środa, 18 marca 2015

Którędy?

Czy istnieją drogi łatwe i jednocześnie dobre?

__________

28.05.
Jadę drugi raz do powierzchni, która znajduje się niedaleko wschodniego wybrzeża wyspy. I można do niej dojechać na dwa sposoby - albo po prostu tak jak wszyscy i tak jak mapa wskazuje i tak jak pojechałam za pierwszym razem i błądziłam przez pół godziny w labiryncie, choć na mapie ścieżki były niby-ułożone w linii prostej... Albo jak to się mówi "od dupy strony", czyli zjechać w pewnym momencie z trasy na Tuviken, przejść przez pole uprawne i być z drugiej strony zwartego lasu (czyli bliżej budki, w której siedzą modre). Tylko nikt nie wie czy droga jest przejezdna. To ja sprawdzę. Pędzę swoją terenową Dżetą zostawiając za sobą tumany kurzu (wystarczy jechać 30 km/h by je zostawiać w tym miejscu, choć ostatnio wylali coś na grunt i już się mniej kurzy, co to jest? Coś utwardzającego? I dlaczego tego nie stosują w Polsce?!), zjeżdżam tam gdzie miałam zjechać i... jadę dalej. Droga gruntowa w tym miejscu zamienia się w polną zarośniętą pośrodku trawą, która z metra na metr jest coraz wyższa. Mieści się jeszcze pod samochodem i nie zasłania mi przedniej szyby więc jadę. Jakieś koleiny... co to dla mojej terenówy! Zakręt i... jeszcze wyższa trawa, jakieś dziury, które da się ominąć wjeżdżając delikatnie na zaorane pole (kurcze, już tu coś rośnie...) i jadę dalej. W sumie z tego miejsca, w którym jestem dałoby się już dojść do powierzchni, ale nie mogę tak samochodu zostawić, bo jakby ktoś chciał przejechać dalej? Taaak, ciekawe kto by się porwał na taki teren... a nuż jakiś traktorek, a mają tutaj potężne, takie "unijne" maszyny. Tutaj nawet nigdzie nie nakręce, a nie uśmiecha mi się cofać w takich warunkach, musze jechać dalej. W połowie prostej drogi kolejna przeszkoda - pochylone drzewo nade mną... przejadę czy nie przejadę? Oj tam, najwyżej się troszke porysuje, to tylko gałęzie. Trzzzsszrzzzssssss... i już jestem za drzewem! Strasznie mnie to rozbawiło. Jadę jeszcze kawałek i widzę rozjazd dróg polnych, parkuje więc na pobliskiej łące i szczęśliwa wyłączam silnik - mam tylko nadzieję, że nie ugrzęzłam i wyjadę później stąd.Teraz to nie ważne. Pogoda pod chmurką, ale razem z nią pod chmurami szybuje mój bielik, a wraz z nim jakaś duża mewa. Na pewno fajnie im tam razem. Jakieś 20 m od miejsca, w którym zaparkowałam zauważam rozwaloną budę, która kiedyś może za swojej świetności była przyczepą kempingową? Zardzewiała, z wybitym oknem, z którego powiewa błękitna firanka, z otwartymi drzwiami i w tym półmroku pochmurnego dnia wygląda bardzo tajemniczo. Mam pewne opory żeby tam wejść, chociaż wiem, że tak czy siak to zrobię, bo inaczej nie zasnę w nocy. Przypominają mi się sceny z filmów, szczególnie horrorów. Zawsze się dziwiłam, że gdy coś skrzypi to ten samotny bohater od razu idzie zobaczyć co skrzypi, czemu nie poczeka aż będzie dzień albo nie pójdzie z kimś? W tym momencie chyba trochę go rozumiem. W głowie pojawia się zagadka, a w ślad za nią chęć jej rozwiązania, która nagle jest silniejsza niż strach i zdrowy rozsądek. No więc, czyja to buda? Co jest w środku? A jeśli ktoś tam jest? A jeśli znajdę trupa?! Za późno. Muszę zobaczyć. Podchodzę więc ostrożnie do otwartych drzwi i przez chwilę mam wrażenie, że zaraz ktoś wyskoczy ze środka... kiedy tak się nie dzieje - robię krok naprzód. Podoba mi się. Jest tak, jakby ktoś pozostawił to miejsce z zamiarem powrócenia i nie wrócił z jakiegoś powodu. Wyciągnięta filiżanka i talerzyk, zza niedomkniętej szafki widać resztę turystycznych naczyń. Wszystko brudne i zakurzone. Materac przewrócony, jakby ktoś chciał coś znaleźć pod nim. Koce porozrzucane, potłuczone szkło na podłodze i na półce. Mały dreszczyk emocji kiedy decyduje się otworzyć szafę... na szczęście nie wypada z niej żadna starożytna mumia, ani nawet Wiking. I jeszcze jedna ciekawa rzecz. Wizytówka na komodzie. Biorę ją do ręki i czytam. Odkładam, to tylko jakaś firma usługowo-handlowa. Idę szperać dalej, gdy sobie uświadamia co właśnie zrobiłam. Przeczytałam wizytówkę. Nie znam Szwedzkiego! Wracam do niej... no tak, polska wizytówka! Uśmiecham się. Jaki ten świat jest jednak mały. Chwilę waham się czy nie zabrać jej na pamiątkę, ale zostawiam wszystko na miejscu, tak jak było. I wracam do moich ptasząt.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Co myślisz?