poniedziałek, 22 grudnia 2014

Nie taki diabeł...?

Czasami wyolbrzymiam i nie lubię tego. Z czego to się bierze? Pewnie z tego, że nie potrafię udawać i to co przeżywam - przeżywam naprawdę, uzewnętrzniam i mówię o tym. A gdy się o czymś mówi to staje się to zapamiętane na dłużej i bardziej prawdziwe, niż gdy coś przemilczymy... Działa to więc tak - stwierdzam, że coś jest istotne (choć nie zawsze jest) i zaczynam o tym myśleć. Dzielę się z kimś myślami na ten temat i zaczynamy to wspólnie interpretować. Wszystko co się dzieje w międzyczasie przypisuje do tej jednej (już bardzo istotnej w moim przekonaniu) rzeczy. Nagle zdaje sobie sprawę, że sama zrobiłam z tego ważną rzecz, ale czasu cofnąć się nie da... i brnę dalej. Mała rzecz staje się wielką. Jestem w tym fachowcem. Jakby ktoś potrzebował znaleźć sobie jakiś problem to zapraszam na spotkanie przy kawie - znajdę mu go.
No dobra, znowu przesadzam.
Moja mama jest ogrodniczką z zawodu - może stąd moja umiejętność.

Taka na przykład zwykła historia o szukaniu dojścia do piaszczystej plaży. Jak zaczynałam o tym pisać w ogóle nie myślałam, że skończy się to aż takim podtekstem, drugim dnem, metaforą... jak kto woli. Popłynęłam myślami. Teraz w sumie też - nie wiem czemu pisałam o wyolbrzymianiu w ten sposób. Nie ma to nic wspólnego ze zdjęciami, które obejrzałam z dnia 10.05, kiedy to spędzałam jeden z niewielu pochmurnych wieczorów samotnie (a może raczej sama?) na wyspie, czekając na zachód słońca, który tego dnia mało brakło, by bezczelnie odwołali...

10.05
Na wielu powierzchniach większość budek lęgowych jest już zajętych, ale nadal trzeba sprawdzać czy kolejnych ptaki nie zajmują. Z mapki więc są wykreślane te, w których może już zachodzić inkubacja i z reguły nie powinniśmy tam zaglądać - żeby nie przeszkadzać. Jest dość chłodno, jadę sprawdzić Rudvier West. Byłam tutaj na początku z Szymkiem i to tutaj uczyłam się rozpoznawania gniazd. Dostałam wskazówki, trafiam więc bez większych problemów. Powierzchnia ciągnie się po obu stronach leśnej drogi. Bardzo dziś pochmurno i ciemno. Zaczynam od strony zachodniej i już widzę, że łatwo nie będzie. Położenie niektórych budek średnio pokrywa się z tym na mapie. Będąc pod budką 21 wiem tylko tyle, że 22 powinna być na północny-wschód od niej, że powinnam kierować się wzdłuż granicy lasu i... w sumie tyle. Ścieżki tutaj są mało wydeptane, na co nie pozwala ubogie i dość grząskie runo. Rzadki las jest jednocześnie pastwiskiem - świadczą o tym ślady po zwierzętach. Idę więc do budki 22, po drodze mijam 34 i zatrzymuję się przy 23. Wracam się tą samą drogą, starając się rozglądać na drzewa, które mogłam pominąć. O jest budka... znowu 21. Cholera, gdzie oni ją powiesili?! "Znikające budki" są normalną rzeczą a Gotlandii. Nieraz przechodzisz koło niej, nie widząc jej, bo sprytna chowa się z drugiej strony drzewa. Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że później się przekręca, by znowu być po przeciwnej stronie drzewa niż ty.
Dobrze, uczę się przy okazji cierpliwości.


Na wyspie nie ma rzek, bo jak niby miałaby płynąć skoro właściwie nie ma żadnych spadków terenu? Gleba jest jednak tak płytka, że w niektórych miejscach tworzą się zastoiska, które przypominają małe stawy. Nie mam pojęcia czy są głębokie, w sumie wole nie wiedzieć, bo w wyobraźni mojej zanurzając się w takim oczku wodnym mogę przepłynąć wodami gruntowymi do morza... O bliskim sąsiedztwie skały macierzystej świadczą również powalone drzewa, które niestabilnie osadzone w gruncie, przy większych podmuchach wiatru, zostają wyrwane razem z całym systemem korzeniowym. W efekcie wygląda to jakby przez las przeszedł prawdziwy huragan.


A na polach żółto od rzepaku.


W pochmurny dzień mam mniej energii, ale nadal nie zmuszam się do pracy. Jak może męczyć chodzenie po lesie i zaglądanie do budek? Bardzo podoba mi się moja niezależność tutaj. To, że dostaje robotę "do zrobienia" na konkretny dzień i sama mam rozplanować kiedy wstanę (aby się wyrobić) i czy się śpieszyć. I co robić wieczorem...


Zachód słońca dzisiaj jest magiczny... Nad horyzontem roztacza się wąski pas bezchmurnego nieba, w którym unosi się delikatna mgła, która zdaje się być wytwarzana i napędzana przez wiatraki.


Po zrobieniu paru zdjęć, już miałam wracać, ale coś mnie tknęło, by jednak zaczekać aż słońce wynurzy się zza linii utworzonej przez granicę chmur... nie żałowałam. Zdjęcia nie do końca to oddadzą, ale dla takich obrazów warto delikatnie zmarznąć.


Wschód słońca na 5 minut przed zachodem...
Carpe diem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Co myślisz?