poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Śrubo(w)kręt

31.05.
W muzeum Larsa można kupić jego obrazy oraz tablice ptasie. Jedna mnie bardzo kusi, ale strasznie droga! Można też kupić maskotki różnych gatunków ptaków z wbudowanym głośniczkiem i nagranym śpiewem. Bardzo fajne, edukacyjne gadżety. Tylko czemu wszystko takie drogie... Obok muzeum znajduje się Naturum, czyli takie muzeum tematyczne o pięknie przyrody danego miejsca. Muzeum działa na wszystkie zmysły - można coś pooglądać, posłuchać, powąchać, dotknąć... tu coś się świeci, tam wibruje. Fajna zabawa, niby dla dzieciaków, ale ciężko mi przejść i wszystkiego nie wypróbować, bo do końca nie wiesz co się stanie gdy naciśniesz któryś guzik!
Dziewczyny są w lekkiej konsternacji kiedy widzą modraszkę "w trumnie". Zwalam wszystko na Szymona, a on nie zaprzecza. I znów wychodzę na normalną, bezpodstawnie.

Piękny dzień więc z pełną energią idę "robić" swoje gniazda. Denerwują mnie te krowy. Mam uraz po tym jak mnie pogoniły nad brzegiem morza w Bjorklundzie. Jak widzę, że gdzieś jest założony pastuch to podnosi mi się ciśnienie. Wypatruje ich uważnie przechodząc przez drut. Rozglądam się dookoła, ale nawet jak ich nie widzę na horyzoncie to wydaje mi się, że się czają za którymś drzewem i zaraz mnie zaczną gonić. Jakaś paranoja! Tym razem widzę je na horyzoncie - wolę widzieć, przynajmniej wiem którędy iść żeby mnie nie widziały. Jednak żeby dojść do budki muszę się nieco zbliżyć. Idę więc bardzo szybkim krokiem, wyciągam pisklęta i czym prędzej biegnę za najbliższego pastucha, by tam na spokojnie usiąść i się nimi zająć. Zastanawiam się tylko co zrobię kiedy podejdą w międzyczasie, jak odłoże pisklęta na miejce? Śmieję się ze swojej głupoty, ale mimo tego zachowuje ostrożność. Czuję się jak w jakiejś strategicznej grze komputerowej...


No więc tak. Jedziemy do tych 14 dni. Rozkładamy siatkę ornitologiczną niedaleko budki, wyciągamy połowę piskląt i czekamy. Jeśli jeszcze rodzice nie zaczęli szaleć, "włączamy" jedno pisklę. Jeśli to nie działa lub złapie się tylko jeden rodzic - zakładamy pułapkę do budki, czyli takie metalowe coś, co się zatrzaskuje i zamyka otwór wejściowy jeśli coś wleci do środka i idziemy do samochodu bądź nieco bliżej, usiąść na trawę. Częściej jednak wracamy do samochodu żeby nie nosić tego wszystkiego co nam jest potrzebne, a dużo tego jest. Szymon musi takiego dorosłego po pierwsze zaobrączkować bądź spisać obrączkę jeśli takowa już na nóżce się lśni. Następnie mierzy mu głowę, skrzydło, nogi, dziób... chyba wszystko co jest możliwe. Potem pobiera krew ze skrzydła, piórko z piersi, piórko ze skrzydła i z ogona... jakaś masakra, no ale jak trzeba. Musi dodatkowo zrobić zdjęcie głowy i piersi ptaka - do jakichś badań nad kolorami i ich właściwościami. No i zważyć. Chyba tyle. Jeszcze czasem z nią rozmawia. Mówi na przykład "A teraz policzę do trzech i cię wypuszczę, a ty rozłożysz skrzydełka i polecisz do gniazda, dobrze? No to uważaj, raz, dwa...". Siedzi przy tym na tylnym siedzeniu samochodu, a wszystkie jego gadżety są rozłożone z tyłu, a raczej rozpieprzone po siedzeniu. Ja siedzę na fotelu pasażera z przodu, odwrócona przodem do oparcia, potrzebne mi rzeczy są poukładane na fotelu kierowcy. A ptaki wiszą sobie w workach nad naszymi głowami. Wyciągam takie 14-dniowe pisklę i jak już przestanę się zachwycać jakie piękne jest w tym dniu i wzruszać, że już je mogę nigdy nie zobaczyć to zabieram się do roboty. Ważę je sobie i mierzę tak zwany skok, czyli jakby odległość od "kolana" po "stopę". Pobieram krew ze skrzydła. Ze skrzydła pobiera się więcej krwi niż z nóżki, raz, że pisklęta są już większe i można, a dwa, że potrzeba odpowiedniej ilości żeby po odwirowaniu plazmy było jej wystarczająco do przewidzianych badań. Tak pobraną krew od razu chowamy do pojemnika, które trzyma chłód. Również muszę pobrać "kępkę" piórek z piersi... nie podoba mi się to w ogóle, ale robię to jak najsprawniej, by czasem nie zabolało. I tak się nie przyzna, jeśli boli... Śmiesznie patrzą się te ptaki, mają taki zabawny wyraz twarzy przez te wciąż nie zniknięte "zajady"... jakby były ciągle obrażone. Uwielbiam je.


Podczas tych wszystkich czynności musimy się z Szymonem dzielić pęsętą i suwmiarką. Kładziemy je więc w "okienku" powstałym pod zagłówkiem oparcia fotelu. Jeśli ktoś nie odłoży go na swoje miejsce, trzeba się upomnieć. Raz się mylę i mówię "Podaj mi śrubokręt" i zaczyna się... Od tej pory inaczej nie potrafimy powiedzieć na suwmiarkę. Po pewnym czasie również pęsęta dostaje drugie imię - skalpel! Zasada podawania sobie wszystkiego jedynie przez okienko w fotelu również zaczyna być nienaruszalna. Jeśli ktoś się pomyli i wyciągnie po coś rękę pomiędzy fotelami, druga osoba patrzy na nią jakby ta właśnie się z choinki urwała. Na szczęście zwykłe "przepraszam" i postanowienie poprawy wystarczy, by zadośćuczynić. Cieszę się, że się tak rozumiemy.


Po takich obrządkach wracamy do domku na obiad. Wspominałam, że ICA ma bardzo dobrą mrożoną pizzę? O wiele lepsza niż niejedna "świeża", którą jadłam. A do pizzy dodajemy taki specyficzny sos, nawet nie jestem pewna z czego on jest, ale takiego smaku nigdy nie jadłam. Nawet nie wiem czy mi smakuje. Jest po prostu dziwny, więc go czasem jem. Ciekawym smakiem jest też mleczko waniliowe, które dodajemy do kawy. Sprawia, że kawa jest cudownie delikatna... i waniliowa.

A później jedziemy do Francuzów odwirować plazmę. Bo tylko oni mają wirówkę. Hmm... może o tym kiedy indziej, wiąże się z tą czynnością kolejna porcja dziwnych zachowań, nie będę się obciążać aż tak - na raz.


Dobrze, że rzadko tutaj odwołują zachód słońca...


_____________________

"Samotni ze sobą nie możemy znaleźć
miejsca i czasu na zadumy chwilę
Uciekamy do nikąd
pod prąd wyobraźni
Zostawiając sny
jak bezbronne motyle..."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Co myślisz?