czwartek, 12 lutego 2015

Brrrrrrrrr

Czasami lubię zmarznąć. Zmusza to do szybszego marszu, zmusza do jakiegokolwiek działania, bo przecież nie można się poddać i tak po prostu... umrzeć z zimna!

26.05.
To co tam dzisiaj w moim notesiku? Pierwsze dni 11te... super! Zobaczę jak wyglądają pisklęta już podrośnięte. Oprócz tego, dzień zapowiada się jak co dzień. Ale taką monotonię to ja mogę znosić. W ogóle dopiero niedawno stwierdziłam, że monotonia może być znośna, a nawet, że czasami jest bardzo wskazana. A może po prostu zmieniłam jej definicję w mojej głowie? Przyjmijmy, że są dwa rodzaje monotonii. Jedna z nich, ta okrutna, wiąże się z nudą, z brakiem zajęć, z robieniem czegoś co nam nie sprawia przyjemności lub wręcz nas wprawia w zły nastrój. I to moim zdaniem nie jest prawdziwa monotonia. Prawdziwa kojarzy mi się raczej z czymś usystematyzowanym, schematycznym, ale jednocześnie z czymś co istnieje - istnieje jakiś stały grafik naszego dnia i zauważamy, że nic się nie zmienia. Ale znowu... czy na pewno nic się nie zmienia? Czy ciągle jest pochmurno, ciągle mamy zły humor, a sąsiadka wiesza pranie za oknem? Nawet jeśli pada od tygodnia i humor się nie zmienia to sąsiadka na pewno prania codziennie nie wiesza, bo przecież musi wyschnąć... I z pewnością nie robi tego z jednakową miną. No dobra, ale nie o nią chodzi i nie o pogodę. Tylko właśnie o kontakty międzyludzkie. Jeśli codziennie mijamy tego samego człowieka to wcale nie jest ten sam człowiek, i my też nie jesteśmy tacy sami jak wczoraj. Przeżyliśmy kolejny dzień, zdążyliśmy coś przemyśleć, dojść do jakichś wniosków mniej lub bardziej błędnych, jesteśmy o całe 24 h mądrzejsi niż wczoraj. A ten obcy człowiek, co on przeżył? Może ktoś go opuścił i zawalił mu się właśnie wczoraj cały świat? Monotonia daje nam jakieś miejsce w świecie i od tego jak na nią popatrzymy zależy czy dostrzeżemy jej uroki.
A poza tym - najlepiej mieć jedno stałe i kilka takich tymczasowych miejsc w świecie... no i jeszcze kilkadziesiąt takich, w których będziemy tylko raz w życiu i na zawsze zapadną w naszej pamięci.

Na Gotlandii jest jedno z moich tymczasowych miejsc. Miejsc, gdzie już czuję się jak w domu i moja sentymentalność nie pozwoli mi o nim nigdy przestać w ten sposób myśleć.


Nie jest dobrze - w FON w niewyjaśnionych okolicznościach znikają pisklęta... Daję słowo! Mam dwa woreczki, bo takie 8dniowe pisklęta nie muszę już trzymać w pudełku z podgrzewaczami, zresztą nawet by się nie pomieściły. Fon jest jak jeden wielki labirynt, ale do tej budki już dokładnie wiem jak dojść. Biorę pierwszą porcję ptaszków do woreczka i oddalam się na 5 m od gniazda, by nie wkurzać rodziców. Obrączkuję, ważę, zapisuję, przekładając te "zrobione" do innego woreczka. Później wracam do budki i wymieniam te stare na nowe, by cały czas coś było w gnieździe. Łącznie jest 7 sztuk piskląt, za pierwszym razem wzięłam 4 pisklęta, zostały 3. Po wymianie, w worku mam te 3 i idę z nimi na obróbkę. Nie ma mnie przy gnieździe może 5 minut. Wracam, by oddać cudze dzieci, otwieram - szczelnie zamknięty - daszek i co widzę? 1 pisklę w budce. Słownie: JEDNO! Moment... może coś źle liczę... 7-4-3+4=...? No nie wierzę. Wrzucam 3 pisklęta z worka do budki i patrzę czy czasem teraz nie ma ich 7. Nie! 4 sztuki, jak byk! Zamykam budkę, otwieram jeszcze raz... i dalej tylko 4! Co się dzieje?! Rozglądam się w około budki - pisklęta w tym wieku już są dość ruchliwe, ale gdyby mi wypadły to bym je jeszcze znalazła w okolicy... Poza tym, nie mogłabym nie zauważyć, że mi uciekły! Dookoła pełno kamieni i gruba warstwa suchych liści... głucha cisza, tylko dzięcioł duży się odzywa. Dzięcioł! Przecież one wyjadają pisklęta z budek! Ale jak, kiedy?! Budka jest solidna, czy młode mogły wyskoczyć wspinając się do góry? Czemu miałyby to robić? A może wspięły się tylko trochę i wydziobał je dzięcioł? Zabiję tego dzięcioła... Nie no, nie pójdę stąd dopóki tego nie wyjaśnie. Piszę sms-a do Szymona o niewyjaśnionym zjawisku pytając czy młode w tym wieku mogły podfrunąć do otworu i wyskoczyć, a on co? Podejrzewa, że nie domknęłam budki. Kiedy to  n i e m o ż l i w e! Na pewno nie. Chociaż... istnieje opcja, że przy wyciąganiu drugiej porcji, a wkładaniu pierwszej, pisklęta mi się wyślizgnęły i bezszelestnie trafiły na glebę zamiast do budki... nie chcę mi się wierzyć, że mogłabym tego nie zauważyć, ale taka opcja istnieje. Zaczynam gorączkowe poszukiwania... ale boję się stawiać każdy krok żeby czasem nie poczuć niczego rozmemłanego pod butem... O nie, nie przeżyłabym tego. Staram się chodzić po kamieniach i odgarniać po kolei szeleszczące liście. Później wpadam na inny pomysł - wyczulam wszystkie zmysły i próbuję usłyszeć najdrobniejszy szelest, przecież jeśli żyją to się próbują ratować... Wyciszam się więc i wsłuchuję... i szeleści dosłownie wszystko. Słyszę szelest wszędzie, okazuje się, że w koło pełno jest mrówek. Mam mało czasu, jeśli je nie znajdę w ciągu kilkunastu minut już nie będę chciała ich szukać... jestem przerażona na samą myśl zobaczenia pisklęcia zjedzonego do połowy przez mrówki. Szymek zawsze mówił, że jego największym koszmarem na wyspie jest zesłabnąć w lesie, kiedy jest sam i zostać zjedzonym przez te wielkie mrówki. A jeśli nie zjedzonym to, że wejdą mu dosłownie wszędzie...i obudzi się pogryziony z taką świadomością... Ale nie o tym, nie o tym. Szymka nic nie zje, to tylko koszmary, a te maluchy są w realnym niebezpieczeństwie... Cały czas mam nadzieję, że jednak porwało je UFO, a nie, że ja je zgubiłam. Zaczynam powoli w to wierzyć. A może sprawdzę jeszcze raz budkę, może już wróciły? Dobra, głupia jestem. I w tym momencie słyszę coś więcej niż zabiegane mrówki. Pochylam się nad stosem kamieni... widzę go! Wciskając ledwo rękę między szczelinę wyciągam pisklę spod liści. Czuję się fatalnie. Z jednej strony mam łzy w oczach, że udało mi się chociaż jedno uratować, a z drugiej strony... jeśli to ja je naraziłam? Nawet jeśli nie bezpośrednio to przychodząc tu i robiąc zamieszanie. W ciało małego wkłuły się dwie mrówki, wyciągam je z obrzydzeniem. Przepraszam tego dzieciaka i odnoszę go do budki. Mam nadzieję, że zaraz znajdę wszystkie...

Po kilkunastu minutach się poddaję...

Takie sytuacje dużo uczą. Od tej pory będę uważać podwójnie, a nawet popięćdziesiątnie! Obiecuję sobie i wszystkim modraszkom z Gotlandii.

Po powrocie do domku spodziewam się upomnienia od Szymka. Nie ma go. Idę więc do siebie. Zaraz jak wrócił, sunę kapciami w jego stronę żeby mieć to już z głowy. Staję przed nim i patrzę z prawdziwą żałością w oczach... a on? Pyta jak gdyby nigdy nic - co się stało?!
Jak to co? Moje życie się zawaliło, a Ty pytasz co?
No...co?
No pisklęta z FON!
Aaa... no tak... szkoda, ale zdarza się.

Nie wierzę!
















_____________________

Czasami lubię zmarznąć, tak to prawda.
Ale głównie z tego powodu, że uwielbiam uczucie kiedy robi mi się ciepło...


niedziela, 8 lutego 2015

Niy godej

No to dzisiaj będzie wyjątkowo sentymentalnie.

25.05.
Eke, oak, quercus, dąb... Dzisiaj w terenie zrobiłam dokumentację fotograficzną jednej z piękniejszych dąbrów, gdzie znalazłam nawet jeden pomnikowy okaz. Piękny, wielki, rozłożysty... aż chciało się do niego przytulić. I tak też zrobiłam chociaż bardziej ze względów pomiarowych niż uczuciowych. Ktoś jednak mi kiedyś powiedział, że drzewa dają siłę, przekazują pozytywną energię i warto je czasem przytulić. Zgadzam się choć nie wygląda to normalnie dla kogoś stojącego z boku. Tutaj jednak nikt nie stoi, nikt nie patrzy, a ja mogę pomiędzy swoimi obowiązkami przystanąć i objąć pień. I za to tak lubię tę pracę. Za to, że sama sobie organizuję czas, nikt mnie nie goni... nikt oprócz zachodzącego słońca, które jednak wystarczająco długo utrzymuje się nad horyzontem, by spokojnie, z radością i bez stresu zdążyć ze wszystkim. Jak każda dąbrowa, a szczególnie świetlista, aby nie zostać zdominowana przez inne gatunki drzew i bujny podszyt, potrzebuje ingerencji człowieka. W Szwecji bardzo ceni się bogactwo łąk. Na Gotlandii łąki pełne storczyków są perełką dla turystów [ Ett Gotlandskt ange ], dlatego dąbrowy są cyklicznie koszone i zadbane. A przy okazji dęby mają świetliście i sobie rosną jak chcą. Tak naprawdę to nie robię tych zdjęć dla siebie, chcę je komuś wysłać, mam nadzieję, że sprawię tej osobie choć odrobinę szczerej radości.








Mamy swojego własnego kosa, wspominałam już? Na dodatek ostatnio zaczął wyprowadzać swojego potomka na spacery i uczyć go szukać pożywienia. Uroczo wyglądają razem w trawie, z przodu pewnie i dostojnie podskakuje ojciec i co jakiś czas grzebie coś w ziemi, a za nim, koślawo i ledwo nadążając, trochę wystraszony podąża młody i bacznie obserwuje zachowanie taty. Zauważam ich w drodze do samochodu i nie mogę się oprzeć, by nie przystanąć i nie przypatrzeć się ich małemu światu. Tato kos tak się przyzwyczaił do naszej obecności, że podchodzi do nas coraz bliżej, gdy siedzimy na werandzie. Raz nawet wszedł do domku, ale później tak go coś wystraszyło, że te odwiedziny nie skończyły się dobrze dla notatek Szymona pozostawionych na stole...


Ale tak naprawdę to nie o tym wszystkim miałam pisać. Odciągam to, tak jak odciąga się wszystkie nieprzyjemne chwile... Nadszedł czas się pożegnać z Angeliką. Czemu to jest takie smutne? Znamy się przecież niecały miesiąc i gdyby nie ten wyjazd, pewnie nigdy nie byłoby dane nam się poznać... Ile więc tracimy nie poznając ludzi, którzy mogliby wnieść coś pozytywnego do naszego życia? Na całym świecie jest pewnie miliony osób, które potrafiłyby nas uszczęśliwić, a my trzymamy się kurczowo tych, którzy żyją obok nas. Powinien istnieć jakiś spis charakterów, historii, osobowości, a może nowocześniej - aplikacja, która dopasowałaby nas do miejsca na ziemi, gdzie znajduje się najwięcej ludzi, którzy są w stanie nas zrozumieć, myślą podobnie i z którymi powinniśmy się poznać. Myślę, że nawet wtedy istniałyby bolesne rozłąki i żal, że ktoś, kto stał się dla nas blisko, nie jest w zasięgu ręki. Taka jest natura człowieka - tęskni za dobrym. Polubiłam tę dziewczynę od pierwszego dnia, jej podejście do życia, jej uśmiechniętą buzię, śląski dialekt, żarty, radość, pasje... Wiem, że gdybyśmy chodziły do jednej klasy w liceum lub do jednej grupy na studiach, z pewnością spędzałybyśmy ze sobą dużo czasu. Miałyśmy jednak tylko ten miesiąc na wspólne dzielenie się wrażeniami bycia w tak pięknym miejscu, na wycieczki, na rozmowy przy winie i przy sklejaniu pudełek na gąsienicze odchody... Każda znajomość coś wnosi w nasze życie, każdy coś od siebie daje drugiej osobie i odrobinę od niej bierze. Myślę, że podzieliłyśmy się samymi dobrymi emocjami, przez co zostaniemy w swoich pamięciach... i na swoich zdjęciach też.
Dziękuję Ci za tę obecność.
P.S. Andzia, rzućmy wszystko i jedźmy na Stora Karlso! Co Ty na to?


W miastach jest tak tłoczno i duszno...

piątek, 6 lutego 2015

By coś zostało z tych dni

24.05.
Zabieram sobie Martę i jeździmy "robić powierzchnie". Czasem dzielimy się zadaniami i każda szuka innej budki żeby było szybciej, ale czasem też chodzimy razem. Marta od razu wzbudza moje zaufanie i już na 3 dzień znajomości opowiadam jej historię, z którą się ostatnio męczę... i dziwię się, że opowiadam o tym prawie obcej osobie o czym tak naprawdę nie wszyscy przyjaciele wiedzą. I dziwię się jaką mi to daje ulgę. Marta odpłaca się tym samym i otwiera się przede mną ze swoimi problemami. A to zbliża ludzi. Nic tak nie zbliża jak wspólne tajemnice. Różnimy się bardzo, bo Marta jest typowym stoikiem i to na dodatek bardzo ambitnym. Jak sama przyznała - zbyt ambitnym na swoje możliwości. To nie jest fajne. Nie potrafi cieszyć się swoimi sukcesami, bo ciągle wyznacza sobie coraz dalsze granice... a porażki przeżywa podwójnie, ale w środku, nie okazując niezadowolenia na zewnątrz. Wszystko chce wykonać perfekcyjnie i nic nie robi "po łebkach". Myślę, że Gotlandia jej dobrze zrobi, a i nie chwaląc się, ale moja obecność też. Wyraźnie podoba się jej moje lekkie podejście do wszelkich czynności, dzięki temu sama nabiera dystansu... i nazwała mnie optymistką. Zrobiło mi się bardzo miło, bo dawno mnie tak nikt nie nazywał, a kiedyś traktowałam ten zwrot jako swoje drugie imię. Dziś mija miesiąc przebywania na wyspie i czuję się tutaj jak u siebie. Poza tym, włączyła mi się funkcja, którą można prosto nazwać "głupawka". Bawią mnie rzeczy, które sobie sama wymyślam i nie są to najmądrzejsze rzeczy. Pomaga mi w tym Szymek, który nie pozostaje dłużny i szydzi z tego samego co i ja, a także ze mnie. Podoba mi się taka relacja, dziwne? Nie, po prostu jest najszczerszą relacją. Kiedy trzeba być miłym to się jest, ale zwykle nie trzeba. Można mówić co ślina na język przyniesie i mieć pewność, że ktoś się nie obrazi. Genialnie!

Dzisiaj Marta mi dużo nie pomoże - musi ogarniać swoje materiały, czyli rozkładać pudełka po powierzchniach i spisywać roślinność tam występującą. Jadę więc sama w teren i stwierdzając, że mam dość dużo czasu, relaksuję się spacerując wolno po ścieżkach leśnych i ładując energię od ciepłych promienii słonecznych. Pozycje niektórych budek już znam i trafiam do nich bez mapy. Rano jednak, zabierając pudełeczko z przyrządami do pobierania krwi i obrączkowania oraz fiszki (karteczki, gdzie zapisujemy dane zbierane dla eksperymentalnych gniazd), staram się zabierać również mapy - nigdy nie wiadomo kiedy zabłądzę albo jakaś budka zmieni nagle swoją lokalizację... w sensie ja pominę jakiś punkt orientacyjny i niepostrzeżenie zejdę na manowce. Staram się. Tym razem jednak się nie udało. Tuviken - powierzchnia na końcu świata i jeszcze kawałek dalej, czyli na skraju obrębu naszych badań, trzeba przejechać około 7km, przy czym ostatnie 2km jedzie się już gruntową drogą pozostawiając za sobą tumany kurzu... Naprawdę się tam kurzy nie-do-opisania, szczególnie kiedy przez parę dni nie ma opadów deszczu i gleba jest znacznie przesuszona. Wystarczy jechać 40km/h żeby zdenerwować mieszkańców owej drogi poprzez generowanie pyłu, kurzu i tym podobnych. Jadę więc 20km/h i droga przez to wydaje się jeszcze dłuższa, a Tuviken jeszcze bardziej na końcu świata. Ale za to się lubi niektóre miejsca - za ich specyfikę. Mam tutaj do zrobienia 4 gniazda i do 2 z nich idę pierwszy raz. Dobra, to muszę wziąć mapę... Mapo?! O nie, nie będę się wracać, na pewno nie. Znajdę je sama. Nawet podoba mi się ta myśl, bo pewnie nie będzie łatwo - wyzwanie. Budki zazwyczaj idą po kolei - wzdłuż albo w szerz udeptanych ścieżek. Tylko, że czasami ścieżki są mało widoczne, no i kolejny rządek numerów może zaczynać się po przeciwnej stronie lasu... Idę jednak pewna siebie za numerami trzycyfrowymi i kiedy już wydaje mi się, że 3 budki dalej będzie ta moja... ścieżka się kończy. No dobra to próbujemy po kolei we wszystkie strony. Wszędzie jednak napotykam na o wiele dalsze numery. Ok, bez paniki, wrócę się i spróbuję jeszcze raz... I jeszcze raz... Dobra, zaczynam się denerwować, bo jak tak dalej pójdzie nie wyrobię się ze wszystkimi zleceniami do wieczora. Spróbuję znaleźć tę drugą niewiadomą, a w międzyczasie piszę sms-a do Asi, aby, jeśli ma mapę przy sobie, postarała się mi wytłumaczyć jak dojść do owych gniazd. Może akurat odpisze zanim się wkurzę i wrócę po mapę do domku. Łażenie w te i we wte i szukanie jednej cholernej budki odbiera mi całą radość dzisiejszego dnia. Na szczęście, Asia odpisuje i dzięki jej wskazówkom trafiam bez problemu. Uświadamiam sobie jednocześnie, że w życiu nie przypuszczałabym, że będzie akurat w tym miejscu. Kto je tak numerował, ja się pytam?! A przede mną jeszcze błądzenie w labiryncie FON (Fide Odvaltz New)... Nie, cierpliwość to nigdy nie była moją dobrą strona. W ogóle, żadną z moich stron.



















Niewinność tych małych stworzonek potrafi ukoić każde nerwy...

poniedziałek, 2 lutego 2015

Cave in

maj 2014
Mam swoją piosenkę, z którą najbardziej lubię chodzić na spacery. Jest dość długa, stopniowo się rozkręca, by w pewnym momencie się uspokoić, wyciszyć i po paru sekundach wybuchnąć pełną mocą dźwięków. Każdy fragment tej piosenki wpasowuje się w moje kroki i myśli. Wychodzę zamyślona i początek piosenki kieruje moje myśli na tory zadumy i rozpamiętywania, trochę nostalgicznego. W kolejnych tonacjach pojawia się smutek i nieraz wzruszenie nim spowodowane. Następnie emocje się stabilizują, zaczynam myśleć bardziej obiektywnie, zwalniam krok i rozglądam się dookoła - przecież jest tak pięknie, czym się martwić? Wszystko powinno biec swoim torem, a skoro nie jest tak jak w naszym przekonaniu ma być, znaczyć może tylko tyle, że nie mamy na to wpływu. A skoro nie mamy wpływu to po co się przejmować? I wtedy następuje kulminacja piosenki, uwielbiam ten moment. Zatrzymuję się, patrzę w niebo i czekam... Nie mogę się doczekać jej drugiej części. Jak tylko jestem w niewidocznym miejscu dla jakiegoś człekokształtnego stworzenia - zaczynam tańczyć lub przynajmniej kręcić się w kółko albo na swój inny, dziwny sposób przeżywać ten moment... rozładowania się, można powiedzieć - wyżycia się. Później już tylko się śmieję. Idę dalej, dwa razy szybciej niż na początku i po prostu uśmiecham się. Sprawa, z którą wyszłam na spacer wygląda już całkiem znośnie. A może o niej zapomniałam? Może radość z przebywania w tym miejscu zabija w kilka minut wszystko co zdąży mnie przytłoczyć? Może nie tyle zabija, co przesłania, owija w folię bąbelkową i zabezpiecza tym samym przed niepostrzeżonym uszkodzeniem najważniejszych części? I dobrze. Kiedyś pewnie folia się zużyje, rozedrze i trzeba będzie stanąć twarzą w twarz z wszystkimi wątpliwościami i decyzjami... ale jeszcze nie teraz. Teraz jestem tutaj i wszystko wydaje się mniej ważne.
A o czym jest ta piosenka? Jest niesamowicie dobrana melodią do tekstu i tym samym - do mojego spaceru. Jest o niewoli ze sobą samym. Jest o niepokoju, zamknięciu i niezrozumieniu. I w końcu - jest o uwalnianiu się, przekraczaniu granic, zapadaniu się tych murów, które nas ograniczają... czyli o nadziei.
Uwielbiam gotlandzkie, wieczorne, magiczne i tylko moje spacery z tą piosenką.

The walls are caving in
As far as I can see
The walls are caving in
The doors got locked for sure
There's no one here but me