piątek, 12 grudnia 2014

Brak prądu

08.05
Tylko tego brakowało! Znaczy... brakowało żeby brakowało! W sensie, że cudownie jak go nie było. Idealne miejsce na brak elektryczności. Niestety tylko całe 1,5 dnia. Komputer mi nie trzyma ani 10 minut bez ładowarki (jak dawno już sobie obiecałam wymienić tę baterię?), więc internetu ani grama. Zresztą internet też z routera, za który robił tablet, który też wymaga prądu. W takich miejscach nie ma nawet czasu myśleć, że można by się nudzić. Wychodzisz na zewnątrz, siadasz na werandzie i już ci jest wszystko jedno. Chociaż dzisiaj trochę za zimno na opalanie... Ale spacer nad morzem, czemu nie? Wycieczka do Falluden? Jasne! Tylko w końcu człowiek zgłodnieje i zmarznie. Wraca do domku na obiad, kurcze... kuchenka elektryczna, trzeba zjeść coś surowego. Chociaż herbatę ciepłą się napiję... ups, czajnik elektryczny. No nic, to idę się umyć. Brak ciepłej wody? Przeżyję. Co to znaczy, że wodę ciągnie pompa? Hmm... Nieważne, nawet taka brudna nie jestem. Podładuję aparat na jutro, bo bateria w każdej chwili może paść. Acha.

Ok. Jak już ten prąd jest to nie da się z niego nie korzystać. Mimo wszystko, chciałabym się kiedyś znaleźć bez możliwości doładowania baterii... Nie licząc energii słońca, która ładuje mój nastrój kationami.


W lesie dzisiaj napotykam na kurhany - kamienne grobowce. Ale czemu tak w lesie? A może - czemu las tak wokół kurhanów? Czuję szacunek i lekki niepokój w tym miejscu, nawet w jasny dzień.


Jadę sobie do Falluden sama, nie licząc Nikusia, bo ładna pogoda to może poobserwuje jakieś ptaki? Jadę sobie jadę i nagle znikam we mgle. Szymek coś wspominał, że z morza często z tej strony świata przychodzi mgła, która potrafi się bardzo długo utrzymywać i wygląda nieco magicznie, bo nie chce dalej migrować. No fajnie, tylko że nie o to mi dzisiaj chodziło. Nie zrażam się, zostawiam samochód i idę nad brzeg morza. Co nie co widać. Też ładnie. W drodze powrotnej zatrzymuje się przy drodze i podchodzę wiatraka, którego miałam już na oku od jakiegoś czasu. Jest już poza mgłą i prezentuje się bajecznie.


Dzisiaj Juwenalia w Rzeszowie... Moje ostatnie Juwe, na których mnie nie ma. Nostalgiczny wieczór. Z tej okazji idę z browarem na zachód słońca i wznoszę toast za wszystkich tych, którzy pomyśleli choć przez pół sekundy na tej tłocznej imprezie "szkoda, że jej tu nie ma...". Smutny wieczór.

 
To może chociaż pójdę wcześniej spać, łóżko chyba działa...?

1 komentarz:

Co myślisz?