Bardzo dziwna sytuacja skłoniła mnie do napisania posta na blogu. I nie o to chodzi żeby ją opisać, a raczej na pewno nie będę przytaczać tak prozaicznej historii życia codziennego. Nigdy bym nie przypuszczała, że w ten sposób zacznę znowu pisać. Bo czuję, że zacznę. Sytuacji tej, mimo jej przyziemnego charakteru, towarzyszyła burza emocji, której dawno nie miałam. Bywały dni gorsze i lepsze, dni beztroskie i dni pełne udręk, ale nigdy (lub nie pamietam już takich chwil) w tak krótkim czasie nie nadeszła tak wielka fala różnego typu odczuć, która zakończyła się spokojem. Bardzo swoistym spokojem, który przeniósł mnie wewnątrz samej siebie i pozwolił pobyć sam na sam, ale tak naprawdę sam na sam z moją najgłębszą JA.
Zastanawiam się czy jeszcze umiem tak pisać jak kiedyś. Pamiętam jak pisałam. Pamiętam, że zaczynałam z jednym wątkiem, a w trakcie pisania rozwijały się kolejne. Pamiętam, że samo pisanie dawało mi poczucie nabrania dystansu do wielu spraw, a do innych skupienie uwagi. Niekoniecznie było to w dobrej i logicznej kolejności, która sugeruje, że pomijam rzeczy nieważne, a biorę się za te istotne. Raczej była to kolejność ustalana na bieżąco, według potrzeb, przez moją wyobraźnię i nowo stworzone fantazje.
Ile czasu minęło? Co się zmieniło? Czy są jakieś konsekwencje moich przemyśleń na wyspie?
Na wszystkie pytania mogę odpowiedzieć i TAK i NIE jednocześnie i DUŻO i MAŁO, zależy jak na to spojrzeć (średnia ważona?). Nie czas i miejsce, by to wyliczać. Nigdy już nie będzie czasu i miejsca na to. Sama wybrałam drogę, która na to nie pozwala i tego chcę się trzymać.
Tylko czy w tym wszystkim da się zachować cząstkę siebie... tę cząstkę, którą lubiłam, której nie żałuję, z którą było mi dobrze, za którą tęsknię? Boję się ją zatracić... a przecież tym zawsze chciałam się dzielić, tym co mi sprawiało radość i otwierało oczy na rzeczy, na które mało kto był nieobojętny. Cieszyło mnie (cieszy!?) bycie czasami inną, bycie poza światem, poza czasem, poza tym co logiczne i proste, poza tym co ludzki świat stawia na pierwszych miejscach.
Tak łatwo wśród codziennych trosk zagubić się w samej sobie. Niewiele brakuje żeby z tej głębi siebie nie potrafić już wydobyć tego co dobre, żeby ulec wypłaszczeniu, żeby zacząć monotonnie traktować dni, godziny, tygodnie.
Co zrobić żeby tak się nie stało? Jak znaleźć odpowiednią wagę dla tego wszystkiego? Jak wybrać rzeczy, które pozwolą przetrwać i przy tym mieć czas na te, które sprawią, że życie będzie wyjątkowe, niepowtarzalne, pełne i głębokie?
Zaczynam szukać na to odpowiedzi, bo czuję, że potrzebuję tego i że tego mi właśnie brakowało. Nie było (nie jest) tak, że czuję ten brak na codzień. Pewnie gdybym czuła to bym już dawno się zabrała za naprawę tych więzi. Jestem szczęśliwa, wiem to i potrafię się do tego przyznać. Jednak w jakiejś części dnia, gdzieś tam, gdzie nie dociera nawet światło lampki nocnej i nie dochodzi nawet dźwięk płaczącego dziecka, gdzieś tam znajduje się mała iskra, która ledwo się tli, ale która daje jednoznaczne poczucie spełnienia i która chce żyć bliżej i buchać ogniem raz po raz, kiedy jej potrzeba.
Poszukam tej iskry i rozdmucham ją, bo wiem, że bez jej ciepła, zawsze będzie mi drżało kilka komórek ciała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Co myślisz?