Bardzo to miłe, gdy ktoś potrafi pomiędzy uczuciem miłości i nienawiści znaleźć jeszcze odrobinę ciepła w kierunku straconego kursu, który nieopacznie kiedyś obrał. Ciepło to może przejawiać się w różny sposób - poprzez zwykły uśmiech, zatroskanie, chęć pomocy. Pięknie jest czuć, że ktoś dla nas ważny się o nas martwi, że nie zapomniał.
Kiedyś ktoś napisał mi bardzo ładnie o miłości - podzielę się tym, nie ze względu na ironicznie ważną datę dla zakochanych (swoją drogą - jako Słowianie powinniśmy obchodzić Noc Kupały, a nie to zachodnie niewiadomoco), ale ze względu na to, by móc popatrzeć na to uczucie z innej perspektywy.
Z perspektywy miłości czystej, bezinteresownej... tak, słowo bezinteresowna nie pojawiło się tutaj bezpodstawnie.
Dyskusja na ten temat zaczęła się od rozważania: co jest lepsze w wyborze pomiędzy dobrem, a... dobrem? Co jeśli czujemy, że wśród naszych priorytetów w życiu pojawiają się takie, które sobie nawzajem przeczą? Co jeśli w pewnym momencie nie będziemy potrafili wybrać, bo każda z wybranych dróg będzie zabierała nam możliwość spoglądania na tę drugą, równie ważną dla nas?
Najważniejsze, na początek, to zaakceptować, że to prawda. Pogodzić się z tym, że nie jesteśmy jedynymi, którzy borykają się ze swoimi uczuciami, bo ktoś kiedyś powiedział, że tak nie wolno, że to niemożliwe. Z biegiem czasu wydaje mi się, że niemożliwe jest żeby ktoś tego nie przeżył w swoim, choćby krótkim, ale już dojrzałym życiu.
Spójrzmy więc przez chwilę inaczej - może trochę w niewłaściwy sposób podchodzimy do kwestii uczuć? Skupiamy się na tym, by miłość była odwzajemniona. To normalne, słuszne i nie ma w tym nic złego. Jest to jednak skupianie się na tym, by brać... A może w uczuciach, szczególnie trudnych, należy się skupić na tym, by dawać? Ciężko jest poświęcić się nieszczęśliwemu uczuciu, ale nikt tu o takim bezsensownym poświęcaniu siebie całego nie mówi.
Chodzi jedynie o samą radość z dawania, radość z tego, że ktoś wzbudza w nas pewne emocje, które nas w jakiś sposób budują, umacniają, sprawiają, że czujemy swoje zmysły ze wszystkich stron. Trzeba sobie zadać pytanie, czy lepiej coś takiego przeżyć czy w ogóle nie zaznać tego uczucia? W końcu całe nasze życie polega na zbieraniu wszelakich doświadczeń i wrażeń. A te konkretne wrażenia nie są banalne.
W końcu... kocha się nie po to, by być kochanym, choć do tego to się często sprowadza. Ale to uczucie samo w sobie jest tak budujące i wartościowe, że w każdym przypadku musi mieć jakieś znaczenie.
Jest to temat tak trudny, jak trudna jest nieodwzajemniona miłość. Myślę jednak, że gdyby ludzie skupiali się na dawaniu, na ziemi nie byłoby ludzi nieszczęśliwych. Może to jest lek na wszelkie bolączki tego świata?
Bo jedyne co mamy tak naprawdę - to relacje międzyludzkie.
Całą resztę tylko dzierżawimy.
Pozdrawiam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Co myślisz?