18.05.
Wyjątkowo mi się dobrze wstaje o 4.30. No, dobra, wyłączam wtedy pierwszy budzik. Drugi za kolejne 10 minut i staram się przed 5 być na nogach. Jedyne co muszę zrobić przed wyjściem to ubrać się i zapakować pisklęta do pudełka, wcześniej obcinając im pazurki. Na śniadanie jest za wcześnie, a wszelkie zabiegi doprowadzania się do ładu i wyglądu wyjściowego są zbędne. W lesie nie trzeba dobrze wyglądać. Albo inaczej - w lesie zawsze się dobrze wygląda! Odkrywam więc pokrywę inkubatora z jednym okiem wciąż zamkniętym i z nadzieją, że jednak może nic się nie wykluło przez noc i będę mogła pospać jeszcze trochę. Odgłosy delikatnego popiskiwania i szelest skorupek i kartonu daje mi znać, że jednak trzeba będzie odpalić zimną Jettę. Przygotowuje podgrzewacze i spisuje na formularzach co i gdzie się wykluło. Obcinam paznokcia każdemu nowemu stworzonku i lecę w trasę żeby jak najszybciej małe dostały jedzonko. Uśmiecham się wsiadając do mojego samochodu - mój - przyzwyczaiłam się już do tego co w nim działa sprawnie, a co mniej, do jego dźwięku i wyglądu. Chyba zbyt szybko się przyzwyczajam. Ciekawe, ile musiałabym zapłacić żeby wrócić nim do domu, na Podkarpacie? Rozmarzyłam się. W radio stacja Jedynka puszcza same polskie piosenki w miesiącu maju, bardzo mnie to cieszy, bo można śmiało pośpiewać, przypomnieć sobie jakieś dobre starocie, a i poznać nowe. Stałym punktem wyjazdów porannych stają się również żurawie - zawsze stoją na tym samym zaoranym polu. Tym razem całe 7 sztuk! Wśród nich błąkają się mewy i krzyżówki. Ruchu na drodze nie ma wcale, więc spokojnie można się zatrzymać na środku drogi, odsunąć szybę i porobić parę zdjęć. Ciężko na tych drogach zjechać na pobocze, a niektóre z nich są wyjątkowo wąskie. Co kawałek pojawia się jednak zatoczka z niebieskim znakiem "M", które tłumaczę sobie jako "mijanie", ale to raczej z pewnością nie jest skrót z polskiego języka.
Udaje mi się dzisiaj sfotografować bielika, tak by go później oznaczyć - więc potwierdzone, lata mi nad głową i już nie mogę się doczekać aż ujrzę go z bliższej odległości. Bo muszę go zobaczyć.
Po odwiezieniu piskląt do gniazd wracam na śniadanie, robię sobie kawkę i czekam aż wstanie reszta załogi. Nie potrafię zasnąć drugi raz choć chęci przed wyjazdem jeszcze są. Później jestem już za bardzo rozbudzona i pozytywnie nastawiona na cały dzień. Domek dopiero koło 7-8 zaczyna żyć. Nikt się też za bardzo nie śpieszy, bo pracy jest wciąż tyle, by się rano wyspać, wszystko zrobić bez pośpiechu i wieczór mieć dla siebie.
Już przestaliśmy się dzielić mapkami z francuską załogą ponieważ terenów do sprawdzenia jest coraz mniej, a ich wciąż dużo. Na czas zajęcia się już naszym eksperymentem, umawiamy się, że będziemy się do nich zgłaszać po mapy przynajmniej raz w tygodniu - żeby nie mieli później pretensji kiedy będą dzielić się z nami danymi o gniazdach. Jeżdżenie po mapy przypadało oczywiście mnie, ale po dwóch takich wyjazdach już się nie wstydziłam. Zazwyczaj polegało to na tym, że wchodziłam, witałam się i pytałam czy mają coś dla nas na kolejny dzień, a ktoś z nich wstawał i podawał mi mapy. Is it all clear? Yes, thanks, bye bye. Czasem coś trzeba było dopytać lub wejść w głębszą dyskusję, ale wszystko na poziomie "Jak nie wiesz jak powiedzieć to machaj rękami". Francuzi zajmowali duży, biały dom w Burgsvik, byli młodzi i bardzo specyficznej urody. Widać było, że cieszą się pobytem na wyspie. Część z nich prowadziła własne badania na bogatkach, a reszta pomagała za darmowy bilet, nocleg i diety... i oczywiście bezcenny czas na wieczornych grillach czy wycieczkach nad morze. Kto by nie chciał tak dać się wykorzystać?
Tym razem dostaliśmy do zrobienia ogrody. Szwedzi lubią mieć w swoich przydomowych ogródkach założonych 10, a nawet 15 budek lęgowych, jakby chcieli do siebie ściągnąć przyrodę jeszcze bliżej - choć już jest w zasięgu ręki. Ogrodów do objechania jest dużo, bo około 20, ale trzeba zobaczyć przynajmniej raz na tydzień do tych budek, aby na końcu sezonu móc zaobrączkować jak najwięcej ptaków. Budki w ogrodach są o wiele wyżej niż te założone specjalnie do badań. Jeździmy więc z drabiną przyczepioną do bagażnika, która co jakiś czas wydaje się spadać co wprawia nas w zawały sercowe. Szymek wychodzi na taką drabinę, a ja stoję obok, boje się o niego i dodatkowo zapisuję informację o gnieździe i gatunku i zaznaczam punkt GPS, żeby kolejnym razem łatwiej było znaleźć budkę. Podobają mi się te ogrody, niektóre mają bardzo fajny klimat, zazwyczaj nie nawiązują do jednego stylu, ale gromadzą tak ciekawe sprzęty, zestawy wypoczynkowe i atrakcje, że warto się zatrzymać, pohuśtać, usiąść, a choćby popatrzeć. Szwedzi zapraszają nas z otwartymi ramionami do ogrodów, nie mają nic przeciwko żebyśmy checking boxes, a zazwyczaj ich po prostu nie ma, siedzą w ciepłych gabinetach w Sztokholmie i czekają na cieplejsze letnie dni, by wziąć urlop, zabrać rodzinę i przyjechać na Gotlandię.
Poprzedniego dnia grill był u nas. Ładna pogoda, dobre mięsko, wino, piwko, parę zakręconych Polaków i powód do świętowania gotowy. Przygotowaliśmy też sałatki, suszone śliwki w wędzonym boczku (na pewno sprzedam ten przepis jak wrócę do kraju), paskudne kiełbaski... naprawdę paskudne. Szwedzi albo nie doprawiają w ogóle, albo przesadzają z solą. Kiełbaski są tak słone, że rosną w ustach i nie chcą przejść przez gardło, ale kupujemy je i tak - jak to grill bez kiełbasek? Poza tym karkówka już doprawiona w sklepie - tym specjałem mogą się pochwalić. Zapraszamy Anię, Adama i nowo przybyłą dziewczynę, której jeszcze nie zdążyłam poznać na naszego grilla. Szymek pilnuję mięsa jak na mężczyznę przystało, podczas gdy ja, Asia i Angelika zaczynamy już biesiadę otwierając pierwsze wino...
Jemy już kolację kiedy przychodzą goście z domku obok. Nowa Ola przynosi martini, okazuje się, że ma imieniny tego dnia. Zatrzymuje się przy mnie na dłużej kiedy się sobie przedstawiamy - ja cię skądś znam - mówi. Jak to możliwe? A skąd jesteś? Białystok. Drugi kraniec Polski, ale do głowy przychodzi mi ekipa z Białegostoku, którą miałam okazję poznać na pracach terenowych. Po paru minutach udaje nam się dojść do tego, gdzie się poznałyśmy, a nawet spędziłyśmy parę dni w jednym miejscu na Pogórzu Przemyskim. Przez cały wieczór nie mogę wyjść z podziwu - jaki ten świat jest mały! Spotkać znajomą osobę na Gotlandii? Robi się trochę chłodno, a spać się nie chce, więc na dalszą część biesiady przenosimy się do stołu kuchennego. Tematy rzadko schodzą z przyrodniczych nowinek i historii, ale ze względu na długi już pobyt wspólnie na wyspie, zahaczają o przyrodniczo-psychodeliczne... Nie ważne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Co myślisz?