20.05.
Dużo nas więc... czas na wycieczkę! Tym razem ja zabieram wszystkich moją Dżettą Super-Sport niedaleko, bo na południe. A na południe nie możemy pojechać dalej niż 20 km, bo inaczej wjedziemy sobie do morza Bałtyckiego. Jadąc tak dalej na tafli wody po parunastu godzinach zajechalibyśmy na polskie lądy. Czasem mam taką chęć jak pędzę swoim sportowym wozem 80km/h i widzę zakręt, a na płaskim horyzoncie niebieską taflę morską - chęć żeby jednak nie zakręcić. Wydaje mi się wtedy, że jak jeszcze wcisnę pedał gazu to przelecę przez najbliższe pola i domy, które dzielą mnie od morza... Nie wiem, jeszcze nie spróbowałam. A słyszałam dobry sposób na zrobienie czegoś, co jest niemożliwe do zrobienia - wystarczy kazać zrobić to komuś, kto o tym nie wie.
Holmhällar. Tak nazywa się miejscowość, do której jedziemy. Znajduje się
na południowo-wschodnim krańcu Gotlandii i podobno warto zobaczyć to
miejsce. Wkrótce się przekonam. Czy wspominałam, że zaznaczam sobie na
mapce wyspy miejsca, w których byłam? Powoli jakoś to zaczyna wyglądać,
ale do nasycenia się tą ziemią jeszcze mi daleko. Pogoda jak marzenie,
bezchmurne niebo i dość ciepło, nawet kurtek nie trzeba brać. Za jakieś
dwie godziny będzie zachód słońca, a my jedziemy na wschód? Może zdążymy
przejechać. Ostatnią część trasy pokonujemy drogą gruntową wzdłuż
brzegu morza - już jest co oglądać! Paręnaście metrów od brzegu królują
wapienne ostańce o różnych kształtach. Jedziemy dalej, bo dalej podobno
jest ich więcej i są większe. Zostawiam samochód w miejscu, w którym
sobie wymyślę, że go zostawię (co za kraj!) i wysiadamy... Uwielbiam to
uczucie. Jest pięknie i wydaje ci się, że piękniej być nie może, a kiedy
robisz kolejny krok jest jeszcze piękniej niż poprzednio! I tak idziesz
i idziesz i nie masz dość. Nigdy nie myślałam, że mogą mi się podobać
takie krajobrazy, bardziej zachwycałam się zielenią, górami i puszczami,
może dlatego, że mało widziałam w swoim życiu? Dzikie piaszczyste plaże
nie robią na mnie wrażenia, choćby nie wiem jak czysta woda była i
lśniąco-złoty piasek. Rauki są cudem natury, nikt ich tutaj nie rzeźbił,
nie przywiózł, nie kazał się ostać. W tych kamiennych skałach ukryte
jest tyle skarbów, że trzeba by spędzić chyba pół wieku żeby przepatrzyć
z lupą każdy ich fragment. Że też nie mogę zabrać jednego rauka do
domu, przynajmniej takiego... 5 metrowego. W dzieciństwie lubiłam
siedzieć na kamieniach, którymi był obłożony podjazd do domu i szukać
"ładnych kamyków". Zbierałam te kamyki, by później spośród nich jeszcze
raz wybrać te najładniejsze i wymyślać różne historie skąd mogą
pochodzić... Tutaj podnoszę byle jaki kamyczek i wydaje mi się
niesamowity, chyba musiałabym przyjechać ciężarówką. Zabieram trochę
takich kamieni, ale nie dla mnie, a dla koleżanki, która wiem że doceni
ich wartość. Już widzę jej uśmiech i wzruszenie. Spacer takim raukarowym
brzegiem jest jak spacer w labiryncie, masz zawsze parę możliwości
przedostania się dalej, a jednocześnie nie każda okazuje się do
przejścia i trzeba się wracać - czasem jest za stromo żeby się
ześlizgnąć, za wysoko żeby zeskoczyć, za mokro żeby przejść bez
zanurzania butów w wodzie. Skały tworzą szczeliny, które przypominają
okna, można znaleźć też miejsca stworzone jakby specjalnie do siedzenia,
a nawet leżenia... I nikogo tu nie ma oprócz nas! Znajdujemy tabliczkę z
polskim napisem "Wróć na ścieżkę! Zakaz wstępu", zabawne. Czyżby
naprawdę Polacy byli tacy destruktywni? Towarzyszą nam towarzysze
edredony i stada bernikli.
Na drugi, zachodni brzeg jest jakieś 7-8 km więc mając jeszcze paręnaście minut czasu do zachodu słońca, udajemy się do Burgsvik.
I bardzo to była dobra decyzja. Zachód słońca był pastelowy, a woda stała... leżała?
No właśnie, bo jak woda nie płynie to stoi, czy raczej leży?
Szymek twierdzi, że może stać - w wodospadzie, bo jest wtedy pionowo. Ale przecież wtedy płynie, a więc nie stoi... czyli nigdy nie stoi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Co myślisz?