Wszystko co działa na nasze zmysły; melodie, zapachy, obrazy, światło lub ciemność, ciepło czy chłód... wszystko ma wpływ na to, że zapamiętujemy miejsce i czas, kojarzymy osoby, wydarzenia z czymś przyjemnym lub wręcz przeciwnie. Jedni czują to bardziej inni mniej. Ja odczuwam to chyba podwójnie, a nieraz i boleśnie. Moje wspomnienia potrafią być takie wyraźne, a sen tak mało różnić się od jawy, że nieraz zastanawiam się co tak naprawdę się zdarzyło, a co sama sobie wymyśliłam i nadałam temu kształt.
Kiedyś potrafiłam nawet sterować swoimi snami, ale robiłam to do takich granic przyzwoitości, że mi się aż znudziło i... samoistnie się oduczyłam. Bo co to za sen jak samemu się ma wpływ na to co się wydarzy? Znudziło mi się nawet latanie we śnie, a potrafiłam i skakać z budynku na budynek, jak również wybić się ponad chmury i szybować...
Próbowałam też się zabić we śnie. Robiłam to tylko dlatego, że naprawdę miałam świadomość tego, że nic mi się nie stanie. Nie da się, samochody cię omijają i zawsze miękko lądujesz...
Próbowałam przekonywać innych do tego, że śnią. To było na początku mojego świadomego śnienia. Zamykałam z kimś oczy na "trzy-czte-ry" i... przenosiliśmy się do innego miejsca zamiast się obudzić. Choć budzić też się umiałam kiedy chcę, kiedy zaczynałam się naprawdę bać czegoś.
Nie mam żadnych nadzwyczajnych zdolności, myślę, że każdy tak potrafi. Nauczyłam się tego sama, po prostu bardzo chciałam i bardzo do tego dążyłam wyobrażając sobie coś intensywnie przed snem i wierząc, że przyśni mi się ciąg dalszy.
Człowiek w ogóle dużo potrafi i dużo może, tylko nie chce się w to wgłębiać, większości z nas wystarcza możliwość rozwoju typowo człowieczego - w sferze pracy, nauki, szczęśliwej rodziny. Cieszę się i zazdroszczę. Na pewno tacy ludzie potrafią łatwo znaleźć szczęście w codziennej monotonii dnia codziennego, w tzw. braku większych problemów. Nie ma problemów - jest dobrze. A co z duszą? Wegetuje uwięziona w szczęśliwym ciele. Nie mówię tu o religijności, choć również, ale przede wszystkim o poznaniu samego siebie i spełnieniu siebie. O dążeniu do tego co nam sprawia satysfakcję, o nieograniczaniu siebie przez "powinnam", "nie potrafię" czy "boję się zmian". Jeśli czujesz, że się dusisz - ściąg pętelkę zanim będzie za późno.
13.05.
Jadę sprawdzić Fide Prastang. Powierzchnia nie jest dużym wyzwaniem - ciągnie się wzdłuż gruntowej drogi, która jednak należy do tych, na które nie wolno nam wjeżdżać... Nie to nie. Idzie się więc tą drogą i co 10-15 m widać udeptane prostopadłe ścieżki ciągnące się przez całą powierzchnię. Wystarczy na takową wejść i na jej wijącej się trasie znajdują się wszystkie budki po kolei. Później przejść na kolejną i kolejną... dość monotonnie, czyżby mi się nie chciało? Pogoda nie dodaje energii. Otwierając w tym znudzonym stanie kolejną budkę, nie spodziewałam się ujrzeć coś takiego...
Nie obudziłam ich. Przesunęłam delikatnie kuferek jednego z nich, który wyszedł poza budkę, aby nie skrzywdzić ich zamykając daszek. Resztę powierzchni przeszłam już uśmiechnięta. Po drodze spotkałam jeszcze legendarne drzewo-dupę oraz obraz, przy którym musiałam przystanąć dłużej... 30 lat badań na wyspie odcisnęło swoje piętno na tutejszej przyrodzie. Cieszę się, że mam w tym swój udział.
Jeszcze jedno zadanie dostałam tego dnia do wykonania. Miałam wymienić daszek w jednej budce, a inną zamienić na całkiem nową ponieważ cała się rozlatywała. Przykręcając nową budkę nie omieszkałam podpisać się z tyłu. Kiedyś może tu wrócę, a jeśli nawet nie, to zostawiam po sobie ślad i tworzę mieszkanko dla wielu sikorzych rodzin w przyszłości... Cudnie.
A wieczorem nie mam ochoty nigdzie wychodzić. Pochmurne niebo nie zapowiada dobrego zachodu słońca, a zimny wiatr nie sprzyja długim spacerom. Tylko co robić z wolnym czasem? Jem kolację, czytam książkę, włączam komputer... Nie, jednak potrzebuję powietrza. Jest mi wyjątkowo dzisiaj źle. Ubieram się ciepło i idę na brzeg. Od początku wiem, gdzie się dzisiaj dłużej zatrzymam. Upatrzyłam sobie to miejsce właśnie na taki wieczór jak dziś. I już wiem, że spędzę tu każdy kolejny, w który mnie przytłoczy smutek. Siadam na krześle, ciekawe kto go postawił tak blisko morza, a tak odseparowane od najbliższych podwórek? Patrzę na dzisiejszy zachód - tylko cienka oświetlona linia nad horyzontem przypomina, że słońce dopiero nie tak dawno zaszło. Pojawiają się bernikle i łabędzie... Pływają tak blisko, jakby moja obecność im w ogóle nie przeszkadzała.
Poczuj to.
Też chcę mieć takie krzesło. Gdzieś sobie takie muszę postawić, gdzieś niedaleko mieszkania.
OdpowiedzUsuń