Wszystko się pokręciło i nawet jest... przyjemnie, miło? Tak. Jest rodzinnie, ciepło i spokojnie.
I wszystko sobie powoli układam w głowie.
A co słychać na Gotlandii?
12.05
Nastał ten dzień! Już od jakiegoś czasu planowałyśmy z Angeliką, że zrobimy sobie cały dzień wolnego od roboty (jakie to piękne, że tak można!) póki tej roboty jest mało i wybierzemy się na wyspę. Tak, pojedziemy i popłyniemy na wyspę z wyspy! Na nie-byle-jaką! Potrzebowałyśmy całego dnia żeby się wyrobić. Wszyscy poza nami już tam byli, a że taka wycieczka tania nie jest - odpuścili sobie kolejny wypad (320 szwedzkich koron - jeśli dobrze pamiętam, czyli jakieś 150zł). Ale warto! Wstajemy dość wcześnie, choć nie przesadzając, wsiadamy w moją Dżettę i mkniemy do przystani promowej, która znajduje się w miejscowości Klintehamn (jakieś 30-40 minut drogi od nas). Jesteśmy sporo przed czasem, ale lepiej tak niż się spóźnić, kupujemy więc bilety i czekamy z niecierpliwością...
Powoli zbierają się również inni turyści... dwóch Japończyków robi zdjęcia na prawo i lewo, strasznie śmieszni są. Z obawą patrzymy na niebo, które jest pełne chmur. Angelika żartuje "zobaczysz Iwona, nad wyspą będzie dziura w chmurach i specjalnie dla nas będzie tam świecić słońce!". Tak bardzo tego chcemy, że zaczynamy w to wierzyć. Obok jest kawiarnia, ale nie zamawiamy nic, bo aż tyle czasu nie mamy. Na przystani stoi już nasz prom - malutki, ale będzie fajnie! Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i czekamy na jakieś instrukcje z zewnątrz... czy już można wchodzić?!
Chyba nas wołają! Wsiadamy na prom, wyciągamy aparaty... patrzymy się na siebie i już wiemy, że prędko ich nie schowamy. Ciul z brudną szybą - trzeba uwiecznić każdą chwilę!
Naszym oczom najpierw ujawnia się Lilla Karlso - mniejsza wyspa, która jednak nie jest celem naszej podróży. Płyniemy dalej. Jest... to ona... a nad nią? Dziura w chmurach ze słońcem specjalnie dla nas, dziękujemy! Będzie pięknie. Pierwszy widok po stanięciu na lądzie zapiera dech w piersi... Nigdy nie widziałam takiego miejsca, nigdy na żywo.
Stora Karlsö
(Wyspa Karola Większa)Leży ok 6 km na zachód od Gotlandii i w całości od 1880 roku jest rezerwatem przyrody (drugim najstarszym, zaraz po Yellowstone obszarem ochrony przyrody!).
Większą część wyspy stanowi wapienny płaskowyż osiągający 52 m n.p.m., który tworzy wysokie i strome klify.
Natomiast główną formacją roślinną jest alwar, typowy dla podłoża wapiennego; zarośla składają się głównie z jałowca, występują małe zagajniki drzew liściastych. Wielogatunkowe łąki ukształtowały się na skutek wypasu owiec na wyspie.
W 2006 roku obszar wyspy włączono do sieci Natura 2000. Tyle z tak zwanych "suchych faktów".
A tak właściwie to przyjechałyśmy tu dla alek. To o nich słyszałam za każdym razem od Angeliki i to one są jedną z głównych atrakcji wyspy. A co to właściwie takiego? Najprościej będzie porównać te ptaki do pingwinów... takich pingwinów północnej półkuli, tylko, że potrafią latać... no i są mniejsze, smuklejsze i ogólnie ładniejsze. Ale przeciętny człowiek i tak powie, że to taki dziwny pingwin. Na wyspie występuje największa (czy jedna z największych?) kolonii nurzyków i alek, bo około 6-8 tys par! Nie szło ich nie zauważyć. Gniazdują na stromych klifach - stąd ich miłość do tej wysepki.
Zdjęć ze Stora Karlso mam mnóstwo, ale nie zrobię z tego posta fotoalbumu, bo to się mija z celem.
Na wyspę naszym kursem przyjechało z nami paru Szwedów, dwóch wspomnianych Japończyków i jeszcze jakaś grupka niewiadomego pochodzenia. Na pomoście pokierowano nas w miejsce gdzie mieliśmy dostać kolejne wskazówki. Dostaliśmy w cenie biletu możliwość skorzystania z przewodnika; jeden mówił w języku szwedzkim, drugi w angielskim. Spytane o chęć przewodnika nie umiałyśmy jednoznacznie odpowiedzieć więc powiedziałyśmy, że zdecydujemy później. I zdecydowałyśmy - skoro można zwiedzać samemu, lepiej samemu, zatrzymamy się tam gdzie będziemy chciały, a przede wszystkim nie będzie nam głupio robić 20 zdjęć w jednym miejscu :)
Pani przewodnik nie miała nic przeciwko i nawet pożyczyła nam mapkę i opowiedziała parę ciekawostek na miejscu. W sumie nie dało się zgubić na wyspie, która ma 2,5 km powierzchni, ale należało w miarę rozplanować spacer żeby wrócić na czas - prom odpływa stąd tylko 2 razy dziennie, jeśli byśmy nie odpłynęły musiałybyśmy nocować na wyspie, co raczej jest dość drogie, tak myślę.
Jedyne zabudowanie na wyspie (oprócz kawiarni i muzeum przy przystani) to właśnie hotel dla gości.
Idziemy więc w drugą stronę niż reszta żeby sobie nawzajem nie przeszkadzać. Przechodzimy brzegiem morza, wchodzimy na pomost, obserwujemy pierwsze alki, nurzyki, nurogęsi, edredony i inne piękności. Woda jest tutaj przezroczysta i widać wyraźnie bujne kopce krasnorostów. Następnie droga prowadzi nas jakby trzy piętra wyżej skąd rozpościera się przepiękny widok na strome klify, szerokie łąki i głębie morza. Chwilkę idziemy przez zagajnik, w skale zauważamy dwie samice edredona na gnieździe. Cichutko przechodzimy dalej, by nie przeszkadzać młodej mamie. Niby widać wydeptane ścieżki, ale tworzą one w niektórych miejscach mozaikę przecinając się w dziesięciu miejscach z innymi... tak jakby i tak każdy chodził własną drogą. Więc i my nie obawiamy się konsekwencji idąc własnymi drogami i szukając kolejnego storczyka. W dwóch miejscach można podejść do zabezpieczonego skraju klifu i na własne oczy ujrzeć te tysiące ptaków biesiadujące na skałach... Po jakimś czasie słońce zastępują chmury i przez chwilę granica widocznego horyzontu znajduje się niedaleko nas. Uda nam się więc ujrzeć wyspę w dwóch różnych perspektywach. Udało nam się oczywiście zgubić pomiędzy jałowcami szukając ścieżki, którą szłyśmy na początku. Okazało się po chwili, że zamiast iść dalej to się wracamy - dziwne wydawało się, że mimo tego, że szłyśmy odwrotnie do grupki z przewodnikiem, nagle idziemy w jednym kierunku hmm. Udając, że zrobiłyśmy to specjalnie, zatrzymałyśmy się robiąc zdjęcia. Przewodniczka widząc nas spytała czy widziałyśmy gniazdo edredona i opowiedziała o nim. Poszłyśmy więc dalej, rozdzielając się i zachwycając wszystkim dookoła. Po jakimś czasie znowu okazało się, że spacer własną drogą przez nieznany ląd to nie najlepszy pomysł - nasza trasa skończyła się 20 metrową skarpą, musiałyśmy więc obejść ją dookoła i zejść w miejscu, gdzie każdy normalny człowiek schodzi. Gdy skończyłyśmy nasz obchód, pozostała nam jeszcze godzina czasu do promu powrotnego. Kupujemy sobie pamiątki - przypinki przedstawiające alki z nazwą wyspy i idziemy posiedzieć do kawiarni. Na początku, zaraz po przyjeździe była możliwość zamówienia za około 100 kr obiadu, który miał być gotowy właśnie na tę chwilę. Część podróżujących właśnie zajadała obiady, a my korzystałyśmy z darmowej kawy, herbaty i ciastek, posilając się bułkami zrobionymi jeszcze w domu. Trzeba oszczędzać na inne nasze zachcianki - jest dopiero połowa maja! Strasznie mi dobrze z myślą, że przede mną jeszcze ponad miesiąc na Gotlandii!
Pogoda znowu się poprawiła. Postanowiłyśmy spróbować zostać na pokładzie promu - może nas nie wygonią? Dziwnie patrzył się na nas chłopak, który zamykał za nami bramkę, wyglądałyśmy dość podejrzanie nie wchodząc do środka, a jednocześnie nie siadając na fotelach, które były na zewnątrz. No, ale skoro tam były, to chyba można tu siedzieć? Grzecznie spytałam - can we stay here? Chłopak się uśmiechnął i spytał - where? on the island? Zaczęłyśmy to poważnie rozważać. Czemu, by nie? Ukryć się gdzieś w tych zaroślach, rozłożyć namiot... gorzej jak się zacznie robić zimno, zimy w takim miejscu do łagodnych nie należą.
Po przypłynięciu wsiadamy do samochodu, dzień jeszcze długi, szkoda go już skończyć kiedy tak pięknie się zaczął. Bujamy się najpierw przez centrum Klintehamn zatrzymując się w kościele. Później w drodze do domu zajeżdżamy jeszcze w dwa kolejne miejsca na zachodnim wybrzeżu, by jeszcze raz spojrzeć na Stora i Lilla Karlso. Byłyśmy tam! Niesamowite.
Poszukując czegoś ciekawego w radio odnajdujemy super stację - rockową! Lecą stare i dobre kawałki, zwiększamy głośność na fulla i śpiewamy (drzemy się?). Jesteśmy już w połowie drogi powrotnej, gdy orientujemy się, że byłyśmy blisko miejsca gdzie można było kupić wino! W Szwecji nie jest to takie proste, by dostać alkohol > 3,5% zawartości alkoholu, należy znaleźć jedyną zaopatrującą Szwedów w takie materiały sieć sklepów, która się zwie System Bolaget. Aby tam zakupić towar trzeba dodatkowo mieć ukończone 20 lat. Jest to państwowa sieć sklepów, którą wprowadzono w celu walki z alkoholizmem. Tym samym zakazano sprzedaży alkoholu w każdym innym sklepie. Dodatkowo sklepy te są czynne tylko w ciągu dnia i z wyjątkiem niedziel. Najbliższy Systembolaget był 25 km od naszego miejsca zamieszkania w miejscowości Hemse. Spojrzałyśmy na mapę ustalając, że jeśli z miejsca, w którym się znajdujemy do Hemse mamy mniej niż 10 km to jedziemy z powrotem. Wyszło 15... i tak pojechałyśmy. Zdążyłyśmy na pół godziny przed zamknięciem i zrobiłyśmy zakupy na zapas. A co!
So... can I stay here... forever?
Miło było czytając to, przeżyć jeszcze raz ten dzień ! :) "Udając, że zrobiłyśmy to specjalnie, zatrzymałyśmy się robiąc zdjęcia." <3 Uśmiałam się :)
OdpowiedzUsuń