przystojny Francuz tudzież średnio urokliwa Francuzka... i zagadywali nas. Szymek i Asia znali niektóre z tych osób.
Chyba faktycznie za dużo tego wina... i za dobre. Pierwszy raz na wyspie idę spać z wirującym sufitem. A rano moja zmiana wstawiania przed 5!
P.S. Pisklęta w Ranarve przeżyły!
środa, 21 stycznia 2015
Bo woda leży
20.05.
Dużo nas więc... czas na wycieczkę! Tym razem ja zabieram wszystkich moją Dżettą Super-Sport niedaleko, bo na południe. A na południe nie możemy pojechać dalej niż 20 km, bo inaczej wjedziemy sobie do morza Bałtyckiego. Jadąc tak dalej na tafli wody po parunastu godzinach zajechalibyśmy na polskie lądy. Czasem mam taką chęć jak pędzę swoim sportowym wozem 80km/h i widzę zakręt, a na płaskim horyzoncie niebieską taflę morską - chęć żeby jednak nie zakręcić. Wydaje mi się wtedy, że jak jeszcze wcisnę pedał gazu to przelecę przez najbliższe pola i domy, które dzielą mnie od morza... Nie wiem, jeszcze nie spróbowałam. A słyszałam dobry sposób na zrobienie czegoś, co jest niemożliwe do zrobienia - wystarczy kazać zrobić to komuś, kto o tym nie wie.
Holmhällar. Tak nazywa się miejscowość, do której jedziemy. Znajduje się na południowo-wschodnim krańcu Gotlandii i podobno warto zobaczyć to miejsce. Wkrótce się przekonam. Czy wspominałam, że zaznaczam sobie na mapce wyspy miejsca, w których byłam? Powoli jakoś to zaczyna wyglądać, ale do nasycenia się tą ziemią jeszcze mi daleko. Pogoda jak marzenie, bezchmurne niebo i dość ciepło, nawet kurtek nie trzeba brać. Za jakieś dwie godziny będzie zachód słońca, a my jedziemy na wschód? Może zdążymy przejechać. Ostatnią część trasy pokonujemy drogą gruntową wzdłuż brzegu morza - już jest co oglądać! Paręnaście metrów od brzegu królują wapienne ostańce o różnych kształtach. Jedziemy dalej, bo dalej podobno jest ich więcej i są większe. Zostawiam samochód w miejscu, w którym sobie wymyślę, że go zostawię (co za kraj!) i wysiadamy... Uwielbiam to uczucie. Jest pięknie i wydaje ci się, że piękniej być nie może, a kiedy robisz kolejny krok jest jeszcze piękniej niż poprzednio! I tak idziesz i idziesz i nie masz dość. Nigdy nie myślałam, że mogą mi się podobać takie krajobrazy, bardziej zachwycałam się zielenią, górami i puszczami, może dlatego, że mało widziałam w swoim życiu? Dzikie piaszczyste plaże nie robią na mnie wrażenia, choćby nie wiem jak czysta woda była i lśniąco-złoty piasek. Rauki są cudem natury, nikt ich tutaj nie rzeźbił, nie przywiózł, nie kazał się ostać. W tych kamiennych skałach ukryte jest tyle skarbów, że trzeba by spędzić chyba pół wieku żeby przepatrzyć z lupą każdy ich fragment. Że też nie mogę zabrać jednego rauka do domu, przynajmniej takiego... 5 metrowego. W dzieciństwie lubiłam siedzieć na kamieniach, którymi był obłożony podjazd do domu i szukać "ładnych kamyków". Zbierałam te kamyki, by później spośród nich jeszcze raz wybrać te najładniejsze i wymyślać różne historie skąd mogą pochodzić... Tutaj podnoszę byle jaki kamyczek i wydaje mi się niesamowity, chyba musiałabym przyjechać ciężarówką. Zabieram trochę takich kamieni, ale nie dla mnie, a dla koleżanki, która wiem że doceni ich wartość. Już widzę jej uśmiech i wzruszenie. Spacer takim raukarowym brzegiem jest jak spacer w labiryncie, masz zawsze parę możliwości przedostania się dalej, a jednocześnie nie każda okazuje się do przejścia i trzeba się wracać - czasem jest za stromo żeby się ześlizgnąć, za wysoko żeby zeskoczyć, za mokro żeby przejść bez zanurzania butów w wodzie. Skały tworzą szczeliny, które przypominają okna, można znaleźć też miejsca stworzone jakby specjalnie do siedzenia, a nawet leżenia... I nikogo tu nie ma oprócz nas! Znajdujemy tabliczkę z polskim napisem "Wróć na ścieżkę! Zakaz wstępu", zabawne. Czyżby naprawdę Polacy byli tacy destruktywni? Towarzyszą nam towarzysze edredony i stada bernikli.
Na drugi, zachodni brzeg jest jakieś 7-8 km więc mając jeszcze paręnaście minut czasu do zachodu słońca, udajemy się do Burgsvik.
I bardzo to była dobra decyzja. Zachód słońca był pastelowy, a woda stała... leżała?
No właśnie, bo jak woda nie płynie to stoi, czy raczej leży?
Szymek twierdzi, że może stać - w wodospadzie, bo jest wtedy pionowo. Ale przecież wtedy płynie, a więc nie stoi... czyli nigdy nie stoi.
Dużo nas więc... czas na wycieczkę! Tym razem ja zabieram wszystkich moją Dżettą Super-Sport niedaleko, bo na południe. A na południe nie możemy pojechać dalej niż 20 km, bo inaczej wjedziemy sobie do morza Bałtyckiego. Jadąc tak dalej na tafli wody po parunastu godzinach zajechalibyśmy na polskie lądy. Czasem mam taką chęć jak pędzę swoim sportowym wozem 80km/h i widzę zakręt, a na płaskim horyzoncie niebieską taflę morską - chęć żeby jednak nie zakręcić. Wydaje mi się wtedy, że jak jeszcze wcisnę pedał gazu to przelecę przez najbliższe pola i domy, które dzielą mnie od morza... Nie wiem, jeszcze nie spróbowałam. A słyszałam dobry sposób na zrobienie czegoś, co jest niemożliwe do zrobienia - wystarczy kazać zrobić to komuś, kto o tym nie wie.
Holmhällar. Tak nazywa się miejscowość, do której jedziemy. Znajduje się na południowo-wschodnim krańcu Gotlandii i podobno warto zobaczyć to miejsce. Wkrótce się przekonam. Czy wspominałam, że zaznaczam sobie na mapce wyspy miejsca, w których byłam? Powoli jakoś to zaczyna wyglądać, ale do nasycenia się tą ziemią jeszcze mi daleko. Pogoda jak marzenie, bezchmurne niebo i dość ciepło, nawet kurtek nie trzeba brać. Za jakieś dwie godziny będzie zachód słońca, a my jedziemy na wschód? Może zdążymy przejechać. Ostatnią część trasy pokonujemy drogą gruntową wzdłuż brzegu morza - już jest co oglądać! Paręnaście metrów od brzegu królują wapienne ostańce o różnych kształtach. Jedziemy dalej, bo dalej podobno jest ich więcej i są większe. Zostawiam samochód w miejscu, w którym sobie wymyślę, że go zostawię (co za kraj!) i wysiadamy... Uwielbiam to uczucie. Jest pięknie i wydaje ci się, że piękniej być nie może, a kiedy robisz kolejny krok jest jeszcze piękniej niż poprzednio! I tak idziesz i idziesz i nie masz dość. Nigdy nie myślałam, że mogą mi się podobać takie krajobrazy, bardziej zachwycałam się zielenią, górami i puszczami, może dlatego, że mało widziałam w swoim życiu? Dzikie piaszczyste plaże nie robią na mnie wrażenia, choćby nie wiem jak czysta woda była i lśniąco-złoty piasek. Rauki są cudem natury, nikt ich tutaj nie rzeźbił, nie przywiózł, nie kazał się ostać. W tych kamiennych skałach ukryte jest tyle skarbów, że trzeba by spędzić chyba pół wieku żeby przepatrzyć z lupą każdy ich fragment. Że też nie mogę zabrać jednego rauka do domu, przynajmniej takiego... 5 metrowego. W dzieciństwie lubiłam siedzieć na kamieniach, którymi był obłożony podjazd do domu i szukać "ładnych kamyków". Zbierałam te kamyki, by później spośród nich jeszcze raz wybrać te najładniejsze i wymyślać różne historie skąd mogą pochodzić... Tutaj podnoszę byle jaki kamyczek i wydaje mi się niesamowity, chyba musiałabym przyjechać ciężarówką. Zabieram trochę takich kamieni, ale nie dla mnie, a dla koleżanki, która wiem że doceni ich wartość. Już widzę jej uśmiech i wzruszenie. Spacer takim raukarowym brzegiem jest jak spacer w labiryncie, masz zawsze parę możliwości przedostania się dalej, a jednocześnie nie każda okazuje się do przejścia i trzeba się wracać - czasem jest za stromo żeby się ześlizgnąć, za wysoko żeby zeskoczyć, za mokro żeby przejść bez zanurzania butów w wodzie. Skały tworzą szczeliny, które przypominają okna, można znaleźć też miejsca stworzone jakby specjalnie do siedzenia, a nawet leżenia... I nikogo tu nie ma oprócz nas! Znajdujemy tabliczkę z polskim napisem "Wróć na ścieżkę! Zakaz wstępu", zabawne. Czyżby naprawdę Polacy byli tacy destruktywni? Towarzyszą nam towarzysze edredony i stada bernikli.
Na drugi, zachodni brzeg jest jakieś 7-8 km więc mając jeszcze paręnaście minut czasu do zachodu słońca, udajemy się do Burgsvik.
I bardzo to była dobra decyzja. Zachód słońca był pastelowy, a woda stała... leżała?
No właśnie, bo jak woda nie płynie to stoi, czy raczej leży?
Szymek twierdzi, że może stać - w wodospadzie, bo jest wtedy pionowo. Ale przecież wtedy płynie, a więc nie stoi... czyli nigdy nie stoi.
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Sinusoida
Przedłużająca się cisza jest nawet do zniesienia. Człowiek się przyzwyczaja, traktuje ją jak część linii melodycznej swojego życia. Przecież na pięciolinii pauzy odgrywają równie ważną rolę, jak nuty. Rodzi się przyzwyczajenie, a przyzwyczajenie to dobra cecha, tak myślę. Dzięki niemu w pewien sposób aklimatyzujemy się i przestają nam przeszkadzać drobne wady, niedoskonałości czy nawyki. Albo chociażby brak nawyków, brak kontaktu, nieobecność? Przyzwyczajenie to pewnego rodzaju równowaga. Coś jest takie, jakie jest i nawet jeśli nie jest to najlepsze rozwiązanie to jest w porządku.
O czym tutaj rozmawiam?
O czymś co przeżyłam pewnego wieczoru na Gotlandii i przeżywałam jeszcze przez parę kolejnych... a może i dłużej? Nic przyjemnego, mimo to muszę o tym wspomnieć, skoro wspominam wszystko co zostało mi w pamięci.
Przerwanie ciszy również nie jest złe. Jest wyjątkowe. O wiele bardziej doceniamy chwile, które nas zaskakują i do których nie jesteśmy przygotowani, a od razu sprawiają nam radość niż te, które dają radość na co dzień. Miłe zaskoczenie, odmiana, zaspokojenie tęsknoty, która jako przyzwyczajenie nie była tak odczuwalna, ale mimo to istniała gdzieś w środku nas. Ekscytacja nawet.
I na koniec... kubeł zimnej wody na głowę, kiedy uświadamiamy sobie, że intencje nie były tak wyniosłe, że powody zmiany są przyziemne i nie-bezinteresowne.
Nie do zniesienia jest bycie wrażliwym, kiedy się na kimś zawodzimy.
Przeciętny człowiek rzuci parę przekleństw i wraca do siebie, do swoich małych przyzwyczajeń.
Inny się zatrzyma na chwilę w pół-myśli, by nigdy nie wybaczyć tego, że się zawiódł.
Kolejny nawet nie zauważy powodu, by się gniewać.
A ja?
Idę na swoje krzesełko nad morzem i umieram z bólu serca.
Ale wybaczam. Wybaczam od razu, tylko czemu tak boli...?
O czym tutaj rozmawiam?
O czymś co przeżyłam pewnego wieczoru na Gotlandii i przeżywałam jeszcze przez parę kolejnych... a może i dłużej? Nic przyjemnego, mimo to muszę o tym wspomnieć, skoro wspominam wszystko co zostało mi w pamięci.
Przerwanie ciszy również nie jest złe. Jest wyjątkowe. O wiele bardziej doceniamy chwile, które nas zaskakują i do których nie jesteśmy przygotowani, a od razu sprawiają nam radość niż te, które dają radość na co dzień. Miłe zaskoczenie, odmiana, zaspokojenie tęsknoty, która jako przyzwyczajenie nie była tak odczuwalna, ale mimo to istniała gdzieś w środku nas. Ekscytacja nawet.
I na koniec... kubeł zimnej wody na głowę, kiedy uświadamiamy sobie, że intencje nie były tak wyniosłe, że powody zmiany są przyziemne i nie-bezinteresowne.
Nie do zniesienia jest bycie wrażliwym, kiedy się na kimś zawodzimy.
Przeciętny człowiek rzuci parę przekleństw i wraca do siebie, do swoich małych przyzwyczajeń.
Inny się zatrzyma na chwilę w pół-myśli, by nigdy nie wybaczyć tego, że się zawiódł.
Kolejny nawet nie zauważy powodu, by się gniewać.
A ja?
Idę na swoje krzesełko nad morzem i umieram z bólu serca.
Ale wybaczam. Wybaczam od razu, tylko czemu tak boli...?
sobota, 17 stycznia 2015
Wymiana runa
Jak to jest, że coś co było dla nas najważniejszym celem w życiu odsuwa się na drugi plan? Czy możemy to w jakiś sposób powstrzymać i czy powinniśmy? Czy jest coś złego w tym, że pojawiają się nowe szanse i możliwości? Czy za każdym razem kiedy się zmieniamy stajemy się kimś innym czy po prostu dojrzewamy do bycia sobą?
Mnóstwo pytań i nikt nie chce udzielić konkretnej odpowiedzi. Jedno jest pewne - słuchając własnej duszy nie jesteśmy w stanie zabłądzić. Jeśli zmieniając się dążymy do tego, by żyć w zgodzie z samym sobą - idziemy w dobrym kierunku.
19.05.
Coś średnio idzie nam to zamienne wstawanie o 5. Muszę dzisiaj przejąć zmianę Szymonową, bo jedzie w nocy do Visby odebrać Martę, którą jak się wyraził "położy" u mnie w pokoju. No i zaczęło się. Nie mogłam przestać się śmiać. Wyobrażałam sobie Martę jako paczkę, którą się przywozi i kładzie. Szymek na początku nie wiedział co w tym takiego zabawnego, ale udzielił mu się mój śmiech do łez. Cały wieczór czułam się jak na haju, żartom nie było końca. Chyba pękła między nami już i tak cienka granica zachowywania pozorów pracodawca-pracownik. W tym momencie byliśmy wyłącznie przyjaciółmi. Znamy się dopiero miesiąc czasu, ale z wieloma ludźmi, których znałam całe studia spędziłam o wiele mniej czasu niż z nim. W tym momencie już potrafimy zrozumieć się bez słów, śmiać się z naszych słabości i wytykać sobie błędy bez obrażania się czy złości. Potrafimy porozmawiać poważnie o osobistych zmartwieniach, o radości i rodzinie, przekazywać sobie zdobytą wiedzę, dyskutować godzinami o przyrodzie, ale przede wszystkim naszym głównym hobby powoli staje się szydzenie, docinanie i ironia. Nie za surowa jest ta Twoja niby-jajecznica? Podoba mi się ta relacja. Wnosi w pracę dużo luzu i swobody. Angelika z Asią robią szerokie oczy kiedy słyszą w jaki sposób przebiega nasza codzienna rozmowa przy kolacji. Ale dlaczego nie? Czemu nie podchodzić do wszystkiego z dystansem? No dobra, może historia jaką wymyśliliśmy o naszej sąsiadce - starszej Szwedce - sadzącej kwiaty w skrzynce, którą widać z okna w kuchni to lekka przesada... Chociaż kto wie, co tak naprawdę w tej skrzynce się znajdowało?!
Porzućmy zbędne konwenanse! (Podoba mi się ten zwrot)
Tak więc dziś w nocy Marta została przywieziona i położona na łóżku obok mnie, na chwilę się przebudziłam, ale zaraz zasnęłam stwierdzając, że nie jest to odpowiedni moment na zawieranie znajomości - tym bardziej, że za 2h wstaje i ruszam w teren. Bardzo dziwna sytuacja. Spać razem z jednym pokoju, a nie znać nawet twarzy drugiej osoby. Wstaje przed 5 i patrzę na łóżko obok - no jest, odwrócona plecami i śpi spokojnie. Staram się nie obudzić mojej nowej współlokatorki i po cichutku wychodzę z pokoju zabierając tylko parę ubrań coby w piżamie nie lunatykować w lesie. Pisklęta obecne, więc krótki manicure i jesteśmy gotowi do wyjazdu.
Przepiękne barwy ma poranek. Czemu ja nie wstaje codziennie tak wcześnie? Łatwo się to mówi będąc już na nogach, a kiedy taki pomysł przychodzi do głowy będąc jeszcze pod ciepłą kołderką - od razu odzywa się inny głos rozsądku, jak echo - pogięło cię?! Śpijże, jak ci dobrze. Potem wstajesz i żałujesz. Kto nie zna tego uczucia?
Dobrze, że czasem po prostu trzeba wstać.
Uwielbiam dzisiejszy poranek - nagrałam śpiew słowika, który od te chwili jest jednym z moich ulubionych. Czy to prawda, że śpiewają tylko przez parę tygodni w roku?
Korzystając z wyjazdu do Falluden, postanawiam wracać nieco inną drogą i wyjść na wieżę widokową - może zaobserwuje o tej porze jakieś ciekawe gatunki ptaków? Ania mówiła, że można tutaj spotkać nawet tokujące bataliony! Ale trzeba wstać jeszcze ze 2 godziny wcześniej... równo ze wschodem słońca. Mamy się kiedyś wybrać... czy się uda? Z wieży obserwuję mamę gęś prowadzącą swoje młode nad wodę - uroczy widok. Jak dobrze, że mój aparat jest równocześnie lornetką. Tak mi się podoba ten rodzinny spacer, że postanawiam uwiecznić go na krótkim filmiku. Trochę zmarzłam przez to swoje detaliczne fotografowanie w porannym świetle. Zanotowałam łabędzie, czaple siwe, ohary, gęsi zbożowe, nurogęsi, łyskę w gnieździe, samca potrzosa i oczywiście mewy.
Hmmm... a dlaczego gęsi chodzą gęsiego?
Wracam na chatę i poznaję Martę. Ze względu na moje podejście do ludzi i jej szczerą, uśmiechniętą buzię - twierdzę od razu, że będzie nam się dobrze razem mieszkać. Przez parę dni będzie nas 5 osób w domku, ale później musimy pożegnać się z Angeliką, co wiem, że nie będzie łatwe. Szymek daje mi polecenie nauczyć Martę pobierać krew z piskląt. Zabawne, niedawno sama się nauczyłam, a już mam kogoś szkolić. Nie ma problemu, udawanie fachowca mi nawet dobrze wychodzi - oczywiście przed kimś kto w ogóle nie ma zielonego pojęcia na dany temat. Będzie mi pomagać kiedy będę mieć dużo roboty, a w międzyczasie musi pozbierać materiały do swojej pracy magisterskiej i skończyć sprawę gąsienicznych odchodów. Kupa roboty, jak już wspominałam.
W lesie duże zmiany. Geofity powoli przekwitają, ale na tyle powoli, by w niektórych miejscach gryźć się z kolejnymi, późnowiosennymi kwiatami. Wymiana leśnego dywanu. Kojarzy mi się to z generalnymi porządkami, takimi od podstaw, od runa. Mimo to widać pewne wahanie - ciężko rozstać się z dawnym życiem choć tak naprawdę wzór wykładziny jest już niemodny i w wielu miejscach podgniły, a nowa wydaje się taka świeża, pociągająca i czysta.
Skoro sama natura dokonuje zmian w sposób ciągły i nieprzerywalny to chyba naturalne jest to również u człowieka... Bo jakby las wyglądał gdyby na czas remontu, przez parę wiosennych dni ściągana była wierzchnia warstwa gleby, na którą to dopiero nanosiłoby się tę nową, z nowym bankiem nasion, z żadnymi śladami przeszłości?
Kiepsko, chyba.
Mnóstwo pytań i nikt nie chce udzielić konkretnej odpowiedzi. Jedno jest pewne - słuchając własnej duszy nie jesteśmy w stanie zabłądzić. Jeśli zmieniając się dążymy do tego, by żyć w zgodzie z samym sobą - idziemy w dobrym kierunku.
19.05.
Coś średnio idzie nam to zamienne wstawanie o 5. Muszę dzisiaj przejąć zmianę Szymonową, bo jedzie w nocy do Visby odebrać Martę, którą jak się wyraził "położy" u mnie w pokoju. No i zaczęło się. Nie mogłam przestać się śmiać. Wyobrażałam sobie Martę jako paczkę, którą się przywozi i kładzie. Szymek na początku nie wiedział co w tym takiego zabawnego, ale udzielił mu się mój śmiech do łez. Cały wieczór czułam się jak na haju, żartom nie było końca. Chyba pękła między nami już i tak cienka granica zachowywania pozorów pracodawca-pracownik. W tym momencie byliśmy wyłącznie przyjaciółmi. Znamy się dopiero miesiąc czasu, ale z wieloma ludźmi, których znałam całe studia spędziłam o wiele mniej czasu niż z nim. W tym momencie już potrafimy zrozumieć się bez słów, śmiać się z naszych słabości i wytykać sobie błędy bez obrażania się czy złości. Potrafimy porozmawiać poważnie o osobistych zmartwieniach, o radości i rodzinie, przekazywać sobie zdobytą wiedzę, dyskutować godzinami o przyrodzie, ale przede wszystkim naszym głównym hobby powoli staje się szydzenie, docinanie i ironia. Nie za surowa jest ta Twoja niby-jajecznica? Podoba mi się ta relacja. Wnosi w pracę dużo luzu i swobody. Angelika z Asią robią szerokie oczy kiedy słyszą w jaki sposób przebiega nasza codzienna rozmowa przy kolacji. Ale dlaczego nie? Czemu nie podchodzić do wszystkiego z dystansem? No dobra, może historia jaką wymyśliliśmy o naszej sąsiadce - starszej Szwedce - sadzącej kwiaty w skrzynce, którą widać z okna w kuchni to lekka przesada... Chociaż kto wie, co tak naprawdę w tej skrzynce się znajdowało?!
Porzućmy zbędne konwenanse! (Podoba mi się ten zwrot)
Tak więc dziś w nocy Marta została przywieziona i położona na łóżku obok mnie, na chwilę się przebudziłam, ale zaraz zasnęłam stwierdzając, że nie jest to odpowiedni moment na zawieranie znajomości - tym bardziej, że za 2h wstaje i ruszam w teren. Bardzo dziwna sytuacja. Spać razem z jednym pokoju, a nie znać nawet twarzy drugiej osoby. Wstaje przed 5 i patrzę na łóżko obok - no jest, odwrócona plecami i śpi spokojnie. Staram się nie obudzić mojej nowej współlokatorki i po cichutku wychodzę z pokoju zabierając tylko parę ubrań coby w piżamie nie lunatykować w lesie. Pisklęta obecne, więc krótki manicure i jesteśmy gotowi do wyjazdu.
Przepiękne barwy ma poranek. Czemu ja nie wstaje codziennie tak wcześnie? Łatwo się to mówi będąc już na nogach, a kiedy taki pomysł przychodzi do głowy będąc jeszcze pod ciepłą kołderką - od razu odzywa się inny głos rozsądku, jak echo - pogięło cię?! Śpijże, jak ci dobrze. Potem wstajesz i żałujesz. Kto nie zna tego uczucia?
Dobrze, że czasem po prostu trzeba wstać.
Uwielbiam dzisiejszy poranek - nagrałam śpiew słowika, który od te chwili jest jednym z moich ulubionych. Czy to prawda, że śpiewają tylko przez parę tygodni w roku?
Korzystając z wyjazdu do Falluden, postanawiam wracać nieco inną drogą i wyjść na wieżę widokową - może zaobserwuje o tej porze jakieś ciekawe gatunki ptaków? Ania mówiła, że można tutaj spotkać nawet tokujące bataliony! Ale trzeba wstać jeszcze ze 2 godziny wcześniej... równo ze wschodem słońca. Mamy się kiedyś wybrać... czy się uda? Z wieży obserwuję mamę gęś prowadzącą swoje młode nad wodę - uroczy widok. Jak dobrze, że mój aparat jest równocześnie lornetką. Tak mi się podoba ten rodzinny spacer, że postanawiam uwiecznić go na krótkim filmiku. Trochę zmarzłam przez to swoje detaliczne fotografowanie w porannym świetle. Zanotowałam łabędzie, czaple siwe, ohary, gęsi zbożowe, nurogęsi, łyskę w gnieździe, samca potrzosa i oczywiście mewy.
Hmmm... a dlaczego gęsi chodzą gęsiego?
Wracam na chatę i poznaję Martę. Ze względu na moje podejście do ludzi i jej szczerą, uśmiechniętą buzię - twierdzę od razu, że będzie nam się dobrze razem mieszkać. Przez parę dni będzie nas 5 osób w domku, ale później musimy pożegnać się z Angeliką, co wiem, że nie będzie łatwe. Szymek daje mi polecenie nauczyć Martę pobierać krew z piskląt. Zabawne, niedawno sama się nauczyłam, a już mam kogoś szkolić. Nie ma problemu, udawanie fachowca mi nawet dobrze wychodzi - oczywiście przed kimś kto w ogóle nie ma zielonego pojęcia na dany temat. Będzie mi pomagać kiedy będę mieć dużo roboty, a w międzyczasie musi pozbierać materiały do swojej pracy magisterskiej i skończyć sprawę gąsienicznych odchodów. Kupa roboty, jak już wspominałam.
W lesie duże zmiany. Geofity powoli przekwitają, ale na tyle powoli, by w niektórych miejscach gryźć się z kolejnymi, późnowiosennymi kwiatami. Wymiana leśnego dywanu. Kojarzy mi się to z generalnymi porządkami, takimi od podstaw, od runa. Mimo to widać pewne wahanie - ciężko rozstać się z dawnym życiem choć tak naprawdę wzór wykładziny jest już niemodny i w wielu miejscach podgniły, a nowa wydaje się taka świeża, pociągająca i czysta.
Skoro sama natura dokonuje zmian w sposób ciągły i nieprzerywalny to chyba naturalne jest to również u człowieka... Bo jakby las wyglądał gdyby na czas remontu, przez parę wiosennych dni ściągana była wierzchnia warstwa gleby, na którą to dopiero nanosiłoby się tę nową, z nowym bankiem nasion, z żadnymi śladami przeszłości?
Kiepsko, chyba.
wtorek, 13 stycznia 2015
Maki, szpaki i żurawie
18.05.
Wyjątkowo mi się dobrze wstaje o 4.30. No, dobra, wyłączam wtedy pierwszy budzik. Drugi za kolejne 10 minut i staram się przed 5 być na nogach. Jedyne co muszę zrobić przed wyjściem to ubrać się i zapakować pisklęta do pudełka, wcześniej obcinając im pazurki. Na śniadanie jest za wcześnie, a wszelkie zabiegi doprowadzania się do ładu i wyglądu wyjściowego są zbędne. W lesie nie trzeba dobrze wyglądać. Albo inaczej - w lesie zawsze się dobrze wygląda! Odkrywam więc pokrywę inkubatora z jednym okiem wciąż zamkniętym i z nadzieją, że jednak może nic się nie wykluło przez noc i będę mogła pospać jeszcze trochę. Odgłosy delikatnego popiskiwania i szelest skorupek i kartonu daje mi znać, że jednak trzeba będzie odpalić zimną Jettę. Przygotowuje podgrzewacze i spisuje na formularzach co i gdzie się wykluło. Obcinam paznokcia każdemu nowemu stworzonku i lecę w trasę żeby jak najszybciej małe dostały jedzonko. Uśmiecham się wsiadając do mojego samochodu - mój - przyzwyczaiłam się już do tego co w nim działa sprawnie, a co mniej, do jego dźwięku i wyglądu. Chyba zbyt szybko się przyzwyczajam. Ciekawe, ile musiałabym zapłacić żeby wrócić nim do domu, na Podkarpacie? Rozmarzyłam się. W radio stacja Jedynka puszcza same polskie piosenki w miesiącu maju, bardzo mnie to cieszy, bo można śmiało pośpiewać, przypomnieć sobie jakieś dobre starocie, a i poznać nowe. Stałym punktem wyjazdów porannych stają się również żurawie - zawsze stoją na tym samym zaoranym polu. Tym razem całe 7 sztuk! Wśród nich błąkają się mewy i krzyżówki. Ruchu na drodze nie ma wcale, więc spokojnie można się zatrzymać na środku drogi, odsunąć szybę i porobić parę zdjęć. Ciężko na tych drogach zjechać na pobocze, a niektóre z nich są wyjątkowo wąskie. Co kawałek pojawia się jednak zatoczka z niebieskim znakiem "M", które tłumaczę sobie jako "mijanie", ale to raczej z pewnością nie jest skrót z polskiego języka.
Udaje mi się dzisiaj sfotografować bielika, tak by go później oznaczyć - więc potwierdzone, lata mi nad głową i już nie mogę się doczekać aż ujrzę go z bliższej odległości. Bo muszę go zobaczyć.
Po odwiezieniu piskląt do gniazd wracam na śniadanie, robię sobie kawkę i czekam aż wstanie reszta załogi. Nie potrafię zasnąć drugi raz choć chęci przed wyjazdem jeszcze są. Później jestem już za bardzo rozbudzona i pozytywnie nastawiona na cały dzień. Domek dopiero koło 7-8 zaczyna żyć. Nikt się też za bardzo nie śpieszy, bo pracy jest wciąż tyle, by się rano wyspać, wszystko zrobić bez pośpiechu i wieczór mieć dla siebie.
Już przestaliśmy się dzielić mapkami z francuską załogą ponieważ terenów do sprawdzenia jest coraz mniej, a ich wciąż dużo. Na czas zajęcia się już naszym eksperymentem, umawiamy się, że będziemy się do nich zgłaszać po mapy przynajmniej raz w tygodniu - żeby nie mieli później pretensji kiedy będą dzielić się z nami danymi o gniazdach. Jeżdżenie po mapy przypadało oczywiście mnie, ale po dwóch takich wyjazdach już się nie wstydziłam. Zazwyczaj polegało to na tym, że wchodziłam, witałam się i pytałam czy mają coś dla nas na kolejny dzień, a ktoś z nich wstawał i podawał mi mapy. Is it all clear? Yes, thanks, bye bye. Czasem coś trzeba było dopytać lub wejść w głębszą dyskusję, ale wszystko na poziomie "Jak nie wiesz jak powiedzieć to machaj rękami". Francuzi zajmowali duży, biały dom w Burgsvik, byli młodzi i bardzo specyficznej urody. Widać było, że cieszą się pobytem na wyspie. Część z nich prowadziła własne badania na bogatkach, a reszta pomagała za darmowy bilet, nocleg i diety... i oczywiście bezcenny czas na wieczornych grillach czy wycieczkach nad morze. Kto by nie chciał tak dać się wykorzystać?
Tym razem dostaliśmy do zrobienia ogrody. Szwedzi lubią mieć w swoich przydomowych ogródkach założonych 10, a nawet 15 budek lęgowych, jakby chcieli do siebie ściągnąć przyrodę jeszcze bliżej - choć już jest w zasięgu ręki. Ogrodów do objechania jest dużo, bo około 20, ale trzeba zobaczyć przynajmniej raz na tydzień do tych budek, aby na końcu sezonu móc zaobrączkować jak najwięcej ptaków. Budki w ogrodach są o wiele wyżej niż te założone specjalnie do badań. Jeździmy więc z drabiną przyczepioną do bagażnika, która co jakiś czas wydaje się spadać co wprawia nas w zawały sercowe. Szymek wychodzi na taką drabinę, a ja stoję obok, boje się o niego i dodatkowo zapisuję informację o gnieździe i gatunku i zaznaczam punkt GPS, żeby kolejnym razem łatwiej było znaleźć budkę. Podobają mi się te ogrody, niektóre mają bardzo fajny klimat, zazwyczaj nie nawiązują do jednego stylu, ale gromadzą tak ciekawe sprzęty, zestawy wypoczynkowe i atrakcje, że warto się zatrzymać, pohuśtać, usiąść, a choćby popatrzeć. Szwedzi zapraszają nas z otwartymi ramionami do ogrodów, nie mają nic przeciwko żebyśmy checking boxes, a zazwyczaj ich po prostu nie ma, siedzą w ciepłych gabinetach w Sztokholmie i czekają na cieplejsze letnie dni, by wziąć urlop, zabrać rodzinę i przyjechać na Gotlandię.
Poprzedniego dnia grill był u nas. Ładna pogoda, dobre mięsko, wino, piwko, parę zakręconych Polaków i powód do świętowania gotowy. Przygotowaliśmy też sałatki, suszone śliwki w wędzonym boczku (na pewno sprzedam ten przepis jak wrócę do kraju), paskudne kiełbaski... naprawdę paskudne. Szwedzi albo nie doprawiają w ogóle, albo przesadzają z solą. Kiełbaski są tak słone, że rosną w ustach i nie chcą przejść przez gardło, ale kupujemy je i tak - jak to grill bez kiełbasek? Poza tym karkówka już doprawiona w sklepie - tym specjałem mogą się pochwalić. Zapraszamy Anię, Adama i nowo przybyłą dziewczynę, której jeszcze nie zdążyłam poznać na naszego grilla. Szymek pilnuję mięsa jak na mężczyznę przystało, podczas gdy ja, Asia i Angelika zaczynamy już biesiadę otwierając pierwsze wino...
Jemy już kolację kiedy przychodzą goście z domku obok. Nowa Ola przynosi martini, okazuje się, że ma imieniny tego dnia. Zatrzymuje się przy mnie na dłużej kiedy się sobie przedstawiamy - ja cię skądś znam - mówi. Jak to możliwe? A skąd jesteś? Białystok. Drugi kraniec Polski, ale do głowy przychodzi mi ekipa z Białegostoku, którą miałam okazję poznać na pracach terenowych. Po paru minutach udaje nam się dojść do tego, gdzie się poznałyśmy, a nawet spędziłyśmy parę dni w jednym miejscu na Pogórzu Przemyskim. Przez cały wieczór nie mogę wyjść z podziwu - jaki ten świat jest mały! Spotkać znajomą osobę na Gotlandii? Robi się trochę chłodno, a spać się nie chce, więc na dalszą część biesiady przenosimy się do stołu kuchennego. Tematy rzadko schodzą z przyrodniczych nowinek i historii, ale ze względu na długi już pobyt wspólnie na wyspie, zahaczają o przyrodniczo-psychodeliczne... Nie ważne.
Wyjątkowo mi się dobrze wstaje o 4.30. No, dobra, wyłączam wtedy pierwszy budzik. Drugi za kolejne 10 minut i staram się przed 5 być na nogach. Jedyne co muszę zrobić przed wyjściem to ubrać się i zapakować pisklęta do pudełka, wcześniej obcinając im pazurki. Na śniadanie jest za wcześnie, a wszelkie zabiegi doprowadzania się do ładu i wyglądu wyjściowego są zbędne. W lesie nie trzeba dobrze wyglądać. Albo inaczej - w lesie zawsze się dobrze wygląda! Odkrywam więc pokrywę inkubatora z jednym okiem wciąż zamkniętym i z nadzieją, że jednak może nic się nie wykluło przez noc i będę mogła pospać jeszcze trochę. Odgłosy delikatnego popiskiwania i szelest skorupek i kartonu daje mi znać, że jednak trzeba będzie odpalić zimną Jettę. Przygotowuje podgrzewacze i spisuje na formularzach co i gdzie się wykluło. Obcinam paznokcia każdemu nowemu stworzonku i lecę w trasę żeby jak najszybciej małe dostały jedzonko. Uśmiecham się wsiadając do mojego samochodu - mój - przyzwyczaiłam się już do tego co w nim działa sprawnie, a co mniej, do jego dźwięku i wyglądu. Chyba zbyt szybko się przyzwyczajam. Ciekawe, ile musiałabym zapłacić żeby wrócić nim do domu, na Podkarpacie? Rozmarzyłam się. W radio stacja Jedynka puszcza same polskie piosenki w miesiącu maju, bardzo mnie to cieszy, bo można śmiało pośpiewać, przypomnieć sobie jakieś dobre starocie, a i poznać nowe. Stałym punktem wyjazdów porannych stają się również żurawie - zawsze stoją na tym samym zaoranym polu. Tym razem całe 7 sztuk! Wśród nich błąkają się mewy i krzyżówki. Ruchu na drodze nie ma wcale, więc spokojnie można się zatrzymać na środku drogi, odsunąć szybę i porobić parę zdjęć. Ciężko na tych drogach zjechać na pobocze, a niektóre z nich są wyjątkowo wąskie. Co kawałek pojawia się jednak zatoczka z niebieskim znakiem "M", które tłumaczę sobie jako "mijanie", ale to raczej z pewnością nie jest skrót z polskiego języka.
Udaje mi się dzisiaj sfotografować bielika, tak by go później oznaczyć - więc potwierdzone, lata mi nad głową i już nie mogę się doczekać aż ujrzę go z bliższej odległości. Bo muszę go zobaczyć.
Po odwiezieniu piskląt do gniazd wracam na śniadanie, robię sobie kawkę i czekam aż wstanie reszta załogi. Nie potrafię zasnąć drugi raz choć chęci przed wyjazdem jeszcze są. Później jestem już za bardzo rozbudzona i pozytywnie nastawiona na cały dzień. Domek dopiero koło 7-8 zaczyna żyć. Nikt się też za bardzo nie śpieszy, bo pracy jest wciąż tyle, by się rano wyspać, wszystko zrobić bez pośpiechu i wieczór mieć dla siebie.
Już przestaliśmy się dzielić mapkami z francuską załogą ponieważ terenów do sprawdzenia jest coraz mniej, a ich wciąż dużo. Na czas zajęcia się już naszym eksperymentem, umawiamy się, że będziemy się do nich zgłaszać po mapy przynajmniej raz w tygodniu - żeby nie mieli później pretensji kiedy będą dzielić się z nami danymi o gniazdach. Jeżdżenie po mapy przypadało oczywiście mnie, ale po dwóch takich wyjazdach już się nie wstydziłam. Zazwyczaj polegało to na tym, że wchodziłam, witałam się i pytałam czy mają coś dla nas na kolejny dzień, a ktoś z nich wstawał i podawał mi mapy. Is it all clear? Yes, thanks, bye bye. Czasem coś trzeba było dopytać lub wejść w głębszą dyskusję, ale wszystko na poziomie "Jak nie wiesz jak powiedzieć to machaj rękami". Francuzi zajmowali duży, biały dom w Burgsvik, byli młodzi i bardzo specyficznej urody. Widać było, że cieszą się pobytem na wyspie. Część z nich prowadziła własne badania na bogatkach, a reszta pomagała za darmowy bilet, nocleg i diety... i oczywiście bezcenny czas na wieczornych grillach czy wycieczkach nad morze. Kto by nie chciał tak dać się wykorzystać?
Tym razem dostaliśmy do zrobienia ogrody. Szwedzi lubią mieć w swoich przydomowych ogródkach założonych 10, a nawet 15 budek lęgowych, jakby chcieli do siebie ściągnąć przyrodę jeszcze bliżej - choć już jest w zasięgu ręki. Ogrodów do objechania jest dużo, bo około 20, ale trzeba zobaczyć przynajmniej raz na tydzień do tych budek, aby na końcu sezonu móc zaobrączkować jak najwięcej ptaków. Budki w ogrodach są o wiele wyżej niż te założone specjalnie do badań. Jeździmy więc z drabiną przyczepioną do bagażnika, która co jakiś czas wydaje się spadać co wprawia nas w zawały sercowe. Szymek wychodzi na taką drabinę, a ja stoję obok, boje się o niego i dodatkowo zapisuję informację o gnieździe i gatunku i zaznaczam punkt GPS, żeby kolejnym razem łatwiej było znaleźć budkę. Podobają mi się te ogrody, niektóre mają bardzo fajny klimat, zazwyczaj nie nawiązują do jednego stylu, ale gromadzą tak ciekawe sprzęty, zestawy wypoczynkowe i atrakcje, że warto się zatrzymać, pohuśtać, usiąść, a choćby popatrzeć. Szwedzi zapraszają nas z otwartymi ramionami do ogrodów, nie mają nic przeciwko żebyśmy checking boxes, a zazwyczaj ich po prostu nie ma, siedzą w ciepłych gabinetach w Sztokholmie i czekają na cieplejsze letnie dni, by wziąć urlop, zabrać rodzinę i przyjechać na Gotlandię.
Poprzedniego dnia grill był u nas. Ładna pogoda, dobre mięsko, wino, piwko, parę zakręconych Polaków i powód do świętowania gotowy. Przygotowaliśmy też sałatki, suszone śliwki w wędzonym boczku (na pewno sprzedam ten przepis jak wrócę do kraju), paskudne kiełbaski... naprawdę paskudne. Szwedzi albo nie doprawiają w ogóle, albo przesadzają z solą. Kiełbaski są tak słone, że rosną w ustach i nie chcą przejść przez gardło, ale kupujemy je i tak - jak to grill bez kiełbasek? Poza tym karkówka już doprawiona w sklepie - tym specjałem mogą się pochwalić. Zapraszamy Anię, Adama i nowo przybyłą dziewczynę, której jeszcze nie zdążyłam poznać na naszego grilla. Szymek pilnuję mięsa jak na mężczyznę przystało, podczas gdy ja, Asia i Angelika zaczynamy już biesiadę otwierając pierwsze wino...
Jemy już kolację kiedy przychodzą goście z domku obok. Nowa Ola przynosi martini, okazuje się, że ma imieniny tego dnia. Zatrzymuje się przy mnie na dłużej kiedy się sobie przedstawiamy - ja cię skądś znam - mówi. Jak to możliwe? A skąd jesteś? Białystok. Drugi kraniec Polski, ale do głowy przychodzi mi ekipa z Białegostoku, którą miałam okazję poznać na pracach terenowych. Po paru minutach udaje nam się dojść do tego, gdzie się poznałyśmy, a nawet spędziłyśmy parę dni w jednym miejscu na Pogórzu Przemyskim. Przez cały wieczór nie mogę wyjść z podziwu - jaki ten świat jest mały! Spotkać znajomą osobę na Gotlandii? Robi się trochę chłodno, a spać się nie chce, więc na dalszą część biesiady przenosimy się do stołu kuchennego. Tematy rzadko schodzą z przyrodniczych nowinek i historii, ale ze względu na długi już pobyt wspólnie na wyspie, zahaczają o przyrodniczo-psychodeliczne... Nie ważne.
poniedziałek, 12 stycznia 2015
Jasna noc
Strach to bardzo dziwne uczucie. Z jednej strony paraliżuje i skłania do braku jakichkolwiek działań. Innym zaś razem zmusza do ucieczki, poszukiwań, a nawet motywuje. Więc co to właściwie jest? Strach pobudza szacunek, sprawia, że żyjemy w zgodzie z naszymi przekonaniami, że robimy więcej dobrego niż złego. Widać go w oczach, w gestach, czuć w atmosferze, unosi się i przedziera. Czy da się go pozbyć w pojedynkę? Strach lubi samotność, ale przyjaźni się również z wielką miłością. Przez niego mamy ciarki, drżą nam ręce, zapalamy światło... by po czasie stwierdzić, że niepotrzebnie się baliśmy. Mimo to, mija parę chwil i boimy się znów. O to samo, o coś innego, o coś co wypłynęło w międzyczasie z naszych myśli...
Kiedyś mówiłam, że lubię się bać. To prawda, lubię się bać, ale tylko przy boku kogoś kto boi się ze mną o to samo.
Jedyne co jest w strachu pewne - w końcu znika. Przechodzi w pewność, nową szansę, spełnienie, w dobre lub złe czyny. Ale przechodzi.
Zamknijmy więc oczy i nie bójmy się bać.
17.05.
Ja mam pobierać krew z tego dziwnego dwucentymetrowego i dwudniowego stworzenia, sama? No dobra. Skoro Szymon uważa, że sobie dam radę to pewnie sobie dam radę. Przecież to tylko wkłucie się do żyłki, jedynej małej, znajdującej się na cienkiej nóżce tego stworzonka. Przy okazji pasowałoby wbić się tak żeby poleciała jedna kropla, a nie wszystkie, na pewno nieliczne, jakie znajdują się w tym ciałku. Pasowałoby też nie spowodować krwiaka przekłuwając się na wylot. Fajnie byłoby również w trakcie wszystkich czynności związanych z pobraniem krwi nie wychłodzić małego żeby nam nie zdechł jeszcze tego samego dnia. No pestka! Moje szkolenie? Pokaz Szymonowy na dwóch nóżkach piskląt i moje próby przy nim na kolejnych trzech - w tym dwie udane. No, to jutro jedziesz sama, ok? Ok...
Mamy dobry ekspres do kawy, ale Szymon zawsze go rano najpierw zajmuje i parzy kawę na 2-3 kubki, które dopija popołudniu. Mam ochotę na taką kawę więc kupiwszy swoją sypaną odlewam Szymonową do kubka i zostawiam pod nim karteczkę "Szymonowa kawa". Jadę w teren.
Pogoda jest pięknie-słoneczna. Nie mam dużo do objechania więc postanawiam spędzić więcej czasu w Grunett. Zabieram aparat i, co rzadko robię, ubieram okulary przeciwsłoneczne. Bez kurtki się jednak nie obejdzie - wieje. Mam dzisiaj dobry humor. Bawię się na trybie manualnym. Polubiłam moje stałe i powtarzające się obiekty fotograficzne - murki, porosty, storczyki, łąka, krowa, wiatraki... i znów kamienie.
Wracam do domu i widzę na łóżku karteczkę, a na niej napis "A czy wiesz, że możesz pić Szymonową kawę? :)". Uśmiecham się jeszcze długo. Jakie to proste - sprawić odrobinę radości.
Wieczorem przegapiam zachód słońca. No cóż - na pewno nie był fantastyczny, był co najwyżej dobry. Ale czy na pewno już zaszło słońce? Godzina zachodu, którą sprawdzam co parę dni już minęła dawno - a nadal jakoś widno na dworze... Może słońce dziś się zacięło nad horyzontem? Nic nie stoi na przeszkodzie żeby to sprawdzić. Idę więc na spacer po-zachodni. Zza drzew wyłaniają mi się powoli przygasłe już barwy dzisiejszego zachodu. O nie, jednak musiał być piękny. No nic, będę się starała już żadnego z takich nie przegapić. Nie mam na to czasu i ochoty, zbyt krótko trwa mój pobyt tutaj żeby tak po prostu ich nie widzieć. A co z tym jasnym niebem? Idę na spacer ścieżką obok domków letniskowych aż na główną drogę i wracam naszym głównym wjazdem. Nie potrzebuję latarki, nie potrzebuję lampy błyskowej... W tym momencie potrzebuje czegoś innego... Patrzę na jasne niebo gdy na słuchawkach rozpoczyna się piosenka, która zawsze mnie wzrusza.
Chyba tu jeszcze trochę pobędę... przynajmniej 4 minuty i 3 sekundy.
Kiedyś mówiłam, że lubię się bać. To prawda, lubię się bać, ale tylko przy boku kogoś kto boi się ze mną o to samo.
Jedyne co jest w strachu pewne - w końcu znika. Przechodzi w pewność, nową szansę, spełnienie, w dobre lub złe czyny. Ale przechodzi.
Zamknijmy więc oczy i nie bójmy się bać.
17.05.
Ja mam pobierać krew z tego dziwnego dwucentymetrowego i dwudniowego stworzenia, sama? No dobra. Skoro Szymon uważa, że sobie dam radę to pewnie sobie dam radę. Przecież to tylko wkłucie się do żyłki, jedynej małej, znajdującej się na cienkiej nóżce tego stworzonka. Przy okazji pasowałoby wbić się tak żeby poleciała jedna kropla, a nie wszystkie, na pewno nieliczne, jakie znajdują się w tym ciałku. Pasowałoby też nie spowodować krwiaka przekłuwając się na wylot. Fajnie byłoby również w trakcie wszystkich czynności związanych z pobraniem krwi nie wychłodzić małego żeby nam nie zdechł jeszcze tego samego dnia. No pestka! Moje szkolenie? Pokaz Szymonowy na dwóch nóżkach piskląt i moje próby przy nim na kolejnych trzech - w tym dwie udane. No, to jutro jedziesz sama, ok? Ok...
Mamy dobry ekspres do kawy, ale Szymon zawsze go rano najpierw zajmuje i parzy kawę na 2-3 kubki, które dopija popołudniu. Mam ochotę na taką kawę więc kupiwszy swoją sypaną odlewam Szymonową do kubka i zostawiam pod nim karteczkę "Szymonowa kawa". Jadę w teren.
Pogoda jest pięknie-słoneczna. Nie mam dużo do objechania więc postanawiam spędzić więcej czasu w Grunett. Zabieram aparat i, co rzadko robię, ubieram okulary przeciwsłoneczne. Bez kurtki się jednak nie obejdzie - wieje. Mam dzisiaj dobry humor. Bawię się na trybie manualnym. Polubiłam moje stałe i powtarzające się obiekty fotograficzne - murki, porosty, storczyki, łąka, krowa, wiatraki... i znów kamienie.
Wracam do domu i widzę na łóżku karteczkę, a na niej napis "A czy wiesz, że możesz pić Szymonową kawę? :)". Uśmiecham się jeszcze długo. Jakie to proste - sprawić odrobinę radości.
Wieczorem przegapiam zachód słońca. No cóż - na pewno nie był fantastyczny, był co najwyżej dobry. Ale czy na pewno już zaszło słońce? Godzina zachodu, którą sprawdzam co parę dni już minęła dawno - a nadal jakoś widno na dworze... Może słońce dziś się zacięło nad horyzontem? Nic nie stoi na przeszkodzie żeby to sprawdzić. Idę więc na spacer po-zachodni. Zza drzew wyłaniają mi się powoli przygasłe już barwy dzisiejszego zachodu. O nie, jednak musiał być piękny. No nic, będę się starała już żadnego z takich nie przegapić. Nie mam na to czasu i ochoty, zbyt krótko trwa mój pobyt tutaj żeby tak po prostu ich nie widzieć. A co z tym jasnym niebem? Idę na spacer ścieżką obok domków letniskowych aż na główną drogę i wracam naszym głównym wjazdem. Nie potrzebuję latarki, nie potrzebuję lampy błyskowej... W tym momencie potrzebuje czegoś innego... Patrzę na jasne niebo gdy na słuchawkach rozpoczyna się piosenka, która zawsze mnie wzrusza.
Chyba tu jeszcze trochę pobędę... przynajmniej 4 minuty i 3 sekundy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)