Uwielbiam być otoczona fachowcami z różnych, konkretnych dziedzin przyrodniczych. Kiedyś wymyśliłam sobie jak powinny wyglądać idealne zajęcia terenowe dla mojego kierunku. Jeden wypad (albo i więcej), przynajmniej na tydzień w formie obozu wędrownego - czyli zwiedzić jak najwięcej piechotą i spać w każdą noc w innym miejscu, podzielić się na małe grupy i iść i iść... a trakcie wędrówki słyszeć od ornitologa jaki ptak właśnie śpiewa, od fitosocjologa w jakim zbiorowisku się znajdujemy, od leśnika coś o drzewostanie, od botanika o kwiatach, które właśnie depczemy, od zoologa o tropach i śladach dzikich zwierząt... a wieczorem, gdy odejdziemy od ogniska fachowiec od astronomii pokaże nam gwiazdy. Aby na wszystko o co ktoś zapyta ktoś znał prawidłową odpowiedź. Można mieć szerokie zainteresowania i wiedzieć coś na każdy temat, ale niezastąpiony jest człowiek, który się czymś konkretnym pasjonuje i jest to dodatkowo jego praca. Tak to sobie wyobrażałam... a było bardzo różnie. A przecież z doświadczenia wiem, że to co się do tej pory nauczyłam jeśli nie znalazło potwierdzenia w terenie to już zapomniałam bądź wkrótce zapomnę. A tyle ile nauczyłam się na bieżąco od ludzi z pasją to moje będzie do końca życia. Niestety nie mam swojej pasji przyrodniczej, nie ciągnie mnie tylko jeden kierunek... Zachwyca mnie wszystko co naturalne i nieskażone cywilizacją. Jasne, że o niektórych sprawach wiem więcej, a o innych mniej, co nie znaczy, że o tych co mniej nie chciałabym więcej wiedzieć... Może jeszcze kiedyś mi się odezwie jakieś powołanie. W tym roku postawiłam na ptaki - począwszy od obozu ornitologicznego Akcja Carpatica w sierpniu 2013, poprzez zakupienie przewodnika Collinsa i nabycie aparatu z dużym zoomem, ściąganie głosów i śpiewów, próby rozpoznawania w terenie, w końcu wyjazd na gotlandzkie sikory...
06.05
Zrobiłam sobie postanowienie na maj - nauczyć się rozpoznawania głosów ptaków, nie wszystkich, ale jak najwięcej. Już rozpoznaje dość dużo, a to dzięki Szymkowi i Angelice, którzy nazywają wszystko co się w okół nas odzywa. A odzywa się sporo. I sporo z nich można łatwo skojarzyć i zapamiętać.
Dzisiaj jeżdżąc po Tuviken - powierzchni do której jedzie się i jedzie i jedzie... i jak już się jest na końcu drogi to odbija się w lewo i jedzie dalej... aż w końcu jesteś w prawdziwym lesie, a właściwie borze, w którym gdy nie ma słońca to jest naprawdę ciemno... jak w lesie. Wracając do tematu - w Tuviken jest spora część wycięta, miałam ją zaznaczoną na mojej skromnej mapce, ale wciąż nie mogłam trafić do konkretnej budki, gdzie miałam wymienić jajka. I tak chodzę w te i we wte... błądzę od jednej budki do drugiej w poszukiwaniu środkowej, która już chyba z założenia jest schowana tak, by mieć problem z jej znalezieniem. Nagle patrzę, a spod nóg ucieka przerażone pisklę jakiegoś drozda. Rozglądam się dookoła, nie widzę żadnego gniazda... co robić? Teraz już wiem, że jeśli nie mam odpowiednio dużo czasu, by się osobiście nim zaopiekować, łącznie z nauką latania (hmm...) to lepiej w takiej sytuacji pozostawić pisklę na miejscu, a nuż rodzice o nim wiedzą i go dokarmiają? Marne szanse jeśli faktycznie się zgubił, ale jakieś tam są... W tym momencie jednak nie potrafię sobie wyobrazić, że miałabym go tak po prostu zostawić biegającego w kółko po otwartej przestrzeni. No jak?! Zaczynam się za nim iść i po chwili mam go już w rękach. Jest taki bezbronny, przecież coś go może tu zjeść. Wkładam go do worka, dzwonię do Szymka i pytam co mam, a raczej co myśli, że powinnam zrobić? Bo i tak robię to co założyłam sobie na początku - przywożę go do domu. W domu przygotowuję wiaderko, w którym ścielę gałęziami i trawą coby choć trochę malec przestał się bać i poczuł jak u siebie. Małemu jednak się średnio podoba i ciągle krzyczy... a może krzyczy jak mnie nie widzi? Wmawiam sobie, że mnie polubił. Szymek sprowadza mnie na ziemię, mówiąc, że jeśli chcę go zostawić muszę co 2-3h dawać mu jeść, a więc... szukać robaków. I tak przez jeszcze tydzień lub półtorej. Gdyby to zależało ode mnie pewnie bym się tego podjęła, ale jednak dyspozycyjna powinnam być dla Szymona, a nie dla małego drozda. Nie chcę na razie o tym jeszcze decydować, biorę łopatę którą pozostawili robotnicy przekopujący się do naszych rur od wody (mieliśmy jakąś awarię) i po chwili, dumna i zadowolona, przynoszę dwie małe dżdżownice. Mały nie chce jeść, ale zostawiam mu jedną we wiaderku, drugą chowam w pudełeczku w lodówce "na później". I jadę skończyć swoje powierzchnie na dziś...
Po powrocie jeszcze raz wysłuchuję ile to czasu musiałabym poświęcić na opiekę nad pisklęciem i postanawiam go odwieźć z powrotem na miejsce... na pastwę losu! Pakuję go z powrotem do worka i wsiadam do samochodu. Ciężko mi i smutno. Odpalam samochód... i gaszę go, postanawiając jeszcze opowiedzieć swoją historię Ani, która widzę, że już wróciła z terenu. Jeszcze z progu opowiadam jej wszystko. Ania, której też wrażliwości nie brakuje, przypomina sobie, że widziała ostatnio gniazdo śpiewaka albo kosa i że młode, które tam widziała parę dni temu, powinny już być w podobnym wieku jak ten mój... i że śmiało możemy go do niego podrzucić! Możemy go uratować - pomyślałam rozradowana. Wróciłam do domu czekając aż Ania dokończy swoją pracę i pojedzie ze mną do Grunett.
Zimny wiatr nieprzyjemnie wciskał się za kołnierz, kiedy dotarłyśmy do miejsca gdzie miało być owe gniazdo. Byleby tylko je znaleźć! Po drodze napotykamy na gniazdo krzyżówki z samicą w środku, o którym Ania myślała, że jest opuszczone. Dla takiego widoku warto było zmarznąć - mówi. Jest i nasze gniazdo, schowane pośrodku gęstej leszczyny... są dwa małe, niewiele mniejsze! Pozostało najtrudniejsze zadanie - podrzucić małego tak, by nie wypłoszyć pozostałych z gniazda. Proszę o to Anię - ma większe doświadczenie. Podchodzi powoli, i wkłada małego do gniazda... i w tym samym czasie jeden z oryginalnych dzieci wyskakuje z gniazda i odfruwa... a więc rodzic na pewno się nie skapnie. Dwa pisklęta zamieniłyśmy na dwa pisklęta. Ten, który uciekł był nieco większy, już latał, a więc miał większe szanse na przetrwanie niż mój. Tak sobie tłumaczyłam.
Chciałam dobrze.
Zaczęłam zwiedzać kościoły na Gotlandii. Na razie widziałam tylko dwa z mojej najbliższej okolicy, czyli w Fide i w Öja - kiedyś o nich napiszę więcej. Póki co nawet nie wiem jak się do nich dostać... nie umiem posługiwać się klamką. Na dodatek coś na drzwiach jest napisane po szwedzku... hmm... muszę to skonsultować.
Moja mewa spodziewa się dzieci!
Pogoda dzisiejsza sprzyja ponurym rozmyślaniom nad swoim własnym niespełnieniem... a może przepełnieniem?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Co myślisz?