24.05.
Zabieram sobie Martę i jeździmy "robić powierzchnie". Czasem dzielimy się zadaniami i każda szuka innej budki żeby było szybciej, ale czasem też chodzimy razem. Marta od razu wzbudza moje zaufanie i już na 3 dzień znajomości opowiadam jej historię, z którą się ostatnio męczę... i dziwię się, że opowiadam o tym prawie obcej osobie o czym tak naprawdę nie wszyscy przyjaciele wiedzą. I dziwię się jaką mi to daje ulgę. Marta odpłaca się tym samym i otwiera się przede mną ze swoimi problemami. A to zbliża ludzi. Nic tak nie zbliża jak wspólne tajemnice. Różnimy się bardzo, bo Marta jest typowym stoikiem i to na dodatek bardzo ambitnym. Jak sama przyznała - zbyt ambitnym na swoje możliwości. To nie jest fajne. Nie potrafi cieszyć się swoimi sukcesami, bo ciągle wyznacza sobie coraz dalsze granice... a porażki przeżywa podwójnie, ale w środku, nie okazując niezadowolenia na zewnątrz. Wszystko chce wykonać perfekcyjnie i nic nie robi "po łebkach". Myślę, że Gotlandia jej dobrze zrobi, a i nie chwaląc się, ale moja obecność też. Wyraźnie podoba się jej moje lekkie podejście do wszelkich czynności, dzięki temu sama nabiera dystansu... i nazwała mnie optymistką. Zrobiło mi się bardzo miło, bo dawno mnie tak nikt nie nazywał, a kiedyś traktowałam ten zwrot jako swoje drugie imię. Dziś mija miesiąc przebywania na wyspie i czuję się tutaj jak u siebie. Poza tym, włączyła mi się funkcja, którą można prosto nazwać "głupawka". Bawią mnie rzeczy, które sobie sama wymyślam i nie są to najmądrzejsze rzeczy. Pomaga mi w tym Szymek, który nie pozostaje dłużny i szydzi z tego samego co i ja, a także ze mnie. Podoba mi się taka relacja, dziwne? Nie, po prostu jest najszczerszą relacją. Kiedy trzeba być miłym to się jest, ale zwykle nie trzeba. Można mówić co ślina na język przyniesie i mieć pewność, że ktoś się nie obrazi. Genialnie!
Dzisiaj Marta mi dużo nie pomoże - musi ogarniać swoje materiały, czyli rozkładać pudełka po powierzchniach i spisywać roślinność tam występującą. Jadę więc sama w teren i stwierdzając, że mam dość dużo czasu, relaksuję się spacerując wolno po ścieżkach leśnych i ładując energię od ciepłych promienii słonecznych. Pozycje niektórych budek już znam i trafiam do nich bez mapy. Rano jednak, zabierając pudełeczko z przyrządami do pobierania krwi i obrączkowania oraz fiszki (karteczki, gdzie zapisujemy dane zbierane dla eksperymentalnych gniazd), staram się zabierać również mapy - nigdy nie wiadomo kiedy zabłądzę albo jakaś budka zmieni nagle swoją lokalizację... w sensie ja pominę jakiś punkt orientacyjny i niepostrzeżenie zejdę na manowce. Staram się. Tym razem jednak się nie udało. Tuviken - powierzchnia na końcu świata i jeszcze kawałek dalej, czyli na skraju obrębu naszych badań, trzeba przejechać około 7km, przy czym ostatnie 2km jedzie się już gruntową drogą pozostawiając za sobą tumany kurzu... Naprawdę się tam kurzy nie-do-opisania, szczególnie kiedy przez parę dni nie ma opadów deszczu i gleba jest znacznie przesuszona. Wystarczy jechać 40km/h żeby zdenerwować mieszkańców owej drogi poprzez generowanie pyłu, kurzu i tym podobnych. Jadę więc 20km/h i droga przez to wydaje się jeszcze dłuższa, a Tuviken jeszcze bardziej na końcu świata. Ale za to się lubi niektóre miejsca - za ich specyfikę. Mam tutaj do zrobienia 4 gniazda i do 2 z nich idę pierwszy raz. Dobra, to muszę wziąć mapę... Mapo?! O nie, nie będę się wracać, na pewno nie. Znajdę je sama. Nawet podoba mi się ta myśl, bo pewnie nie będzie łatwo - wyzwanie. Budki zazwyczaj idą po kolei - wzdłuż albo w szerz udeptanych ścieżek. Tylko, że czasami ścieżki są mało widoczne, no i kolejny rządek numerów może zaczynać się po przeciwnej stronie lasu... Idę jednak pewna siebie za numerami trzycyfrowymi i kiedy już wydaje mi się, że 3 budki dalej będzie ta moja... ścieżka się kończy. No dobra to próbujemy po kolei we wszystkie strony. Wszędzie jednak napotykam na o wiele dalsze numery. Ok, bez paniki, wrócę się i spróbuję jeszcze raz... I jeszcze raz... Dobra, zaczynam się denerwować, bo jak tak dalej pójdzie nie wyrobię się ze wszystkimi zleceniami do wieczora. Spróbuję znaleźć tę drugą niewiadomą, a w międzyczasie piszę sms-a do Asi, aby, jeśli ma mapę przy sobie, postarała się mi wytłumaczyć jak dojść do owych gniazd. Może akurat odpisze zanim się wkurzę i wrócę po mapę do domku. Łażenie w te i we wte i szukanie jednej cholernej budki odbiera mi całą radość dzisiejszego dnia. Na szczęście, Asia odpisuje i dzięki jej wskazówkom trafiam bez problemu. Uświadamiam sobie jednocześnie, że w życiu nie przypuszczałabym, że będzie akurat w tym miejscu. Kto je tak numerował, ja się pytam?! A przede mną jeszcze błądzenie w labiryncie FON (Fide Odvaltz New)... Nie, cierpliwość to nigdy nie była moją dobrą strona. W ogóle, żadną z moich stron.
Niewinność tych małych stworzonek potrafi ukoić każde nerwy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Co myślisz?