sobota, 28 marca 2015

Desperacko

To chyba nie jest karalne ani niezgodne z prawem żeby pomimo tego, że coś jest bez sensu, niemożliwe i w ogóle naiwnie głupie tego nie robić...? Jeśli skutki odczuwamy tylko na sobie to chyba wszystko w porządku. Możemy brnąć w coś naiwnie i bez wahań i jednocześnie zgadzać się na bolesne konsekwencje. Nasz wybór. Nasze życie i na dodatek jedno. A gdyby tak nagle okazało się, że te nasze starania i nieudolne próby dają jakiś efekt? Czy żyjąc ciągle w przekonaniu beznadziejności naszych czynów jesteśmy gotowi przyjąć nasz sukces? Czy nie spanikujemy, nie wycofamy się, jeśli życie otworzy nam bramy nowych możliwości? Nikt tego nie wie. Każdy może się przekonać dopiero na własnej skórze. Obyśmy potrafili przyjąć to co dobre, obyśmy nie przegapili naszej szansy i obyśmy później niczego nie żałowali. Najgorsze jest poczuć, że jest już za późno...

29.05.
Modraszki mi rosną. Zaczynam coś do nich czuć, kurcze, a co będzie jak mi przyjdzie się z nimi rozstać? Jak mi wyfruną z gniazda? No bo w końcu wyfruną! I robi się ciepło, bardzo ciepło, wręcz można się opalać...
Rano jadę robić swoje dni 2, 5, 8 i 11, po czym wracam i daję znać Szymonowi, że już jestem wolna, zwarta i gotowa. Jeśli Szymon do tego czasu nie zrobi wszystkich swoich dni 14tych, wraca po mnie i razem jedziemy łapać dorosłe.
Przy 14tym dniu jest najwięcej roboty. Rozkładamy siatkę ornitologiczną niedaleko budki i czyhamy na rodziców. Teraz najgorsze. Aby przywabić rodziców należy trochę pognębić nasze pisklęta... bierze się takiego małego i trzyma się za nóżki do góry nogami i... potrząsa? Nie brzmi to dobrze. Ale tak się robi, pisklęciu nic się nie dzieje, ale jest przestraszone i zaczyna piszczeć. Jak nie piszczy, to się mówi "zepsuło się" i bierze się następnego. Ja nie umiem piszczeć pisklętami i chyba nie chcę. No, ale jak trzeba to trzeba. Rodzice słysząc swoje dzieciaki zaczynają wariować i latają w te i we wte próbując nas zaatakować, a jak tak latają to duże prawdopodobieństwo, że trafią w siatkę. A wtedy są już nasze! Szymek bierze je do swojego woreczka, a ja w tym czasie zabieram pisklęta z budki.
Są prześliczne w tych dniach! Mają urocze kolory, wyglądają już jak ptaki, a są wciąż takie niewinne i nadal ufają człowiekowi! Ale to pewnie dlatego, że jeszcze nie umieją latać, bo wątpię żeby nie były śmiertelnie przerażone wielką ludzką ręką wyciągającą ich z ciemnego worka i robiącą im różne dziwne rzeczy... o których więcej kiedy indziej.


Wieczorem idę na spacer, jak zwykle. Piękny zachód słońca, jak zwykle. Przyzwyczaiłam się do tego miejsca, co nie znaczy, że go nie doceniam. Wracając już do swojego domku bawię się trochę na manualnym żeby dobrze uchwycić jasne noce na Gotlandii. Chcąc później zrobić normalne zdjęcie nie zmieniam ustawień i zaczyna mi dłużej naświetlać... rozmazuje mi się obraz i muszę zrobić zdjęcie ponownie. Zauważam jednak coś ciekawego - w kadrze nieudanego zdjęcia mieści się zielone światełko, które pochodzi z... szamba. Podobno jak jest pełne to świeci na czerwono i wtedy trzeba gdzieś zadzwonić, by przyjechali wypompować. Ciekawe. Nie, nie... to nie jest ciekawe, ale interesujące jest to, że światełko na zdjęciu utworzyło zieloną kreskę... i wtedy mi się przypomniało, że można w jakiś sposób rysować światłem. Dobry sposób, aby się nauczyć! Tylko co by tu narysować? Najpierw bawię się w proste ślaczki, ale nie satysfakcjonują mnie. Narysuję serce. Nie wychodzi. Na początku wychodzi do góry nogami, później jakieś krzywe... po wielu próbach udaje mi się narysować coś, co kształtem nieco je przypomina. Ale jest brzydkie. Brzydkie serce.


Dziwne uczucie, kiedy uświadamiam sobie co właśnie zrobiłam. Próbowałam zrobić coś pięknego ze zwykłego szamba. Próbowałam i wierzyłam w to, że uda mi się... za wszelką cenę...


środa, 25 marca 2015

thinking out loud

05.2014

Boję się tej myśli. Krąży w okół mojej głowy i stara się przedrzeć do środka poprzez cienką granicę strachu i niepewności. Co się stanie jeśli pozwolę jej delikatnie naruszyć tę granicę, czy nie zawładnie mną i nie wpłynie na moje decyzje? Czy nie tego właśnie chcę? Czy będę mogła ją z powrotem odsunąć jeśli okaże się natrętna? Nie potrafię.

Boję się.

środa, 18 marca 2015

Którędy?

Czy istnieją drogi łatwe i jednocześnie dobre?

__________

28.05.
Jadę drugi raz do powierzchni, która znajduje się niedaleko wschodniego wybrzeża wyspy. I można do niej dojechać na dwa sposoby - albo po prostu tak jak wszyscy i tak jak mapa wskazuje i tak jak pojechałam za pierwszym razem i błądziłam przez pół godziny w labiryncie, choć na mapie ścieżki były niby-ułożone w linii prostej... Albo jak to się mówi "od dupy strony", czyli zjechać w pewnym momencie z trasy na Tuviken, przejść przez pole uprawne i być z drugiej strony zwartego lasu (czyli bliżej budki, w której siedzą modre). Tylko nikt nie wie czy droga jest przejezdna. To ja sprawdzę. Pędzę swoją terenową Dżetą zostawiając za sobą tumany kurzu (wystarczy jechać 30 km/h by je zostawiać w tym miejscu, choć ostatnio wylali coś na grunt i już się mniej kurzy, co to jest? Coś utwardzającego? I dlaczego tego nie stosują w Polsce?!), zjeżdżam tam gdzie miałam zjechać i... jadę dalej. Droga gruntowa w tym miejscu zamienia się w polną zarośniętą pośrodku trawą, która z metra na metr jest coraz wyższa. Mieści się jeszcze pod samochodem i nie zasłania mi przedniej szyby więc jadę. Jakieś koleiny... co to dla mojej terenówy! Zakręt i... jeszcze wyższa trawa, jakieś dziury, które da się ominąć wjeżdżając delikatnie na zaorane pole (kurcze, już tu coś rośnie...) i jadę dalej. W sumie z tego miejsca, w którym jestem dałoby się już dojść do powierzchni, ale nie mogę tak samochodu zostawić, bo jakby ktoś chciał przejechać dalej? Taaak, ciekawe kto by się porwał na taki teren... a nuż jakiś traktorek, a mają tutaj potężne, takie "unijne" maszyny. Tutaj nawet nigdzie nie nakręce, a nie uśmiecha mi się cofać w takich warunkach, musze jechać dalej. W połowie prostej drogi kolejna przeszkoda - pochylone drzewo nade mną... przejadę czy nie przejadę? Oj tam, najwyżej się troszke porysuje, to tylko gałęzie. Trzzzsszrzzzssssss... i już jestem za drzewem! Strasznie mnie to rozbawiło. Jadę jeszcze kawałek i widzę rozjazd dróg polnych, parkuje więc na pobliskiej łące i szczęśliwa wyłączam silnik - mam tylko nadzieję, że nie ugrzęzłam i wyjadę później stąd.Teraz to nie ważne. Pogoda pod chmurką, ale razem z nią pod chmurami szybuje mój bielik, a wraz z nim jakaś duża mewa. Na pewno fajnie im tam razem. Jakieś 20 m od miejsca, w którym zaparkowałam zauważam rozwaloną budę, która kiedyś może za swojej świetności była przyczepą kempingową? Zardzewiała, z wybitym oknem, z którego powiewa błękitna firanka, z otwartymi drzwiami i w tym półmroku pochmurnego dnia wygląda bardzo tajemniczo. Mam pewne opory żeby tam wejść, chociaż wiem, że tak czy siak to zrobię, bo inaczej nie zasnę w nocy. Przypominają mi się sceny z filmów, szczególnie horrorów. Zawsze się dziwiłam, że gdy coś skrzypi to ten samotny bohater od razu idzie zobaczyć co skrzypi, czemu nie poczeka aż będzie dzień albo nie pójdzie z kimś? W tym momencie chyba trochę go rozumiem. W głowie pojawia się zagadka, a w ślad za nią chęć jej rozwiązania, która nagle jest silniejsza niż strach i zdrowy rozsądek. No więc, czyja to buda? Co jest w środku? A jeśli ktoś tam jest? A jeśli znajdę trupa?! Za późno. Muszę zobaczyć. Podchodzę więc ostrożnie do otwartych drzwi i przez chwilę mam wrażenie, że zaraz ktoś wyskoczy ze środka... kiedy tak się nie dzieje - robię krok naprzód. Podoba mi się. Jest tak, jakby ktoś pozostawił to miejsce z zamiarem powrócenia i nie wrócił z jakiegoś powodu. Wyciągnięta filiżanka i talerzyk, zza niedomkniętej szafki widać resztę turystycznych naczyń. Wszystko brudne i zakurzone. Materac przewrócony, jakby ktoś chciał coś znaleźć pod nim. Koce porozrzucane, potłuczone szkło na podłodze i na półce. Mały dreszczyk emocji kiedy decyduje się otworzyć szafę... na szczęście nie wypada z niej żadna starożytna mumia, ani nawet Wiking. I jeszcze jedna ciekawa rzecz. Wizytówka na komodzie. Biorę ją do ręki i czytam. Odkładam, to tylko jakaś firma usługowo-handlowa. Idę szperać dalej, gdy sobie uświadamia co właśnie zrobiłam. Przeczytałam wizytówkę. Nie znam Szwedzkiego! Wracam do niej... no tak, polska wizytówka! Uśmiecham się. Jaki ten świat jest jednak mały. Chwilę waham się czy nie zabrać jej na pamiątkę, ale zostawiam wszystko na miejscu, tak jak było. I wracam do moich ptasząt.



piątek, 13 marca 2015

Bielik

I kiedy tak słyszę jak matka mówi do swoich małych dzieci odprowadzając je do szkoły: "Ale paskudny dziś dzień... no beznadziejny.", to myślę sobie no jak?! Jak można? To nic, że deszcz, to nic, że zimno, mokro, buro i ponuro... nie można być destrukcyjnym, a już na pewno nie dla ludzi, na których mamy ogromny wpływ. Cały dzień myślałam o tych biednych dzieciakach, które miały paskudny dzień w szkole, tylko i wyłącznie przez swoją mamę, która mogła sprawić żeby było całkiem odwrotnie. Popatrz synku - jak pięknie drzewa odbijają się w kałuży, jak melodyjnie krople deszczu spadają na chodnik... uśmiechnij się i dobrego dnia!

Ludzie bywają destrukcyjni. Można takich wyczuć już z daleka. Ze skwaszoną miną idą jak na masową egzekucję i narzekają na każdy aspekt swojego życia... i to się niestety udziela. Tak jak potrafi zarazić nas czyjś śmiech, czyjś zapał i energia, tak jeszcze bardziej nakręca nas smutek, pesymizm i szukanie dziury w całym. Więc gdy czujemy się źle - spotkajmy się z kimś kto czuje się dobrze. Niech nam wytłumaczy, że wcale nie mamy powodu.

I tak się czasem zastanawiam czemu płaczę? Przecież wszystko potrafię sobie wytłumaczyć, więc wszystko powinno być proste, jasne i przejrzyste... A nie jest.

26-28.05.

Na Dzień Matki wysłałam mamie e-maila, a w nim niezwykłą serię zdjęć... z mamą Modraszką i jej pociechami. Wzruszyła się.

______________

Kiedy tu przyjechałam wydawało mi się, że zawsze już będzie bezchmurne niebo. Po tygodniu przyszły chmury i zauważyłam w nich dużo zalet. Gdy znów się pojawiło słońce nie mogłam przestać się nim cieszyć. Kolejne chmury już nie były tak magiczne. Razem z nimi przyszły rozmyślania, rozterki, wątpliwości... Myślałam, że z kolejną poprawą pogody one znikną... ale jednak nie. Stały się moim nieodłącznym kompanem - podczas porannej pobudki, przejazdu pomiędzy powierzchniami, wieczornego spaceru i zachodu słońca.
Przed wyjazdem zakładałam, że wyspa pomoże mi w nabraniu dystansu do wszystkiego z czym się borykam. Może tak będzie, ale póki co mam taki mętlik w głowie, że lepiej tego w słowa nie ubierać.
______________

W Fide Kyrka jest tajemniczy, betonowy ołtarz w lesie... w sumie, nie wiem czy ołtarz, każdy to tak nazywa. Nie wiadomo skąd tu, po co, kto, jak i dlaczego. A mimo to, na pewno istnieje przynajmniej sto mitów na ten temat. Ja dopisuję swój: na pewno wywoływali na nim duchy... O nie, aż mnie ciarki przeszły na samą myśl, tak w środku lasu?! Po nocy? Kto by się odważył... to już lepiej brzmi ten ołtarz do odprawiania czarnych mszy i składania ofiar z dziewic...


Boże, widziałam bielika jakieś 15 metrów nad moją głową! Był taki ogromny i tak blisko, że widziałam wyraźnie każde jego piórko osobno! Szkoda, że trwało to tak krótką chwilę, ale zdążyłam zapamiętać parę cech, które pozwoliły mi go sklasyfikować jako młodego bielika. Jak to się stało, że tak blisko podleciał? Widywałam go w Tuviken już wcześniej, ale tylko podczas szybowania wysoko pod niebem! Tym razem przechodziłam powoli ścieżką, która przebiega przez las i jest mocno zacieniona przez wysokie korony drzew. Musiał mnie nie widzieć i nie słyszeć. A może był ciekaw, kto się skrada po jego terytorium? Może na mnie polował? Obniżył swój lot tuż nad moją głową, na wysokości koron drzew, by po paru metrach wzbić się znów za niewidoczny dla moich oczu horyzont. Prze-pięk-ny! Zapamiętam to spotkanie na długo.


























Więc powiedz mi, dlaczego płaczę?

wtorek, 3 marca 2015

Off

Ciekawi mnie, czy nie wspominanie przeszłości, nie analizowanie jej i nie wyciąganie pochopnych wniosków mogłoby sprawić, że bylibyśmy szczęśliwsi? Mogłoby tak się tylko stać w przypadku, gdybyśmy po prostu zapominali co się wydarzyło, tak jak na poczcie można sobie ustawić usuwanie starych wiadomości, tak w naszym mózgu byłaby funkcja "zachowaj tylko do 30 dni", no ciekawe... Ale wiązałoby się to z utratą tych miłych wspomnień, tych budujących, przyjemnych chwil i z utratą doświadczenia, dzięki któremu uczymy się na błędach... więc może jednak nie byłoby to dobre rozwiązanie? Szkoda jednak, że nie mamy takiej funkcji jak "Skasuj cały spam".
Podobno można się nauczyć wyłączać myślenie i żyć chwilą, która jest w tym momencie, aktualnie, przeżywać ją dogłębnie, by za chwilę tak samo przeżywać chwilę kolejną, odsuwając tę pierwszą na bok. Pewnie pomaga taka umiejętność zwłaszcza w sytuacji, kiedy mamy jakiś problem, coś nas gnębi lub czekamy na coś. Nie wiem ile zajęłoby mi się nauczenie takiej techniki, ale chyba sobie odpuszczę próbę ze względu na brak cierpliwości i nieprzeciętne zamiłowanie do wracania myślami do przeszłości. Zarówno tej niedalekiej, jak i tej odległej. Za bardzo jestem przesiąknięta wszystkim co się wydarzyło przez ostatnie parę lat, aby tak po prostu przestać zauważać wpływ rzeczy minionych na tu i teraz.

27.05.
Pochmurno dziś. Łażę po mokrych łąkach i cieszy mnie to mniej niż zwykle. Jakoś tak... dziwnie. Aparat wyciągam tylko na chwilę, by korzystając z dużego zoom'a w swoim aparacie, stwierdzić, że na słupie siedzi sobie myszołów. Chyba też na mnie patrzy...


O Szyrkach chyba jeszcze nie było. Wyspa kościołów? Ponoć też tak nazywają Gotlandię. Ponad 90 kościołów na tak małej powierzchni i na dodatek wszystkie budowane w jednym stylu i zabytkowe - większość z nich ma 800-900 lat! Wszystkie zbudowane pomiędzy 1100 a 1350 rokiem, dość dawno... A wszystkie są protestanckie, stąd też nie napełniają się w niedzielę ludźmi. W ogóle, wydają się cały czas stać puste i jednocześnie tajemnicze.
Podobają mi się.
Objeżdżając powierzchnię mijam dwie Szyrki (a właściwie Kyrka, czyli kościół po szwedzku, ale nikt prawidłowo nie przeczytałby gdybym w ten sposób pisała, a podoba mi się brzmienie nazwy...
Oja Kyrka i Fide Kyrka, które zwiedzam już w pierwszym tygodniu pobytu na wyspie. Choć za pierwszym razem mi się nie udaje, bo chwytając za wielką klamkę u wielkich drzwi okazuje się, że nie umiem ich otworzyć. Jest instrukcja! Taa... i wszystko jasne.



No nic, poddałam się i spytałam "domowników" o te klamki. Proste. Należy tylko podciągnąć klucz do góry, nacisnąć klamkę i pchać.
Nie ma co się rozwodzić za bardzo nad pięknem surowego klimatu tych zabytków - trzeba zobaczyć! Ja nie przejeżdżam obojętnie wobec żadnego z nich - widziałam do tej pory tylko kilkanaście, ale jeszcze kawał czasu przede mną! I każdy z nich tak podobny, a tak inny...




















_____________

Dobrze byłoby mieć taki włącznik on/off... do wszystkiego.