06.2014
Jedziemy wirować krew. Dosłownie - wkłada się próbki krwi do takiej podręcznej wirówki, wyciąga po 3-5 minutach i oddziela pipetą plazmę od reszty. Plazma oddziela się na skutek... nie, nie, nie zamierzam tutaj definiować coś, na czym się nie znam. Poczytajcie na wikipedii. Na nowe pojemniczki z plazmą naklejamy kawałek taśmy, na której piszemy datę i inne konieczne do identyfikacji informacje. To tyle z poważnych tematów w tym poście...
Po zrobionych powierzchniach jemy obfity lub mniej obfity posiłek, pijemy kawusię z mleczkiem waniliowym (czemu go nie ma w Polsce?) i zbieramy się do wyjścia - na wirowanie. Wirówka jest u Kevina, w domu gdzie jeździ się też do pralki, w Burgsvik. Szymek zawsze jak jedzie robić pranie zabiera moje brudy - to już chyba przyjaźń, skoro nie brzydzi się moich brudnych skarpetek i majtek? Czasem mu za to rozwieszę już czyste gacie na sznurku, ale wcale tego nie oczekuje, dobry człowiek. No więc jedziemy do tych Francuzów. Wjeżdżamy na podwórko, na którym już stoi trochę samochodów, miejsce jednak się znajduje. Podjeżdżamy przodem do metalowej beczki, zaglądam do przedniej szyby z ciekawości, czy Szymon w nią stuknie. Nie stuknął - popatrzyłam na niego z rozczarowaniem. Szymon zrobił szymonową minę z cyklu "ja nie wjadę?", zapalił jeszcze raz samochód i podjechał 5 cm bliżej, co wystarczyło żeby beczka na chwilę straciła równowagę, zakołysała się i stanęła znowu w pionie. Było to tak pozbawione jakiejkolwiek logiki, że nie mogliśmy się opanować ze śmiechu. Po uspokojeniu się weszliśmy do Kevina. Hi everyone! Minęliśmy jedno pomieszczenie, w którym byli skośnoocy i przeszliśmy do pokoju z wirówką. Usiedliśmy przy stoliku i podzielili się robotą, by ta sprawnie szła. Tym razem nie mieliśmy dużo do wirowania, ale z każdym dniem miało być coraz więcej. Zza ściany dało się słyszeć chińskie rozmowy, nie było łatwo się nie śmiać, kto wymyślił chiński język? Ni to ładne ni podobne do czegokolwiek. Krew odwirowana, wracamy więc do samochodu i odjeżdżamy. Szymek wrzuca kierunkowskaz w prawo - gdzie jedziesz? - pytam zdziwiona, bo bliższa droga do domku jest na lewo. Otóż musimy zahaczyć jeszcze o drugi francuski dom, w którym jest duża lodówka przygotowana właśnie na takie okazje, jak przechowywanie próbek krwi. Skręcamy więc z impetem na prawo i za parędziesiąt metrów znów ostro w prawo, gdzie znajduje się wjazd na podwórko. Nie koloryzuje ani trochę używając słowa "impet", Szymek lubi właśnie tak jeździć. Jednocześnie w tym impecie jest tyle chaosu, że samochód na podwórku zaczyna wariować, krztusi się i gaśnie. Cała ta sytuacja wygląda komicznie, nie powinnam się śmiać, ale no... nie dam rady. Jak Ty to w ogóle zrobiłeś? Pytam, a on tylko się śmieje, bierze przenośną lodówkę i idzie z nią do piwniczki. Co za człowiek! Daję głośniej radio i czekam. Wraca, nadal uśmiechnięty. Piękną mamy dzisiaj pogodę, więc po co się smucić? Szymon wsiada za kierownicę i cofa... z impetem. To było fajne! Aż się koła lekko wkopały w trawnik. Jedziemy w stronę domku. Trasa prowadzi z południa na północ, a potem zakręca na zachód. Jadąc na zachód zjeżdżamy delikatnie z górki, a na horyzoncie widzimy morze. Jeśli by nie skręcać na ostatnim skrzyżowaniu dróg i rozpędzić maksymalnie samochód, może by udało się do niego dolecieć? Rozmawiamy o tym zbliżając się do rozjazdu... Szymek udaje, że przyśpiesza... a może jednak nie udaje? Przestań - panikuje i wbijam się głębiej w fotel. A on znowu się śmieje. Tym razem nie wjeżdżamy do morza, kiedy indziej. Zjeżdżamy na naszą dojazdową drogę gruntową. Tego dnia dowiedzieliśmy się od właścicielki tych gruntów, że prosi nas, by jeździć po niej maksymalnie 20 km/h, bo jej rozjeżdżamy drogę. Trochę z tego szydzimy. Przypominam Szymonowi, że ma zachować spokój, bo rozjeżdża drogę. Posłusznie wrzuca pierwszy bieg i zsuwa nogę z gazu. Jedziemy więc najwolniej jak się da. Jedziemy tak wolno, że odsuwam szybę i podziwiam mrówki na podjeździe. Robimy głośniej radio i wystawiamy tzw. zimne łokcie. Jest pełen chillout, w końcu dzień po pracy, nigdzie nam się nie śpieszy. Po 5 minutach 100 metrowej drogi jesteśmy na miejscu. Szymek parkuje samochód w swoim miejscu, które sobie zajął już na początku, przodem do przedniej ściany domku. Zawsze mam wrażenie, że wjedzie nam na chatę i przy ostatnim metrze "hamuję" razem z nim rękoma. Ten mój strach go cieszy, ale dzisiaj chyba wszystko go cieszy. Mnie zresztą też. To był dobry dzień. I przede wszystkim - wesoły.
_________________
Jedziemy na drugi dzień wirować krew. Podjeżdżamy pod beczkę, uderzając ją delikatnie i snując teorię o równowadze świata związanej bezpośrednio z uderzeniem w beczkę. Po wyjeździe z podwórka Kevina pytam "dokąd jedziemy?" i sama sobie odpowiadam. Do francuzów wjeżdżamy tak, by silnik kaszlnął przynajmniej trzy razy. Wyjeżdżamy cofając jak sportowa bryka. Na ostatnim skrzyżowaniu Szymon udaje, że wjeżdża do morza. Podjazd do domku wykonujemy na jedynce bez gazu, z głośną muzyką. Hamuje rękoma, gdy Szymon "wjeżdża w dom".
Wszystko wydaje się takie oczywiste.
Na trzeci i czwarty dzień nic się nie zmienia. Nasze dziwne zwyczaje stają się normą.
Na piąty dzień jedziemy wirować krew - kiedy zajeżdżamy pod dom Kevina stajemy osłupiali. Miejsce przy beczce jest zajęte przez inny samochód. I co teraz będzie? Zaczynamy się denerwować, przecież nie możemy nie-uderzyć-w-beczkę. Cała tradycja legnie w gruzach! Szymon zajeżdża obok, patrzę co robi - a on, delikatnie w ostatniej chwili skręca kierownicę i podjeżdża ukosem do naszej beczki, dotyka ją i odjeżdża... Nie wierzę własnym oczom. Z jednej strony czuję ulgę - świat się nie zawali, równowaga będzie zachowana. Z drugiej uświadamiam sobie ile w tym wszystkim co robimy jest parodii. Czy my jesteśmy normalni? Czy to, że nie, to coś złego? I tak całkiem serio - kto by się tym wszystkim przejmował?
Kolejnego dnia napotykamy na inną przeszkodę. Miejsce przy domku jest zajęte przez samochód Asi! Co ona sobie myśli? Na chwilę zapominam o ostatnim aspekcie naszej tradycji, jakoś to przeżyję. Szymek jednak nie daje za wygraną i niebezpiecznie zbliża się do sąsiedniego domku. Przeraża mnie to i hamuję rękoma. Patrzę na niego, a on mówi tylko "no co? musiałem".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Co myślisz?