Nie jest tak, że każdy Szwed jest miły i przyjazny chociaż te wszystkie jasnowłose twarze uśmiechające się i witające się z daleka ze mną przekonują mnie, że jest ich większość. Po prostu mają spokojniejsze życie, a więc i problemów mniej, a więc i powodów by mieć ponurą minę mniej. Przykładem niemiłego Szweda jest pan, którego nie jest dane mi na razie poznać, ale którego dom znajduje się przy wjeździe do powierzchni Grunett. Jest parę powierzchni, do których trzeba dojść kawałek piechotą - dla większości z nich jest to spowodowane niemożliwością wjazdu głębiej w las, ale Grunett jest jedną z powierzchni o dobrym aczkolwiek zakazanym wjeździe. Niemal 30 lat badań na wyspie odbiło się echem nie tylko na przyrodzie Gotlandii, ale również na świadomości tutejszych mieszkańców, którzy badaczy albo akceptują i wręcz uwielbiają albo uważają za największych niszczycieli ich dobra. To jak to jest? Z jednej strony prawo szwedzkie mówi, że możesz się rozbić w namiocie nawet na czyimś podwórku, a z drugiej nie można korzystać z gruntowej drogi, która prowadzi do lasu lub do morza. Otóż nawet najbardziej niemiły Szwed musi być przez badaczy szanowany jeśli to na jego teren wkraczamy. Donieść policji nie może, zaskarżyć i grozić również nie. Ale nikt mu nie zabroni mścić się na każdym kroku w każdym kolejnym sezonie, ściągać budki lęgowe czy też usuwać sprzęt pozostawiony do eksperymentu. Jesteśmy więc mili dla niemiłych i idziemy piechotą 10 minut do Grunett ładną, utwardzoną drogą, aby - jak twierdzi niemiły - nie rozjeżdżać owej. Czasem jest to bardzo przyjemne, szczególnie gdy słońce grzeje w plecy, a aparat wręcz nie może usiedzieć w pokrowcu...
Jedna powierzchnia jest mocno przycięta - Rudvier East - dziwne, nawet ścięte drzewa na Gotlandii mi się podobają. Wszystko ma swój niepowtarzalny urok. Zresztą inaczej prowadzi się tu wycinkę, drzewa wyrywa się z korzeniami i zamiast ściętych pni można wpaść do dołka pozostawionego przez wyrwany system korzeniowy. Trzeba uważać żeby nie skręcić kostki, ale poza tym powierzchnia nie wygląda jak cmentarzysko lasu, tylko jak park brzozowy... hmm... ale mało przyjazny dzieciom.
A po południu relaks z wiatrakami.
A Hoburgen to południowy kraniec wyspy - jakby patrzeć głęboko za horyzont w morze to patrzymy w kierunku Polski. Ale my patrzymy na zachód - bo na zachodzie zachód słońca!
Dzikie króliki kojarzą mi się z Alicją w Krainie Czarów. Jest ich tutaj bardzo dużo, ale nieraz ciężko je dostrzec - swoimi barwami wtapiają się w otoczenie. Jednak wystarczy przystanąć, zatrzymać na chwilę wzrok i dostrzegamy ruchome elementy. Przez chwilę czuję się jak Alicja.
Za parę kroków pochylam się i znajduję króliczą nóżkę. I bajkę szlag trafia.
No cóż. Mam też ogon łabędzie, do kolekcji.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Co myślisz?