poniedziałek, 17 października 2016

Twoje myśli - Twoja rzeczywistość

18.06.

Ostatni dzień na wyspie. Ostatni dzień na wyspie! Kto mu pozwolił tak sobie po prostu nadejść, jak śmiał? Nadszedł, trzeba się z tym pogodzić i przeżyć go jak najlepiej. A przynajmniej tak go przeżyć, by go nie stracić rozmyślając nad jego sensem. Często błądzimy w takim młynie wody, która nie ma swojego biegu, a jedynie przewala się w okół własnej osi, ja też. Dzisiaj będzie inaczej - nie żeby rozmyślań nie było, ale będą hmm... przemyślane.

Tymczasem proza życia - solidne porządki w domku i w samochodzie Szymona. Mój już dawno wysprzątany i oddany do wypożyczalni. A miałam go sobie ukraść do Polski! Porządki naprawdę robimy bez pośpiechu i bez zbywania - przecieramy każdy kąt w lodówce i piekarniku, żeby pozostawić po sobie jak najlepsze wrażenie. W końcu Szymon jeszcze tu wróci nieraz. A ja? Czy wrócę? Z pewnością, ale pewnie już nie na badania, a z mężem i gromadką dzieci. Gotlandia to świetne miejsce na wypoczynek i chciałabym się pochwalić miejscami, które tu znalazłam (sama czy z odrobiną pomocy) osobom, z którymi kiedyś będę walczyć z codziennością. Może nie jest to najbardziej ekonomiczne miejsce. W ogóle nie jest. Ale i tak przyjadę, czuję i wierzę w to.

Tak więc sprzątamy i wymieniamy się ostatnimi nienajmądrzejszymi poglądami na temat naszych ostatnich przygód. Za tym też będę tęsknić. Udało nam się złapać z Szymkiem niecodzienny kontakt - bo kontakt prosty, szczery, nieudawany, a przez to niezwykle oryginalny. Rzadko spotykamy ludzi, z którymi jesteśmy kompletnie szczerzy. Ludzi, z którymi wydaje nam się, że nie mamy tajemnic - nazywamy przyjaciółmi. A czy spróbowaliśmy z naszym przyjacielem spędzić kiedyś 2 miesiące na wyspie? Mówię oczywiście o przysłowiowym czasie, w którym jesteśmy z kimś przez kilka dni non stop i wciąż potrafimy się do siebie uśmiechać. Szanujmy bliskich, którzy potrafią znieść zarówno nasze najlepsze, jak i najgorsze dni. A i te najlepsze czasem ciężko spędzić bez uczucia zazdrości. Tak naprawdę myślę, że, gdybyśmy byli sobą i szanowali to, że inni też są sobą - dalibyśmy radę żyć z każdym człowiekiem na Ziemi. Niestety, zbyt często udajemy kogoś innego, by później chcąc-niechcąc, pokazać swoją prawdziwą twarz, a tym samym zawieść czyjeś zaufanie i oszukać. Niepotrzebnie. Akceptujmy siebie i innych. Po prostu nie musimy otaczać się ludźmi, którzy na nas mają destruktywny wpływ. Będąc sobą - przyciągniemy tych, których naprawdę potrzebujemy, którzy wniosą coś dobrego do naszego życia.

Wracając do tematu czyszczenia piekarnika... sprzątanie i pakowanie zajmuje nam niemal cały dzień. Chcemy wyrobić się przed nocą, która i tak będzie krótka - musimy wstać bardzo wcześnie, by zdążyć dojechać na prom do Visby. Tak czy siak - na zachód słońca zdążyć muszę. Chwytam w ostatniej chwili aparat i biegnę najkrótszą ścieżką nad brzeg.




Jest pięknie. I straaasznie smutno. Nikt nie lubi pożegnań, ale niektórzy znoszą je gorzej niż inni. Ja jestem z tych, którzy najpierw rozważają wszystkie możliwości konieczności pożegnania, nim w ogóle zaczną sam jego proces. Zatem - konieczność nastała. Bezpodstawnie, ale nieodwołalnie.

Co dalej?



______________

Czy zastanawiałeś się kiedyś głębiej nad tym, co spróbowałbyś zrobić, gdybyś wiedział, że na pewno Ci się to uda?
Czy nie wystraszyłbyś się tak oczywistych konsekwencji?

poniedziałek, 26 września 2016

Czasami tylko

Potrzebowałam wyspy tak bardzo, że nie zauważyłam ile jej zawdzięczam. Oczekiwałam na cud i nie do końca rozumiałam ile daje mi samo oczekiwanie. Chciałam żeby każde moje zawirowanie w głowie przyniosło odpowiedź z głębi lasu, spod nadciągającej fali, ze śpiewu drozdów, przenikło przez zachodzące słońce i rozmyło się na horyzoncie we mgle.

To nie tak działa. W zapobieganiu myślom, które nas dręczą nie chodzi o ich unikanie, a raczej o zmianę sposobu myślenia. Musimy sobie uświadomić, że w miejscu, w którym jesteśmy tu i w czasie, który przeżywamy teraz - możemy być szczęśliwi. Reszta przyjdzie sama.

"Kochaj tak, jakbyś nie bał się być sam". To bardzo trudne, dawać miłość nie oczekując nic w zamian. Ale tylko taka jest prawdziwa. Nie ta z rozsądku i nie ta z litości. Nic na siłę.

__________



Jeszcze nie dokończyłam opowiadania o mojej przygodzie na wyspie. Czekam na odpowiedni moment. No i może trochę przeciągam sprawę zamknięcia bloga. Nie chcę zmieniać jego koncepcji. Zaczęłam go pisać na zakręcie swojego życia i chcę, by ten zakręt pozostał gdzieś na zawsze, bez zbędnych pytań: co dalej? 
W końcu przecież, jak ustaliliśmy, niczego nie żałuję.

__________

Twoje myśli tworzą Twoją rzeczywistość.

wtorek, 19 lipca 2016

(re)akcja wyspy

16-17.06.

Idę ostatni raz sprawdzić budki, sprawdzić czy wszystkie pisklęta wyleciały z gniazd. Nie potrafię po prostu pożegnać się z tym miejscem, za dużo dla mnie znaczyło. Może gdyby chodziło jedynie o fizyczne opuszczenie wyspy, byłoby łatwiej. Niestety, wiązałam z tym miejscem o wiele więcej nadziei niż było w stanie mi zapewnić. Przyjechałam z myślą, że dystans szerokości morza i niemal całej Polski pomoże mi popatrzeć na swoje rozterki świeżym okiem, obiektywnie i rozsądnie. Tak było, na samym początku. Później zaczęłam się znowu wkręcać w swoje rozmyślenia i na dzień przed wyjazdem z wyspy jestem jeszcze bardziej nieogarnięta niż byłam przyjeżdżając. Cudownie.

Podjeżdżam swoim Jettą na parking pod kościół, gdzie zaczyna się powierzchnia, która akurat dzisiaj mnie nie interesuje. Jednak po niemalże dwóch miesiącach wiem, że do akurat tego numeru budki dojdę najszybciej od tej strony. Nie wzięłam dzisiaj aparatu, chciałam trochę poczuć tej niecodziennej w dzisiejszych czasach, bo ulotnej relacji ze światem zewnętrznym, kiedy to jedynie oczy podziwiają jego walory. Przechodzę obok kasztanowców przez niewykoszoną łąkę, wcześniej udeptaną przez siebie ścieżką. Pamiętam, że kiedy rok temu zaczęłam nią chodzić, trawa sięgała do kostek - teraz jest ponad kolana. W nocy padało, czuję więc jak pozostałe krople deszczu moczą mi nogawki spodni. Wszystko przeżywam podwójnie, bo czuję, że idę do budki po raz ostatni.

Niebo jest zachmurzone, rozjaśnia się tylko delikatną łuną nad horyzontem. Mam nieodpartą chęć zrobić coś, cokolwiek, żeby przeżyć tę chwilę jeszcze mocniej. Rozglądam się dookoła - nikt mnie nie widzi. Wybieram muzykę na telefonie, włączam odtwarzacz i chowam telefon do kieszeni. Już na pierwszych nutach przyśpieszam kroku, na kolejnych biegnę, by razem z pierwszymi wersami piosenki zacząć kręcić się dookoła siebie, ze wzrokiem utkwionym w chmury, uśmiechając się i wylewając łzy na zmianę...

Na koniec staję na środku wydeptanej łąki i rycząc jak głupia pytam się pobliskiego lasu "dlaczego muszę wracać?" Tu jest łatwiej.

Wchodzę do lasu. Dobrze wiem, gdzie znajduje się ta budka - trzeba od razu wejść na lewo, przejść kawałek ze schyloną głową pod baldachimem z leszczyny i po chwili wchodzimy na krętą ścieżkę. Budka, która mnie interesuje znajduje się na jej końcu, przed fosą. Idę powoli, przyglądam się każdej roślinie jakbym się bała, że zapomnę o jej istnieniu na wyspie.

Budka jest jedną z tych starszych, z lekko poluzowanym haczykiem i podgnitym drewnem na brzegach. Celebruję ostatnie otwarcie. Uchylam lekko daszek...

***

Czasami zastanawiam się nad znaczeniem niektórych sytuacji, a czasami... po prostu przyjmuję je jako znaczące.

***

To co widzę, nie dziwi mnie, ale trochę niepokoi. Nie pierwszy raz muszę wyrzucić opuszczone gniazdo razem z pisklętami, ale tym razem - ostatnim razem - jest to dla mnie niewyobrażalnie znaczące.

Przez łąkę, na której parę minut temu tańczyłam, wracam ze spuszczoną głową do samochodu. Chmury są jakieś ciemniejsze.

piątek, 1 lipca 2016

why fit in

W tej całej pogoni za nowymi technologiami według mnie chodzi tylko o jedno... o spłycanie życia. Nazywają to ułatwianiem, udogadnianiem, ale sprowadza się to właśnie do spłycenia.
Wszystkie, naprawdę wszystkie informacje mamy na wyciągnięcie ręki, w której ledwo mieszczą się dzisiejsze tzw. telefony. Bo właściwie co te urządzenia mają jeszcze z telefonów?

Jestem chyba jedną z ostatnich ludzi na ziemi, które nie posiadają i nigdy nie posiadały smart-gadżetów, a nawet telefonu "dotykowego". Moim jedynym urządzeniem z dostępem do internetu jest laptop, na którym pracuję. Kiedyś widząc kogoś dostępnego na gadu-gadu (przed szałem FB), wiedziało się od razu - o, wrócił do domu i usiadł przed kompem. Jakie to teraz ma znaczenie?

Miłe mam wspomnienia z pierwszych rozmów online - można było więcej powiedzieć, szybko się skontaktować, umówić się bez tracenia pieniędzy z telefonu. Jestem przerażona myślą ile zmieniło się w ciągu mojego życia i wolę nie myśleć co jeszcze się może zmienić...

Mam taką niechęć do urządzeń, w które wpatrują się ludzie w komunikacji miejskiej, do tych przesuwalnych palcem i z dostępem do wszechwiedzy, że nikt mi nigdy nie wmówi posiadania takiego czegoś. I boję się, że przez to już staję się "niedzisiejsza". Osobiście mi to nie przeszkadza, ale coraz ciężej znaleźć bratnią duszę. I pewnie dlatego też wylałam te żale tutaj.

Niedawno miałam sen - byłam zagubiona, sama nie wiedziałam gdzie byłam, ale wiedziałam, że szukam dworca. Zastanawiałam się tylko w jakim mieście jestem żeby się zorientować jak do niego dojść. W końcu znalazłam jakiś punkt, który dobrze znałam i stwierdziłam, że jestem w Krakowie więc muszę zadzwonić do koleżanki, która w Krakowie studiowała i się jej zapytać o ten dworzec. Zadzwoniłam w tym śnie do niej i mówię "Cześć, Elu... słuchaj, nie śmiej się, ale dzwonię do Ciebie ze snu, nie chciałam Ci przeszkadzać, mam nadzieję, że Cię nie budzę. Wiem, że to głupie, ale pomóż mi dojść do dworca".

W tym momencie przebudziłam się i jeszcze parę chwil byłam przekonana, że dzwoniąc ze snu rozmawiałam z koleżanką na jawie. Strasznie dziwne uczucie. Bardzo lubię takie uczucia.

Ktoś mi powiedział ostatnio, że specyficznie mówię "halo" odbierając telefon. To jak się teraz mówi?
_________________

A na Gotlandii pewnie wciąż jest jasno.

czwartek, 9 czerwca 2016

karteczka na biurku



Tak się czasem zastanawiam czy to czego chcemy jest tym co jest dla nas najlepsze. Skądś się biorą nasze marzenia, przekonania i priorytety. Czy to wynika z naszej wewnętrznej harmonii czy jest wynikiem tymczasowych zachcianek?
Nieskończona historia o dwóch miesiącach przygody na wyspie, która wywarła wpływ na moje życie zarówno podczas jej trwania, przed, jak i po powrocie – domaga się dokończenia. Ale jeszcze pewnie potrwa zanim ustawię sobie swój harmonogram dnia. Co jakiś czas coś się we mnie odzywa i sama się znajduje kartka, na której niedbale zapisuję „czas na bloga, czas na książkę, godzina angielskiego”. Zazwyczaj taka kartka po paru dniach ląduje w koszu, przed wizytą gości. Po jakimś czasie pojawia się nowa, zawierająca więcej wykrzykników, czasami nawet jakieś konkrety „raz w tygodniu basen, po południu chwila relaksu”. A potem siadam do pracy.
Zawsze mówiłam, że nie wyobrażam sobie pracy na etacie – 8 godzin co dziennie, o określonym czasie. Więc znalazłam sobie pracę, która pochłania mnie doszczętnie – oprócz przepracowanych godzin przed kompem, wpływa na resztę dnia, a nawet na noc i sny. Jestem dumna, że mam pracę, która jest zarówno moją pasją, w której widzę głębszą ideę, która mnie fascynuje, przynosi ciągłe niespodzianki oraz pobudza do ciągłego doskonalenia siebie, poznawania coraz to ciekawszych ludzi, którzy myślą podobnie. Mało kto ma takie szczęście. Czasami jednak zastanawiam się jakby to było pójść do pracy, odbębnić konieczne godziny, po czym zamknąć drzwi i zostawić problemy z nią związane w biurze, sklepie czy jakimś zakładzie. Na pewno zdrowiej. Na pewno ciało człowieka potrzebuje momentów całkowitego skoncentrowania, ale również totalnego wyciszenia i oddzielenia odpoczynku od pracy.
Chyba już nie potrafię, ale chyba też już nie chcę. Tylko czasem boli głowa od zmartwień, tylko czasem się z kimś pokłócę o poglądy. Dążąc do brania „więcej od życia” nie da się wykonywać pracy, której cele są dla nas obojętne – za dużo czasu byśmy marnowali. Uciążliwa byłaby myśl ile godzin w  tygodniu, ile dni w miesiącu „tracimy” na robienie czegoś, byle czego. Na „niespełnianie” swoich ambicji.
Pięknie i dobrze jest gdy całym sobą robimy to co kochamy, ale trzeba też w tym byciu sobą znaleźć czas dla siebie. Brzmi co najmniej dziwnie, wiem. Chodzi o skorzystanie z tej karteczki – o posłuchanie czego jeszcze domaga się nasze ciało, czy to wsiąknięcie w jakieś działania nie zabiera nam całego tlenu, który powinien starczyć też na odpoczynek, dodatkowe pasje, kontakty z przyjaciółmi. Żebyśmy w tym całym pościgu za spełnianiem siebie, nie utracili czegoś cennego, czegoś co może za nami nie nadążać, a nad czym warto się pochylić.
A teraz, przeczytam to jeszcze raz i się do tego będę stosować.

czwartek, 31 marca 2016

bo jest między nami nieopisana dyskrecja

Czasem po prostu nachodzi mnie chęć żeby coś od siebie napisać. Raczej nie jest to związane z jakimś wydarzeniem w ciągu dnia, już prędzej ze snami. A śnię codziennie, przedziwne historie, ale raczej kryminalne niźli romantyczne.

Ciekawe jak różnie ludzie potrafią rozmawiać. Niektórzy wylewają słowa nim o nich pomyślą. Niektórzy najpierw myślą i ważą każde zdanie, by nie wypowiedzieć niepotrzebnego. Inni znowu rozwijają swoje żale nieraz niepotrzebnie na części i przez to co mówią ich troski przyjmują potężniejsze rozmiary niż powinny. Kolejny człowiek potrafi pisać poezją swoje wypowiedzi na poczekaniu. Jeszcze inny zamyka się w skorupie złudzeń i marzeń i to co mówi nijak ma się do tego co tak naprawdę czuje. Bywają też tacy, którzy uczucia wyrażają poprzez obraz i muzykę.

I chyba nie można nikogo zmienić i zmusić do wyrażania siebie inaczej. Nacisk może tylko spowodować oddalenie. Może nie od razu, ale zawsze.

Porozmawiamy?

poniedziałek, 14 marca 2016

instynkt samozachowawczy - brak

15.06.
Jak plaża to teraz i morze. Morza nam tu akurat pod dostatkiem. Nigdy nad morze mnie nie ciągnęło, ale przez dwa miesiące można się śmiało zanurzyć w tej niezmierzonej przestrzeni i odkryć jej piękno. Trochę przeraża mnie taki daleki horyzont, a z drugiej strony intryguje.
Udajemy się na najbardziej wysunięty półwysep na północ Gotlandii. Patrząc teraz na horyzont, gdzieś tam w dali migałaby nam Finlandia, gdyby kula ziemska była mniej kulą, a bardziej płaszczyzną.
Jest latarnia morska, jest kamienista plaża, edredony, kormorany i garstka spacerowiczów. Jedna pani z psem wchodzi do wody w obcisłym kostiumie na całe ciało. Trzymamy kciuki, by szczęśliwie dotarła do Finlandii. Każdy ma prawo marzyć.





Kolejnym punktem naszej wycieczki są wielkie Rauksy na zachodnim wybrzeżu, ostańce skalne, które ponoć chronią wyspę przed złymi mocami...
Powiem tyle - wypić piwo w takim miejscu....


Bezcenne!


W takich momentach myślę sobie, że nigdy już nie będę w tym miejscu, z tymi ludźmi, w taki dzień. Choćby jeden czynnik się powtórzył to już nigdy nie będzie to samo. Łapię wtedy tę chwilę potrójnie wdychając pełną piersią jej zapach, a później trzymam ją w głowie aż gdzieś zapiszę lub opowiem i wtedy już nigdy jej nie zapomnę.
Właściwie każda chwila jest jedyna i niepowtarzalna, no ale inaczej się przeżywa chwilę przeglądając filmy na YT, a inaczej na wyspie Faro pijąc piwo przy ostańcach wielkości blokowiska... czy nie?

Odwiedzamy jeszcze jedną wioskę rybacką, a później idziemy polować na storczyki. Oczywiście łowy bezkrwawe - fotograficzne.



Tak się zastanawiam... A teraz to się zastanowiłam nad tym czy jak ktoś mnie czyta to czy widząc taki wstęp "tak się zastanawiam" myśli sobie "zaczyna się...", w sensie zaczynają się wywody o niczym ubrane w tak barwne słowa, że wydają się być chwilową życiową dewizą. No bo są. I dewizą i życiową, ale przede wszystkim chwilową. Nagle nasuwa mi się myśl, która w mojej głowie sprawia wrażenie chaosu, a gdy ją zapiszę nabiera jakiejś nawet, nie bójmy się mocnych słów, mądrości.
I dziwić się, że cała jestem chaosem. Teraz to już zapomniałam o czym się naprawdę zastanawiałam. Widocznie nieważne. Ważnych rzeczy się nie zapomina.




Idziemy parę kilometrów wśród karłowatych sosen, by zobaczyć uschnięte już obuwiki. Niewdzięczne.





Powracamy z wycieczki zahaczając o jeszcze jeden kościół, albo i dwa... W końcu kolekcjonujemy wrażenia z tych niejednokrotnie aż XIII wiecznych monumentów.

___________________________________

Ciekawe jak to jest mieć w głowie prostą strzałkę aniżeli różę wiatrów.
Pewnie nudno.

A Ty się temu nie dziwisz...

niedziela, 13 marca 2016

blackbird

To już druga wiosna po wiośnie przeżytej na Gotlandii, a ja wciąż wzruszam się na wieczorny śpiew kosa. Mogłabym go słuchać godzinami. Jego głos towarzyszył mi w codziennych spacerach, jego słyszałam przebudzając się co 15 minut w ostatnią noc przed wyjazdem. Ptak, którego nie doceniałam pod budynkiem akademika, a którego pokochałam na wyspie. Czy można pokochać wspomnienie? Myślę, że można, ale jest to dość niebezpieczne. Coś co kochamy wraca do nas i domaga się uwagi. Śpiew kosa, choć typowy dla naszego regionu, przenosi mnie na wyspę i sprawia, że ciągiem myśli biegnę do chwil, wśród których są te, do których wolałabym nie wracać.

Nie dlatego, że były złe. Raczej przez to, że nie pasują do mnie teraz. Patrzę więc na siebie ze wspomnień jak na osobę, którą dobrze znałam, ale z którą nie trzymam już kontaktu. Wolę tak na nią patrzeć. Nie oceniam jej i nie odrzucam, ale trzymam na bezpieczny dystans.

Kos zdaje się gwizdać na te moje dawne rozterki. Poprawia mi tym humor.

środa, 24 lutego 2016

Faro

15.06.
Pisze się Faro, czyta się Fore, a jest to skrajnie północna część Gotlandii, która odcięła się od reszty wyspy, jakby chciała żyć własnym życiem. Człowiek jednak i tam musiał odcisnąć swoje stopy, jakby mało miał lądu... na lądzie. Na tę część Gotlandii nawet nie trzeba zjeżdżać z głównej drogi - jej przedłużeniem jest 1,5 kilometrowa przeprawa promem - za darmo. Czasem trzeba tylko poczekać na swoją kolej, nieco dłużej niż na światłach.



No ale od początku.
Nieuchronnie zbliża się koniec badań na wyspie. Z prac terenowych pozostały ostatnie dni 14te (obrączkowanie, ważenie, krew, piórka...) oraz sprawdzanie wylotów (czy aby na pewno wszystkie pisklęta opuściły gniazda) i usuwanie opuszczonych gniazd (aby za rok kolejne pokolenia mogły założyć sobie nowe, świeże). Poza tym w ostatnich dniach musimy ładnie posprzątać domek, samochody, uporządkować próbki, spakować się... ale to na tak zwaną "ostatnią chwilę" najlepiej się robi.

Tymczasem pozostał nam ostatni dzień, kiedy jeszcze możemy coś pozwiedzać z czystym sumieniem. Jedziemy więc odwieźć Martę na prom i przy okazji na wycieczkę. Marta wyjeżdża wcześniej, niedługo wszyscy się rozjadą. Ja z Szymonem zostaje najdłużej i zamykamy domek w Bjorklundzie... Na samą myśl robi mi się smutno.

Jedziemy na wycieczkę najdłuższą na jaką można pojechać na wyspie, a więc z samego prawie południa na północny jej skraj. Po drodze zwiedzamy ze dwa kościoły, w których jeszcze nie byliśmy i zatrzymujemy się nad jeziorem Tingstadetrask. Pierwszy raz widzę takie prawdziwe jezioro na Gotlandii, a wcale niemało jest ich na jej powierzchni. Chcemy też zwiedzić okoliczny skansen, ale jest zamknięty.





A później na prom i Faro. Pogoda nam dopisuje. W ostatnich dniach jest tak jak na początku, kiedy myślałam, że moje niebo nad wyspą nigdy nie zajdzie chmurami. Słońce grzeje nas bardzo przyjemnie.
Pierwszy punkt programu na Faro - kościół i cmentarz. No bo jak już "zaliczamy" je po kolei to żadnego opuścić nie można. Każdy ma swój urok i każdy jest indywidualnie tajemniczy i niepowtarzalny.
Dobrze, że dzień jeszcze długi, bo i na wyspie jest co zwiedzać. Najpierw podjeżdżamy do sklepu, by uzupełnić zapasy żywności i wody. Nie powiem - tęsknię już za polskim chlebem, ale to nie jest wystarczający powód, bym chciała już wracać do kraju.
I w drogę. Do rezerwatu, gdzie mają być piaszczyste wydmy. Idziemy kawałek borem sosnowym i zastanawiam się - gdzież one są? A tu nagle jeden płat chrobotków, drugi płat chrobotków, trochę piachu, coraz więcej piachu, brodaczki na drzewach... aż się chce uprawić spontaniczny "chillout". Na chwilę sobie pozwalamy i nieco się zanurzamy w piękno traw unoszących się znad wysokich wydm, wystających długich korzeni drzew, ważek, bosych stóp i słońca...











Takich chwil trzeba ludziom i o takich powinniśmy marzyć. O chwili oderwania od codzienności, beztroski, zapomnienia, obcowania w pełni z naturą. Wtedy dopiero możemy zrozumieć siebie, podejmować jakiekolwiek ważne decyzje, wyznawać prawdziwe uczucia...
Tylko wtedy.

Nigdy nie róbmy tego, kiedy nie mamy czasu nawet o tym ze sobą samym porozmawiać.

cdn.

niedziela, 14 lutego 2016

Nienasze

Bardzo to miłe, gdy ktoś potrafi pomiędzy uczuciem miłości i nienawiści znaleźć jeszcze odrobinę ciepła w kierunku straconego kursu, który nieopacznie kiedyś obrał. Ciepło to może przejawiać się w różny sposób - poprzez zwykły uśmiech, zatroskanie, chęć pomocy. Pięknie jest czuć, że ktoś dla nas ważny się o nas martwi, że nie zapomniał.

Kiedyś ktoś napisał mi bardzo ładnie o miłości - podzielę się tym, nie ze względu na ironicznie ważną datę dla zakochanych (swoją drogą - jako Słowianie powinniśmy obchodzić Noc Kupały, a nie to zachodnie niewiadomoco), ale ze względu na to, by móc popatrzeć na to uczucie z innej perspektywy.
Z perspektywy miłości czystej, bezinteresownej... tak, słowo bezinteresowna nie pojawiło się tutaj bezpodstawnie.
Dyskusja na ten temat zaczęła się od rozważania: co jest lepsze w wyborze pomiędzy dobrem, a... dobrem? Co jeśli czujemy, że wśród naszych priorytetów w życiu pojawiają się takie, które sobie nawzajem przeczą? Co jeśli w pewnym momencie nie będziemy potrafili wybrać, bo każda z wybranych dróg będzie zabierała nam możliwość spoglądania na tę drugą, równie ważną dla nas?

Najważniejsze, na początek, to zaakceptować, że to prawda. Pogodzić się z tym, że nie jesteśmy jedynymi, którzy borykają się ze swoimi uczuciami, bo ktoś kiedyś powiedział, że tak nie wolno, że to niemożliwe. Z biegiem czasu wydaje mi się, że niemożliwe jest żeby ktoś tego nie przeżył w swoim, choćby krótkim, ale już dojrzałym życiu.

Spójrzmy więc przez chwilę inaczej - może trochę w niewłaściwy sposób podchodzimy do kwestii uczuć? Skupiamy się na tym, by miłość była odwzajemniona. To normalne, słuszne i nie ma w tym nic złego. Jest to jednak skupianie się na tym, by brać... A może w uczuciach, szczególnie trudnych, należy się skupić na tym, by dawać? Ciężko jest poświęcić się nieszczęśliwemu uczuciu, ale nikt tu o takim bezsensownym poświęcaniu siebie całego nie mówi.
Chodzi jedynie o samą radość z dawania, radość z tego, że ktoś wzbudza w nas pewne emocje, które nas w jakiś sposób budują, umacniają, sprawiają, że czujemy swoje zmysły ze wszystkich stron. Trzeba sobie zadać pytanie, czy lepiej coś takiego przeżyć czy w ogóle nie zaznać tego uczucia? W końcu całe nasze życie polega na zbieraniu wszelakich doświadczeń i wrażeń. A te konkretne wrażenia nie są banalne.

W końcu... kocha się nie po to, by być kochanym, choć do tego to się często sprowadza. Ale to uczucie samo w sobie jest tak budujące i wartościowe, że w każdym przypadku musi mieć jakieś znaczenie.
Jest to temat tak trudny, jak trudna jest nieodwzajemniona miłość. Myślę jednak, że gdyby ludzie skupiali się na dawaniu, na ziemi nie byłoby ludzi nieszczęśliwych. Może to jest lek na wszelkie bolączki tego świata?



Bo jedyne co mamy tak naprawdę - to relacje międzyludzkie.
Całą resztę tylko dzierżawimy.

Pozdrawiam.

niedziela, 31 stycznia 2016

równolegle

Tak jak nie da się iść jednocześnie w dwóch różnych kierunkach, tak też nie da się żyć jednocześnie w dwóch rzeczywistościach. Zawsze ta druga rzeczywistość jest tylko zjawą, złudzeniem lub wspomnieniem. 
I jeśli nam się wydaje, że mamy tak dużo w sobie zawziętości, że potrafimy pogodzić dwa wymiary w naszej głowie - nie - ten cały nasz złudny plan to tylko kroczenie po bieżni, z której albo możemy zejść w odpowiednim momencie albo czekać aż bezsilnie zsuniemy się na matę.

I chociaż szkoda, bo człowiek lubi podkręcać tempo swoich snów, to jedynym rozwiązaniem na wyjście z niepoobijaną twarzą jest zaakceptowanie tej nierzeczywistej rzeczywistości. Zaakceptowanie, a nie ucieczka.
I przyjęcie tej rzeczywistej.

Nie cierpimy słowa ROZSĄDEK póki nie staje się naszym jedynym azylem.
W starym znaczenie słowo to oznaczało "specjalną władzę umysłu dzięki której materiał dostarczany mu przez poszczególne zmysły jawi mu się jako jednolity".
Podoba mi się. Tak jest łatwiej i tak być powinno.

Na szczęście nie mam blizn.


wtorek, 26 stycznia 2016

mindfulness

Bez wątpienia zbyt często i zbyt szybko ulegamy emocjom. Dobrze czy źle? Jeśli są to emocje pozytywne to wydaje się, że nadmierna radość nam nie zaszkodzi, a wręcz pobudzi nas i sprawi przyjemność. A co z uleganiem emocjom związanym ze smutkiem, cierpieniem, żalem, przez które powstaje agresja, depresja i złość? Czy da się zachować jednocześnie stoicki spokój dla negatywnych emocji i na tyle dużo spontaniczności, by skakać z radości i cieszyć się chwilą?
Otóż... okazuje się, że tak. Ostatnio często do pracy słucham Trójki i nie robiąc jej reklamy (bo nie trzeba) jest to jedyne radio, którego nie przełączam jeśli leci jakaś audycja zamiast muzyki. W ten sposób usłyszałam o pojęciu "mindfulness". Już sam fakt, że w audycji gościem był i ksiądz i filozof, którzy aprobowali ten rodzaj... powiedzmy "aktywności" wzbudził u mnie ciekawość. I może jeszcze fakt, że podobno w wielu krajach jest o tym głośno, a w Polsce ta myśl dopiero kiełkuje. Sama audycja nie przebiegała aż tak, by mnie zachwycić tematem, ale wystarczyło, aby zaintrygować i bym poszukała więcej na ten temat w tzw. internetach. I znalazłam anglojęzyczny wywód. No więc co to jest?

Autor nie od razu zachwyca. Jest łysy i ma brodę - nie powiem, że nie pomyślałam żeby znaleźć może przystojniejszego mówcę... Ale z kwaśną miną wciskam PLAY i po chwili stwierdzam, że nie mogę oderwać wzroku od jego błyszczących oczu. Na początku mówi bardzo proste i jednocześnie bardzo ogólne prawdy życiowe. Wydają się przez to nieprawdopodobne i jeśli ktoś naprawdę nie szukał nigdy spokoju swojego umysłu, jestem pewna, że wyłączyłby film usłyszawszy...

"...to może sprawić, że będziesz szczęśliwy, pełen spokoju, sprawić, że będziesz pracował wydajniej i mądrzej zarządzał swoim czasem i karierą"
"...jest to koniec Twojego cierpienia, sposób jak się pozbyć tego cierpienia, które być może stało się już częścią Twojego życia"

No dobrze, brzmi świetnie, ale jakie wypowiedzieć zaklęcie, by osiągnąć ten stan?
Autor już we wstępnie tak często używa synonimów słów: dogłębnie, wnikliwie, całkowicie, jednoznacznie i najlepiej, że nie da się nie posłuchać o co w tym tak naprawdę chodzi.

W tym momencie trafia w moje serce słowami - "mindfulness is be in the moment", tłumacząc po mojemu - smak chwili, o której pisałam na tym blogu dużo wcześniej. Teraz nie odpuszczę. Zagłębię się w temat po uszy. Albo przynajmniej na tyle, by mieć swoje własne zdanie o tym... czymś.

Co więcej... "be in the moment and having an observation of yourself" - łaaał.

Zatrzymujemy się w danej chwili i zaczynamy obserwować swoje zachowanie. Bez zbędnego oceniania, bez krytykowania, bez dodatkowych, niepotrzebnych rozmyślań. To jakby wyjść z ciała, stanąć obok i popatrzeć na siebie z zewnątrz. Należy po prostu skupić się na pojedynczych czynnościach, być w pełni świadomym każdego naszego ruchu. Wydaje się nam, że przecież wiemy co robiliśmy wczoraj, co robimy dzisiaj, ale tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy z tego ile nas w życiu omija. Autor twierdzi, że będziemy niesamowicie zaskoczeni ile rzeczy robimy nie będąc świadomi, że je robimy.

Podpowiada ćwiczenia - spróbuj kolejnym razem zasiadając do kolacji skupić się na tym, że siadasz do kolacji i jesz posiłek. Tylko na tym. Spróbuj kolejnym razem przechodząc wychodząc z pomieszczenia pomyśleć tylko o czynności przechodzenia przez drzwi. Głupie? Tak brzmi, ale w ten sposób ćwiczymy swój umysł, ćwiczymy samoświadomość i nasze możliwości.

Aby uświadomić sobie ile myśli nas codziennie rozprasza, spróbuj oddalić się od wszelkich sprzętów typu komputer, telefon, telewizor i pomyśleć o sobie, powtarzając swoje imię. Skup się na sobie, mów "jestem Andrzej" przez 60 sekund. Prawdopodobnie nie uda Ci się utrzymać myśli nawet paręnaście sekund. Mi się nie udało...

Na początku przygody z mindfulness powinniśmy sobie zdać sprawę, że nie jesteśmy tak świadomi tego co robimy, jak nam się wydaję. Nawet śpiąc umysł nasz buszuje po przeszłości i przyszłości, nie skupiając się na chwili obecnej.

I tutaj przenosimy temat do naszych negatywnych emocji. Jak sobie z nimi radzić? Bardzo proste - należy być ich świadomym. Zanotować je w naszym umyśle jeszcze podczas ich trwania. I obserwować siebie. Nie krytykować, nie oceniać, nie powstrzymywać swoich emocji - po prostu je zobaczyć. Pozwolić swoim myślom się wypowiedzieć w Twojej głowie. Pozwolić unieść się swoim nerwom, ale jednocześnie je obserwować. Obserwować swoje myśli - dokąd dążą? Czy to co chcę zrobić, aby wyrazić swoją złość, irytację i gniew przyniesie mi jakąś korzyść?
Da nam to wystarczająco czasu, by zrozumieć, że nie.

Jeśli nauczymy się kontrolować swój umysł, nauczymy się też kontrolować swoje ciało. Nauczymy się nie wiązać negatywnych uczuć ze smutkiem i złością, będziemy je zwalczać w samym zalążku. Nauczymy się zachowywać spokój w momentach kiedy wybuch mógłby zniszczyć coś nad czym pracowaliśmy. Zarówno w pracy jak i w naszych bliskich relacjach.

Dzięki mindfulness rezultaty negatywnych emocji niemal znikają. Potrafimy radzić sobie z samym sobą, a dzięki temu nasze życie staje się mniej skupione na tym, co potrafi boleć przez długi czas. Potrafimy w odpowiednim momencie zdać sobie sprawę ze skutków naszych działań, a więc również zapobiec kłótniom, zapobiec wypłynięciu tych paru słów, które mogą kogoś zranić.

Mniej kłótni, mniej gniewu, mniej wrogów - czy to wystarczy, by być szczęśliwym?
Nie mam pojęcia.
Nie wiem czy to działa czy nie, ale zamierzam spróbować.
Medytacja 20 minut dziennie. Głupie? Śmieszne?

Jeśli działa to może być nawet rakotwórcze.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

kwestia smaku?

14.06.
Dziewczyny jadą do Visby i proponują mi bym pojechała z nimi. Patrzę więc z nadzieją w oczach na Szymona, który mimo całej sympatii, jaką się obdarzyliśmy, nadal pozostał moim pracodawcom. Jedź - mówi - dużo roboty nie ma na dzisiaj, wezmę Twoje gniazda. Bardzo się cieszę, że tam jadę i chociaż jadę już trzeci raz to czuję, że ten będzie wyjątkowy. Przez chwilę zastanawiam się czy brać aparat. Może, by tak coś dla siebie i tylko dla siebie zostawić i przeżyć ten dzień koncentrując się na zmyśle wzroku? Tak, tak... kiedyś tak na pewno zrobię. Tymczasem muszę podładować drugą baterię, gdyby jedna mi padła.
Za pierwszym razem jak byłam w Visby miałam 45 minut wolnego - wydawało mi się, że dużo, a jednak wystarczyło jedynie na stwierdzenie "Jak tu pięknie - muszę wrócić."
Drugim razem byliśmy większą paczką i zdążyliśmy przejść większość uliczek - a na pewno te najciekawsze ponieważ oprowadzała nas Ania, która już któryś rok z kolei przyjeżdża na wyspę.
Nadal mam jednak niedosyt.

Wjeżdżamy do miasteczka i parkujemy pod centrum handlowym nie do końca wiedząc czy tak możemy i ewentualnie ile za to zapłacimy? Z parkingu do murów prowadzących wewnątrz najpiękniejszej części miasta jest tylko paręset metrów. Po drodze dziewczyny zdradzają, że chciałyby pójść na zakupy. Ustalamy więc, że każda obierze swój kierunek i spotkamy się... w odpowiednim czasie. Taaaak - tego właśnie chciałam!

Zostaję sama na środku placu i już wiem co będę robić - iść przed siebie. Tajemniczość tego miejsca objawia się tym, że nie wiesz co spotkasz za rogiem. A nawet róg sam w sobie skrywa jakieś skarby. Maszeruję więc w pełnym słońcu, z głową do góry i aparatem w ręku (którego mogłoby nie być, ale skoro już jest...). W ostatniej chwili decyduje się który kierunek obrać. Uwielbiam tak zwiedzać. Niezależnie.



W markecie kupuję sobie sałatkę - w większych sklepach jest możliwość skomponowania własnych składników sałatki. Bierzesz pudełko, dobierasz składniki, sosy i kładziesz na wagę. Postanawiam więc zachłannie spróbować wielu rzeczy po trochę, a najwięcej takich, których nie znam nawet nazwy. Z zakupionym prowiantem idę na jakiś wyższy punkt, by tam rozkoszować się chwilą...


Dobra, teraz już wiem. Jak się jest głodnym to się nie ryzykuje. Nie dam rady tego zjeść - jedno za gorzkie, drugie za słone, trzecie nie wiadomo za co?! Karmię przechodzącego kota i schodzę do morza żeby jeszcze zdążyć zachwycić się nim w samotności.


Później też jest całkiem sympatycznie... Ciekawe czy kiedyś kupię droższe piwo niż to tutaj - w samym centrum Visby, nie chwaląc się  - prawie 35 zł za taką rozkosz. Ale warto. Może nie tyle dla smaku, choć piwo jest naprawdę dobre i nie zalatuje ani trochę komercją, to raczej dla samej tej chwili. Może już nigdy nie będzie mi dane wypić prawdziwe, gotlandzkie piwo w tak słoneczny, czerwcowy dzień. Doceniam tę chwilę i zachowuję paragon na pamiątkę.


Wracamy z rodzicami Asi, którzy przyjechali na ostatnie parę dni jej pobytu na wyspie. Ja z Szymonem zostajemy najdłużej, ale nasz czas tutaj też niebezpiecznie zaczyna dobiegać końca...
Po drodze tankujemy na stacji paliw. Nikogo nie ma. Paliwo wlewa się i płaci kartą kredytową. Tak też robimy tylko jakoś dziwnie wydaje się nam, że nie zczytuje naszej karty... Hmm... Po kilku próbach wsiadamy w samochód i odjeżdżamy z pełnym bakiem - najwyżej nas będą ścigać.
______________

Tak się zastanawiam... albo nie. Najpierw się sama zastanowię, a później to opiszę. Opisywanie procesu, który trwa to też niezła forma przemyśleń, ale tym razem zrobię to inaczej. Chciałabym opisać coś co mnie ostatnio zaintrygowało, a może i kogoś jeszcze pobudzi do... czegokolwiek. Wiecie co jest najważniejsze w życiu? 
Żyć.
______________

P.S. Czy opisany wyżej proces kupowania i konsumowania sałatki naprawdę kojarzy się z życiem, czy ja jestem jakaś nienormalna?