Strach to bardzo dziwne uczucie. Z jednej strony paraliżuje i skłania do braku jakichkolwiek działań. Innym zaś razem zmusza do ucieczki, poszukiwań, a nawet motywuje. Więc co to właściwie jest? Strach pobudza szacunek, sprawia, że żyjemy w zgodzie z naszymi przekonaniami, że robimy więcej dobrego niż złego. Widać go w oczach, w gestach, czuć w atmosferze, unosi się i przedziera. Czy da się go pozbyć w pojedynkę? Strach lubi samotność, ale przyjaźni się również z wielką miłością. Przez niego mamy ciarki, drżą nam ręce, zapalamy światło... by po czasie stwierdzić, że niepotrzebnie się baliśmy. Mimo to, mija parę chwil i boimy się znów. O to samo, o coś innego, o coś co wypłynęło w międzyczasie z naszych myśli...
Kiedyś mówiłam, że lubię się bać. To prawda, lubię się bać, ale tylko przy boku kogoś kto boi się ze mną o to samo.
Jedyne co jest w strachu pewne - w końcu znika. Przechodzi w pewność, nową szansę, spełnienie, w dobre lub złe czyny. Ale przechodzi.
Zamknijmy więc oczy i nie bójmy się bać.
17.05.
Ja mam pobierać krew z tego dziwnego dwucentymetrowego i dwudniowego stworzenia, sama? No dobra. Skoro Szymon uważa, że sobie dam radę to pewnie sobie dam radę. Przecież to tylko wkłucie się do żyłki, jedynej małej, znajdującej się na cienkiej nóżce tego stworzonka. Przy okazji pasowałoby wbić się tak żeby poleciała jedna kropla, a nie wszystkie, na pewno nieliczne, jakie znajdują się w tym ciałku. Pasowałoby też nie spowodować krwiaka przekłuwając się na wylot. Fajnie byłoby również w trakcie wszystkich czynności związanych z pobraniem krwi nie wychłodzić małego żeby nam nie zdechł jeszcze tego samego dnia. No pestka! Moje szkolenie? Pokaz Szymonowy na dwóch nóżkach piskląt i moje próby przy nim na kolejnych trzech - w tym dwie udane. No, to jutro jedziesz sama, ok? Ok...
Mamy dobry ekspres do kawy, ale Szymon zawsze go rano najpierw zajmuje i parzy kawę na 2-3 kubki, które dopija popołudniu. Mam ochotę na taką kawę więc kupiwszy swoją sypaną odlewam Szymonową do kubka i zostawiam pod nim karteczkę "Szymonowa kawa". Jadę w teren.
Pogoda jest pięknie-słoneczna. Nie mam dużo do objechania więc postanawiam spędzić więcej czasu w Grunett. Zabieram aparat i, co rzadko robię, ubieram okulary przeciwsłoneczne. Bez kurtki się jednak nie obejdzie - wieje. Mam dzisiaj dobry humor. Bawię się na trybie manualnym. Polubiłam moje stałe i powtarzające się obiekty fotograficzne - murki, porosty, storczyki, łąka, krowa, wiatraki... i znów kamienie.
Wracam do domu i widzę na łóżku karteczkę, a na niej napis "A czy wiesz, że możesz pić Szymonową kawę? :)". Uśmiecham się jeszcze długo. Jakie to proste - sprawić odrobinę radości.
Wieczorem przegapiam zachód słońca. No cóż - na pewno nie był fantastyczny, był co najwyżej dobry. Ale czy na pewno już zaszło słońce? Godzina zachodu, którą sprawdzam co parę dni już minęła dawno - a nadal jakoś widno na dworze... Może słońce dziś się zacięło nad horyzontem? Nic nie stoi na przeszkodzie żeby to sprawdzić. Idę więc na spacer po-zachodni. Zza drzew wyłaniają mi się powoli przygasłe już barwy dzisiejszego zachodu. O nie, jednak musiał być piękny. No nic, będę się starała już żadnego z takich nie przegapić. Nie mam na to czasu i ochoty, zbyt krótko trwa mój pobyt tutaj żeby tak po prostu ich nie widzieć. A co z tym jasnym niebem? Idę na spacer ścieżką obok domków letniskowych aż na główną drogę i wracam naszym głównym wjazdem. Nie potrzebuję latarki, nie potrzebuję lampy błyskowej... W tym momencie potrzebuje czegoś innego... Patrzę na jasne niebo gdy na słuchawkach rozpoczyna się piosenka, która zawsze mnie wzrusza.
Chyba tu jeszcze trochę pobędę... przynajmniej 4 minuty i 3 sekundy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Co myślisz?