Dzisiejszy wieczór spędzę na plaży! A może nie tylko wieczór, może wyrobię się wcześniej i będę mogła pójść na piasek, zabrać książkę, muzykę i koc... i trochę spędzić czasu ze sobą? Pamiętam jedną niesamowitą teorię jaką wymyśliłam z kolegą pewnego przeciętnego wieczoru na akademiku. Zastanawialiśmy się dlaczego niektórzy ludzie nie potrafią słuchać. Dlaczego my sami nie potrafimy się nieraz skupić na tym co ktoś do nas mówi, dlaczego uciekamy myślami i bujamy nimi nie wiadomo gdzie, by się przebudzić w zakłopotaniu - o co on się mnie właśnie zapytał?! Doszliśmy do pewnego wniosku. Otóż człowiek w swoim całym zapracowaniu, zabieganiu i życiu codziennym rzadko znajduje czas tylko dla siebie... zwykle sami tylko zasypiamy, a czasami nawet nie. Kręcimy się wśród wielu głosów wyłapując te co nas interesują. A co z naszymi myślami? Pojawiają się i znikają. Nie mamy czasu się nad nimi zatrzymać, porozmawiać z samym sobą. Jednak istnieje w nas jakaś wewnętrzna potrzeba poukładania sobie myśli, zrobienia rachunku sumienia przed samym sobą i odnalezienia wśród sterty niepotrzebnych te najistotniejsze. Nasza dusza się tego domaga i przez to wyłączamy się w nietypowych sytuacjach, w sytuacjach, w których nie wypada się wyłączać. Więc jest rozwiązanie - znaleźć trochę czasu dla siebie. Wyciszyć się. Położyć się 10 minut wcześniej i z otwartymi oczami pomyśleć o mijającym dniu. Już nie mówię o modlitwie - każdy nazwie to po swojemu, ważne jest te parę chwil, w których rozmawiam wewnątrz swojej głowy i nikt mi w tym nie przeszkadza. A może to trochę niebezpieczne? Bo przecież niechcący można wymyślić sobie problem, który nie istniałby gdybyśmy nie mieli czasu o nim pomyśleć... No tak, tak może być.
Praca jednak zabiera dzisiaj więcej czasu niż się spodziewałam i udaje mi się pójść na plażę dopiero koło 20. Chwilę spaceruje, odbębniam rozmowy telefoniczne - jakoś nie mam dziś na nie ochoty. Później śledzę aparatem pewną pliszkę i w końcu docieram na piach. Nie jest to łatwe, coś ostatnio poziom wody się podniósł i trzeba uważać na śliskie kamienie. Sprawdzam ręką za ile będzie zachód słońca. Przypominam sobie kto mi pokazał jak to się robi. Udawałam wtedy, że nie wiem jak, a tak naprawdę widziałam już to wcześniej na jednym z filmów, które (o dziwo) pamiętam. Kłamstwo w dobrej wierze się nie liczy, było fajnie.
Fotografuje swoje wiatraki. Moje wiatraki... mój zachód słońca, moja plaża i mój kawałek morza. Będzie mi ich wszystkich brakować.
Bawię się piaskiem, jest trochę mokry. Zaczynam coś rzeźbić, ale nic moja wyobraźnia mi nie podsuwa i wychodzi z tego wszystkiego żółw z zapadniętą skorupą i krzywy uśmiech. Wszystko jak zwykle ma dla mnie znaczenie.
Spokojne morze. Bardzo spokojne fale i piana morska.
Słońce zachodzi i mrok nie zapada.
Wino jest bardzo dobre.
A księżyc dzisiaj duzieje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Co myślisz?