Bardzo ciężko znaleźć w dzisiejszych czasach kartkę świąteczną z szopką Bożonarodzeniową.
A może by tak być ponad to wszystko? I zachowując wszystkie nasze piękne tradycje nie dać się wplątać w szał konsumpcji? Postarać się znaleźć czas na zadumę, na odnalezienie siebie samego, chwilę dla bliskich? Może jakiś dobry uczynek na święta, taki całkowicie bezinteresowny? Czy stać nas na to? Nie trzeba mieć żadnych pieniędzy, wystarczy wyciągnąć rękę, nadstawić ucho i otworzyć serce. A może ten drobny, dobry gest do nas wróci ze zdwojoną siłą? Myślę, że warto zaryzykować.
11.05
Początkowo nie wiedziałam o co chodzi, ale też nie pytałam. Podobały mi się te tajemnicze rozmowy o Adamie i Ewie. Od początku wyjazdu Ania wspominała, że chciałaby pojechać je zobaczyć, mówiła również, że jeszcze ich nie ma i trzeba trafić na odpowiednią porę. Uznałam to jako ich (osób, które są tutaj recydywistami) kolejny szyfr porozumiewawczy, może jakieś wspomnienie? Niech mają swoje, nie będę natrętna. Okazało się jednak, że jest to nazwa zwyczajowa storczyka Dactylorhiza sambucina, czyli po naszemu kukułka bzowa, kwiaty czerwone na okazach to Adam, a kwiaty żółte to Ewa, występują równie często, razem lub oddzielnie. Mieliśmy jechać w miejsce, gdzie zawsze występują, nieco na północ od nas. Wystarczająco "nieco", by z ładnej, słonecznej pogody, zrobiła się mglista i wietrzna. Podobno teren ten przypomina nieco sawannę... być może, gdy zajeżdżamy na miejsce widoczność spada do 100 m i widać właściwie nic, poza piękną Ewą i przystojnym Adamem i zamgloną latarnią morską. Trochę nawet pada.
W drodze powrotnej zwiedzamy parę kościołów.
Jak wróciliśmy z wycieczki, znowu przywitało nas słońce. Pewnie cały czas było tutaj - na południu wyspy. Trzeba było się dzisiaj nigdzie nie ruszać. Ale skąd możemy wiedzieć czy gdzieś nie jest nam lepiej niż w miejscu, w którym jesteśmy, jeśli tam się nie udamy?
A wieczorem byliśmy zaproszeni na grilla do Francuzów. Wybieramy się w czwórkę - dziewczyny nie chcą jechać... czemu? Później już je rozumiem. Choć fajne doświadczenie siedzieć przy jednym stole, przy którym prowadzi się rozmowy głównie po angielsku, a słychać też francuski i polski, ale nie czułam się tam najswobodniej. Ludzie bardzo życzliwi, uśmiechnięci i otwarci, to we mnie jest problem - ja nie jestem taka "światowa". Wolę widzieć znajome twarze, a przynajmniej by otaczały mnie w większości. Nie żałuje jednak, że pojechałam. Nie dość, że na grillu kolorowo od różnych mięs i warzyw, to i na stole miejsca brakowało żeby postawić kubek; sałatki, przekąski, a na deser owoce + stopiona czekolada... mhmm...
choć czas jak rzeka
jak rzeka płynie
unosząc w przeszłość tamte dni
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Co myślisz?