22.05.
Mój etat pielęgniarki pobierającej krew z tych przebrzydłych 2-dniowych piskląt wciąż funkcjonuje. Dodatkowo pojawiły się kolejne zadania - 5go dnia życia odwiedzam modraszki, by je tylko poważyć. Nadal w niczym nie przypominają swoich rodziców, ale zaczynają im się pojawiać tzw. zaczątki piór, które nie przypominają piór, a cienkie igły świerkowe. Dnia 8go pojawia się zadanie, którego już nie mogłam się doczekać od momentu, jak dowiedziałam się, że będę mogła (właściwie musiała) go wykonywać - obrączkowanie! Dzisiaj mój pierwszy raz. Szymek oczywiście wziął mnie na krótkie szkolenie, czyli pokazał jak się trzyma pisklę, jak się zakłada i zaciska obrączkę... no, to teraz ty. Ok. Żeby tylko nie połamać tych delikatnych nóżek. Kleszcze są tak zaprojektowane, że właściwie nie da się ścisnąć nóżki jeśli się wszystko wykonuje precyzyjnie, z głową, a jednocześnie dość sprawnie. No bo mając, przykładowo, 4 gniazda do zaobrączkowania jednego dnia, a w każdym z nich około 10 czekających na swoją kolej petentów, raczej nie można sobie pozwolić na zabawę z jedną nóżką przez parę minut. Przypominam, że pisklęta nie czekają na mnie rano przed domkiem zniecierpliwione, że tak długo jadłam śniadanie, tylko na każdą powierzchnię trzeba parę kilometrów dojechać, następnie znaleźć odpowiednią budkę, wygodne miejsce (bez mrówek, krowich placków - ogólnie bez całych krów, bo od pewnego czasu się ich boję!) i cztery razy spacerować w te i z powrotem przynosząc i odnosząc partię piskląt (aby w gnieździe zawsze jakieś siedziało), zaobrączkować, zważyć i spisać formularz. Przy ważeniu też nie jest łatwo, pisklęta w tym dniu życia stają się już ruchliwe i trzeba je wkładać do specjalnych tutek (na potrzeby gotlandzkie są to zwinięte kartonowe ruloniki). Pisklę wygląda w niej komicznie. Wracając do obrączkowania. W Polsce nie mogłabym tego robić bez odpowiednich licencji, które zresztą dość ciężko się nabywa. W Szwecji, pod nadzorem obrączkarza, którym zostaje się o wiele łatwiej niż u nas, każdy może pomóc przy znakowaniu ptaków. Właściwie to powinien wskazywać konkretne i mnie kontrolować, ale w końcu przecież dobrze założyłam swoje dwie pierwsze obrączki w życiu - więc umiem! Także jutro już jadę sama... Może to jest tak jak z prawem jazdy, że człowiek się nauczy dopiero po zdaniu egzaminu i dlatego też Szymek nie przywiązuje takiej wagi do moich nieoszlifowanych umiejętności? Albo ma duże zaufanie. Albo mu się nie chce mnie uczyć. Obrączkujemy 8-dniowe ponieważ w tym wieku ptaki mają już odpowiednio dużą nogę, aby obrączka nie ześlizgnęła się przez "palce", a oznaczenia na pazurkach wykonane tuż po wykluciu powoli się zlewają i są ciężkie do odczytania. Kolejnym razem przyjadę do nich, jak będą miały 11 dni. I ostatni raz w dniu 14tym.
I tak zaczyna się praca na pełen etat. Szymek tworzy mój własny notesik i wpisuje mi na każdy kolejny dzień powierzchnie i gniazda, w których mam "do zrobienia" dni 2, 5 i 8. Kolejnych na razie brak, ale gdy dojdą - na jakiś czas skończy się nadmiar czasu wolnego w ciągu dnia.
Jadę sobie dzisiaj spokojnie z północy na południe, do kolejnej powierzchni, kiedy na jezdnię wybiega mi krowa... i zdaje się uciekać przed moim Dżettą. Strasznie mnie rozśmieszyła ta krowa, zwolniłam nieco i zrobiłam jej zdjęcie (tak, tak, łapanie tych chwil i bezcennych momentów...). Zauważyłam we wstecznym lusterku gospodarza, który paręnaście metrów dalej gonił za uciekinierką. Zatrzymałam się całkiem, a nawet cofnęłam, by znaleźć się na wysokości właściciela krowy, pytając czy nie trzeba mu jakoś pomóc? Pokazałam też miejsce, w które krowa zbiegła z jezdni. Chciałam też zaproponować, że go podwiozę, ale jakoś spanikowałam i nie umiałam się wysłowić, machałam więc tylko rękami pokazując tylne siedzenie... nie wiem, co sobie pomyślał, ale chyba nie chciał pomocy.
W Ranarve mam do sprawdzenia w dwóch budkach gatunek. Kolejna rzecz, w której Szymek mi zaufał i wysyła mnie do weryfikacji gniazda, o którą proszą Francuzi, jeśli nie są pewni. To ja mam wiedzieć? Ok. Odnajduje pierwszą budkę i bez problemu stwierdzam, że jaja typowo bogatkowe więc nie należy się sugerować piórami w materiale gniazdowym. No dobra, takie rzeczy powinni byli wiedzieć. Idę do kolejnej budki, której numer niebezpiecznie sugeruje mi zbliżenie się do otwartego pastwiska... na którym pasą się krowy. Szalone, złe, wściekłe i okropnie niebezpieczne szwedzkie krowy! O nie, dalej nie idę, wszystkie się na mnie złowrogo patrzą. Wyobrażam sobie jak za kolejnym moim krokiem rzucają się po kolei, aby mnie stratować... Niech sobie Szymon sam sprawdzi tę budkę.
Po powrocie do domu uświadamiam go, że odmówiłam wykonania jednego zadania i nie zamierzam o tym dyskutować. Wszyscy się ze mnie śmieją, a te krowy naprawdę są nieobliczalne...
Po nałożeniu dwóch obrączek jestem pełna dumy. Czuję się jakbym właśnie adoptowała dzieci... hmm? No może nie aż tak, w sumie nie wiem jakie to uczucie, kiedy się adoptuje dzieci. A może porównam to do uczucia zakładania obrączki na palec przyszłemu mężowi? Też nie znam tego uczucia, ale coś w tym geście jest niesamowitego, bo poczułam jakby nierozerwalną więź z tymi stworzeniami. Mam swoje dwie modraszki. Postanawiam liczyć każdą kolejną, ciekawe ile uda mi się zaobrączkować ptaków przez cały wyjazd?
Trochę taka... poligamia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Co myślisz?