piątek, 2 stycznia 2015

Poranek - to od rany?

Nowy rok... i wszędzie słychać o postanowieniach, o nowych planach i marzeniach, które w te pierwsze dni stycznia wydają się niesamowicie proste w realizacji. Z czasem przychodzi na nas olśnienie - nie wystarczy jedynie wypowiedzieć zdanie na głos, by stało się rzeczywistością. Nie znajdujemy żadnego zaczarowanego ołówka i innych magicznych sztuczek... nagle zdajemy sobie sprawę z oczywistego faktu - aby spełnić nasze pragnienia należałoby może coś zrobić, a może nawet się postarać? To już nam gorzej wychodzi. Trudności sprawiają, że się poddajemy. A czy ktoś obiecywał, że będzie łatwo?
Postawmy sobie taką poprzeczkę, którą jesteśmy w stanie przeskoczyć, lub przynajmniej taką, która poczeka aż przyniesiemy stołek i z jego pomocą przedostaniemy się na drugą stronę.

Postanowienia są dobre, ale ja w tym roku nic nie planuje. Planować nie lubię, zresztą średnio mi to wychodzi. Rzucam się w wir tego co będę uważać za dobre - w danym momencie.

Nowy rok kojarzy mi się z początkiem, a początek z wiosną. A wiosnę uwielbiam, wszystko budzi się do życia, zieleni się i ma sens. Wiecie, że na Gotlandii wiosna rozkwita bardzo powoli? Tak powoli i delikatnie, że zaciera się granica między wiosną, a latem i jednocześnie można zachwycać się obrazkami typowymi dla obu tych pór roku. Podoba mi się to.

14-05
W lesie coraz bardziej zielono, niedługo podszyt bardzo utrudni poszukiwanie kolejnych budek. Minęło już jednak trochę czasu i już swobodniej poruszam się po większości z powierzchni, a gdy się pogubię to nawet się cieszę, bo pojawia się wyzwanie - znajdź jakąkolwiek budkę i zorientuj się na mapie. Takie wyzwania zabijają monotonię. Chociaż nie mogłabym nazwać swojej pracy monotonią, bo nawet jeśli za zadanie mam przejść i spisać co się dzieje w każdej budce... zawsze mam aparat na wierzchu, coby nie przegapić ciekawszego ptaka czy interesującej roślinki.


W Oljavs dzisiaj bardzo pachnie czosnkiem niedźwiedzim. W Roes można by było zrobić wielki bukiet ze storczyków, gdyby nie były takie piękne, że aż szkoda zrywać. A w Oja jak to w Oja - ptaki przekrzykują się nawzajem w śpiewach, gwizdach i terkotach.


Pierwsze liście mają najpiękniejszy odcień zieleni na świecie!


Wieczorem Ania przychodzi spytać, czy jedziemy z nią do Hoburgen na zachód słońca. Byłam tam już... ale co to w ogóle za pytanie? Jasne, że jadę! Jak można tam nie jechać?


Razem z nami jedzie jeszcze Asia i Adam. Miejsce to można obejść dookoła ścieżką, co zajmuje około pół godziny - akurat tyle pozostało do zachodu słońca. Tym razem jednak chcę spędzić trochę czasu sama i podczas gdy wszyscy ruszają wzdłuż brzegu morza, ja wspinam się na klif i obserwuje zachód słońca z tej perspektywy. Wiatr przeszywa zimnem, zasuwam kurtkę pod szyję i niecierpliwie czekam... Na horyzoncie pojawia się statek, ciekawe kto i dokąd? W wyobraźni tworzę swoją wersję ich przygody i bardzo im zazdroszczę. Całe niebo jest bezchmurne.... oprócz skrawka błękitu nad horyzontem, którego pokrywa warstwa chmur... na zachodzie. Czy ktoś robi sobie z nas kpiny?
I tak jest pięknie.


Oczekujmy mniej, a dostaniemy więcej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Co myślisz?