wtorek, 19 lipca 2016

(re)akcja wyspy

16-17.06.

Idę ostatni raz sprawdzić budki, sprawdzić czy wszystkie pisklęta wyleciały z gniazd. Nie potrafię po prostu pożegnać się z tym miejscem, za dużo dla mnie znaczyło. Może gdyby chodziło jedynie o fizyczne opuszczenie wyspy, byłoby łatwiej. Niestety, wiązałam z tym miejscem o wiele więcej nadziei niż było w stanie mi zapewnić. Przyjechałam z myślą, że dystans szerokości morza i niemal całej Polski pomoże mi popatrzeć na swoje rozterki świeżym okiem, obiektywnie i rozsądnie. Tak było, na samym początku. Później zaczęłam się znowu wkręcać w swoje rozmyślenia i na dzień przed wyjazdem z wyspy jestem jeszcze bardziej nieogarnięta niż byłam przyjeżdżając. Cudownie.

Podjeżdżam swoim Jettą na parking pod kościół, gdzie zaczyna się powierzchnia, która akurat dzisiaj mnie nie interesuje. Jednak po niemalże dwóch miesiącach wiem, że do akurat tego numeru budki dojdę najszybciej od tej strony. Nie wzięłam dzisiaj aparatu, chciałam trochę poczuć tej niecodziennej w dzisiejszych czasach, bo ulotnej relacji ze światem zewnętrznym, kiedy to jedynie oczy podziwiają jego walory. Przechodzę obok kasztanowców przez niewykoszoną łąkę, wcześniej udeptaną przez siebie ścieżką. Pamiętam, że kiedy rok temu zaczęłam nią chodzić, trawa sięgała do kostek - teraz jest ponad kolana. W nocy padało, czuję więc jak pozostałe krople deszczu moczą mi nogawki spodni. Wszystko przeżywam podwójnie, bo czuję, że idę do budki po raz ostatni.

Niebo jest zachmurzone, rozjaśnia się tylko delikatną łuną nad horyzontem. Mam nieodpartą chęć zrobić coś, cokolwiek, żeby przeżyć tę chwilę jeszcze mocniej. Rozglądam się dookoła - nikt mnie nie widzi. Wybieram muzykę na telefonie, włączam odtwarzacz i chowam telefon do kieszeni. Już na pierwszych nutach przyśpieszam kroku, na kolejnych biegnę, by razem z pierwszymi wersami piosenki zacząć kręcić się dookoła siebie, ze wzrokiem utkwionym w chmury, uśmiechając się i wylewając łzy na zmianę...

Na koniec staję na środku wydeptanej łąki i rycząc jak głupia pytam się pobliskiego lasu "dlaczego muszę wracać?" Tu jest łatwiej.

Wchodzę do lasu. Dobrze wiem, gdzie znajduje się ta budka - trzeba od razu wejść na lewo, przejść kawałek ze schyloną głową pod baldachimem z leszczyny i po chwili wchodzimy na krętą ścieżkę. Budka, która mnie interesuje znajduje się na jej końcu, przed fosą. Idę powoli, przyglądam się każdej roślinie jakbym się bała, że zapomnę o jej istnieniu na wyspie.

Budka jest jedną z tych starszych, z lekko poluzowanym haczykiem i podgnitym drewnem na brzegach. Celebruję ostatnie otwarcie. Uchylam lekko daszek...

***

Czasami zastanawiam się nad znaczeniem niektórych sytuacji, a czasami... po prostu przyjmuję je jako znaczące.

***

To co widzę, nie dziwi mnie, ale trochę niepokoi. Nie pierwszy raz muszę wyrzucić opuszczone gniazdo razem z pisklętami, ale tym razem - ostatnim razem - jest to dla mnie niewyobrażalnie znaczące.

Przez łąkę, na której parę minut temu tańczyłam, wracam ze spuszczoną głową do samochodu. Chmury są jakieś ciemniejsze.

piątek, 1 lipca 2016

why fit in

W tej całej pogoni za nowymi technologiami według mnie chodzi tylko o jedno... o spłycanie życia. Nazywają to ułatwianiem, udogadnianiem, ale sprowadza się to właśnie do spłycenia.
Wszystkie, naprawdę wszystkie informacje mamy na wyciągnięcie ręki, w której ledwo mieszczą się dzisiejsze tzw. telefony. Bo właściwie co te urządzenia mają jeszcze z telefonów?

Jestem chyba jedną z ostatnich ludzi na ziemi, które nie posiadają i nigdy nie posiadały smart-gadżetów, a nawet telefonu "dotykowego". Moim jedynym urządzeniem z dostępem do internetu jest laptop, na którym pracuję. Kiedyś widząc kogoś dostępnego na gadu-gadu (przed szałem FB), wiedziało się od razu - o, wrócił do domu i usiadł przed kompem. Jakie to teraz ma znaczenie?

Miłe mam wspomnienia z pierwszych rozmów online - można było więcej powiedzieć, szybko się skontaktować, umówić się bez tracenia pieniędzy z telefonu. Jestem przerażona myślą ile zmieniło się w ciągu mojego życia i wolę nie myśleć co jeszcze się może zmienić...

Mam taką niechęć do urządzeń, w które wpatrują się ludzie w komunikacji miejskiej, do tych przesuwalnych palcem i z dostępem do wszechwiedzy, że nikt mi nigdy nie wmówi posiadania takiego czegoś. I boję się, że przez to już staję się "niedzisiejsza". Osobiście mi to nie przeszkadza, ale coraz ciężej znaleźć bratnią duszę. I pewnie dlatego też wylałam te żale tutaj.

Niedawno miałam sen - byłam zagubiona, sama nie wiedziałam gdzie byłam, ale wiedziałam, że szukam dworca. Zastanawiałam się tylko w jakim mieście jestem żeby się zorientować jak do niego dojść. W końcu znalazłam jakiś punkt, który dobrze znałam i stwierdziłam, że jestem w Krakowie więc muszę zadzwonić do koleżanki, która w Krakowie studiowała i się jej zapytać o ten dworzec. Zadzwoniłam w tym śnie do niej i mówię "Cześć, Elu... słuchaj, nie śmiej się, ale dzwonię do Ciebie ze snu, nie chciałam Ci przeszkadzać, mam nadzieję, że Cię nie budzę. Wiem, że to głupie, ale pomóż mi dojść do dworca".

W tym momencie przebudziłam się i jeszcze parę chwil byłam przekonana, że dzwoniąc ze snu rozmawiałam z koleżanką na jawie. Strasznie dziwne uczucie. Bardzo lubię takie uczucia.

Ktoś mi powiedział ostatnio, że specyficznie mówię "halo" odbierając telefon. To jak się teraz mówi?
_________________

A na Gotlandii pewnie wciąż jest jasno.