poniedziałek, 18 stycznia 2016

kwestia smaku?

14.06.
Dziewczyny jadą do Visby i proponują mi bym pojechała z nimi. Patrzę więc z nadzieją w oczach na Szymona, który mimo całej sympatii, jaką się obdarzyliśmy, nadal pozostał moim pracodawcom. Jedź - mówi - dużo roboty nie ma na dzisiaj, wezmę Twoje gniazda. Bardzo się cieszę, że tam jadę i chociaż jadę już trzeci raz to czuję, że ten będzie wyjątkowy. Przez chwilę zastanawiam się czy brać aparat. Może, by tak coś dla siebie i tylko dla siebie zostawić i przeżyć ten dzień koncentrując się na zmyśle wzroku? Tak, tak... kiedyś tak na pewno zrobię. Tymczasem muszę podładować drugą baterię, gdyby jedna mi padła.
Za pierwszym razem jak byłam w Visby miałam 45 minut wolnego - wydawało mi się, że dużo, a jednak wystarczyło jedynie na stwierdzenie "Jak tu pięknie - muszę wrócić."
Drugim razem byliśmy większą paczką i zdążyliśmy przejść większość uliczek - a na pewno te najciekawsze ponieważ oprowadzała nas Ania, która już któryś rok z kolei przyjeżdża na wyspę.
Nadal mam jednak niedosyt.

Wjeżdżamy do miasteczka i parkujemy pod centrum handlowym nie do końca wiedząc czy tak możemy i ewentualnie ile za to zapłacimy? Z parkingu do murów prowadzących wewnątrz najpiękniejszej części miasta jest tylko paręset metrów. Po drodze dziewczyny zdradzają, że chciałyby pójść na zakupy. Ustalamy więc, że każda obierze swój kierunek i spotkamy się... w odpowiednim czasie. Taaaak - tego właśnie chciałam!

Zostaję sama na środku placu i już wiem co będę robić - iść przed siebie. Tajemniczość tego miejsca objawia się tym, że nie wiesz co spotkasz za rogiem. A nawet róg sam w sobie skrywa jakieś skarby. Maszeruję więc w pełnym słońcu, z głową do góry i aparatem w ręku (którego mogłoby nie być, ale skoro już jest...). W ostatniej chwili decyduje się który kierunek obrać. Uwielbiam tak zwiedzać. Niezależnie.



W markecie kupuję sobie sałatkę - w większych sklepach jest możliwość skomponowania własnych składników sałatki. Bierzesz pudełko, dobierasz składniki, sosy i kładziesz na wagę. Postanawiam więc zachłannie spróbować wielu rzeczy po trochę, a najwięcej takich, których nie znam nawet nazwy. Z zakupionym prowiantem idę na jakiś wyższy punkt, by tam rozkoszować się chwilą...


Dobra, teraz już wiem. Jak się jest głodnym to się nie ryzykuje. Nie dam rady tego zjeść - jedno za gorzkie, drugie za słone, trzecie nie wiadomo za co?! Karmię przechodzącego kota i schodzę do morza żeby jeszcze zdążyć zachwycić się nim w samotności.


Później też jest całkiem sympatycznie... Ciekawe czy kiedyś kupię droższe piwo niż to tutaj - w samym centrum Visby, nie chwaląc się  - prawie 35 zł za taką rozkosz. Ale warto. Może nie tyle dla smaku, choć piwo jest naprawdę dobre i nie zalatuje ani trochę komercją, to raczej dla samej tej chwili. Może już nigdy nie będzie mi dane wypić prawdziwe, gotlandzkie piwo w tak słoneczny, czerwcowy dzień. Doceniam tę chwilę i zachowuję paragon na pamiątkę.


Wracamy z rodzicami Asi, którzy przyjechali na ostatnie parę dni jej pobytu na wyspie. Ja z Szymonem zostajemy najdłużej, ale nasz czas tutaj też niebezpiecznie zaczyna dobiegać końca...
Po drodze tankujemy na stacji paliw. Nikogo nie ma. Paliwo wlewa się i płaci kartą kredytową. Tak też robimy tylko jakoś dziwnie wydaje się nam, że nie zczytuje naszej karty... Hmm... Po kilku próbach wsiadamy w samochód i odjeżdżamy z pełnym bakiem - najwyżej nas będą ścigać.
______________

Tak się zastanawiam... albo nie. Najpierw się sama zastanowię, a później to opiszę. Opisywanie procesu, który trwa to też niezła forma przemyśleń, ale tym razem zrobię to inaczej. Chciałabym opisać coś co mnie ostatnio zaintrygowało, a może i kogoś jeszcze pobudzi do... czegokolwiek. Wiecie co jest najważniejsze w życiu? 
Żyć.
______________

P.S. Czy opisany wyżej proces kupowania i konsumowania sałatki naprawdę kojarzy się z życiem, czy ja jestem jakaś nienormalna? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Co myślisz?